Strona główna / Literatura polska / Alicja

Aktualności

24.11.2020

Spotkanie online z Katarzyną Puzyńską

We wotrek 24 listopada o godz. 18:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Katarzyną Puzyńską, autorką książki "Śreżoga".

Wywiady

10.09.2020

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

17.11.2020

Tomasz Białkowski gościem Afera Kryminalna

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Tomaszem Białkowskim, autorem książki "Spica".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska wendeta Tanya Valko
  2. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  3. Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca Lucyna Olejniczak

Fotogaleria

więcej »

Alicja

Natalia Rogińska

Umyłam twarz w mojej okazjonalnie używanej łazience przy sypialni, bo przecież była okazja – moje urodziny. W lustrze zobaczyłam twarz, ale od wczoraj nie przybyła mi żadna zmarszczka. Nie starzejemy się skokowo. Z dnia na dzień, w rocznicę naszych urodzin nie zmieniamy się nagle w o rok starszego człowieka. Byłam tą samą czterdziestopięcioletnią Alą, tyle że miałam czterdzieści sześć lat.
Zeszłam na dół odgrzać sobie urodzinowego kotleta, a wcześniej ogarnąć kuchenny harmider.
Tymczasem w salonie czekała cała czwórka: Ania, Rafał z kwiatkiem w ręku, tak pięknym, że idealnie pasował do fioletowego zwalistego wazonu od moich pracowników, Gabrysia z pudełkiem kokosanek i murzynkiem, bo nie było żadnego urodzinowego tortu w cukierni, i Zuzia z ozdobną torebką, w której był prezent z kartką urodzinową:
Najlepsze życzenia składają dzieci w Dniu Twoich 47 46 urodzin
To było moje przyjęcie niespodzianka. A w prezencie dostałam krem na zmarszczki, którego używam od lat i jestem żywą reklamą jego nieskuteczności, oraz płytę „Psałterz wrześniowy”, bo w muzycznym poradzili, że to muzyka dla pań w moim wieku. Nie znoszę Rubika, ale podziękowałam i zdmuchnęłam świeczkę wbitą w kokosankę.

*

W nocy źle spałam. Ciągle myślałam o tym, ile mam lat. Dorosłe dzieci mają tylko kobiety w wieku okołomenopauzalnym. Nie przerażała mnie wizja pięćdziesiątki, do której się zbliżam, ale sześćdziesiątki już tak. Bo sześćdziesiąt lat to dla mnie starość, bo sześćdziesiąt lat rozpoczyna zwykle ostatnią dekadę życia przeciętnego Polaka, choć kobiety zwykły w Polsce żyć dłużej, ale przecież nie wszystkie, bo są takie, które umierają młodo, nie mając jeszcze tych sześciu dych na karku, na twarzy, na biuście. Statystycznie rzecz biorąc, przede mną ciągle było jeszcze co najmniej dwadzieścia lat życia. To tyle, ile moje dzieci są na świecie, tyle, ile trwało moje małżeństwo. Teoretycznie, gdybym teraz zaszła w ciążę i wyszła ponownie za mąż, mogłabym to wszystko przeżyć od nowa, z tą całą mądrością, którą zdobyłam przez lata. Ale jakoś nie chciało mi się nic od nowa. Byłam ciekawa, co jest w życiu dalej, po tym jak odchowasz już dzieci. Co wtedy? Odchowujesz wnuki?
Sześćdziesiąt lat to wiek, w którym odeszła moja mama i chociaż wiem, że nie zmarła z powodu jakiejś genetycznej przypadłości, którą mogła mi przekazać razem z brązową tęczówką, obfitym biodrem i dyskretnym seplenieniem, ciągle myślę, tak niedorzecznie, że skoro ona tak szybko, to i ja. Moja mama zginęła tragicznie, w wypadku, potrącona przez rozpędzony samochód, który nie wyrobił na zakręcie i wjechał na chodnik.
Pamiętam, jak przyjechał policjant i poprosił, żebym z nim pojechała, bo moja matka zmarła. Jak to zmarła? – pytałam, bo doskonale wiedziałam, że nie zmarła, tylko wyszła na chwilę do miasta, do Alicji, bo miała klientki umówione na trwałą, bo chód miała dziarski, bo miała lepszą kondycję niż ja, bo pilnowała ciśnienia i cukru, bo dietę trzymała, bo wróci dziś po szesnastej, bo przyniesie mielone od zaufanego sprzedawcy, bo przecież. Mówili, że jest podejrzenie, że moja matka nie żyje, ciągle swoje, i bardzo potrzebna jest moja pomoc w zidentyfikowaniu ciała. Jakiego ciała? Co oni gadają – irytowałam się i broniłam przed ich słowami. To było tylko podejrzenie, więc jadąc z nimi w ciasnym radiowozie, cały czas myślałam, że to się nie może dziać naprawdę. Że przyjadę, okaże się, że to nie ciało mojej mamy, tylko jakiejś obcej osoby, a mama nawija wałki w Alicji. Przybiegnę do niej i powiem, że ją kocham, że żyć bez niej się nie da, że ją przepraszam, że jej dziękuję, że miała rację.
Okazało się, że da się bez niej jakoś żyć. Przez długie miesiące czułam się jak osierocone niespełna czterdziestoletnie dziecko, wciąż za małe, żeby żyć bez mamy. Grzegorz pomógł mi przetrwać ten okres i gdyby nie on, byłabym straszliwie samotna. Ale i on odszedł z mojego życia i okazało się, że bez niego też się da.
Wydawało mi się, że jak będę miała sześćdziesiąt lat, na bank umrę, tak jak mama. Że ten sam durny pijany kierowca wyjdzie z więzienia i przyjedzie zapolować na mnie. Zawsze, jak mijałam miejsce, w którym znaleziono jej ciało, przechodziły mnie zimne dreszcze. Kiedyś zostawiałam tam znicz, ku pamięci, ku przestrodze, ale teraz już tego nie robię. Nie potrzeba znicza, żeby ludzie uważali. Wystarczy, że ustawili barierki wzdłuż całego chodnika, a ulicę obwarowały zakazy przekraczania prędkości 30 km/h. Nie potrzeba znicza ku przestrodze, bo te zakazy i barierki chronią pieszych. Nie potrzeba znicza ku pamięci, bo pamiętam.
Tamten kierowca uciekł, ale go znaleźli jeszcze tego samego dnia i poszedł do więzienia, dostał wyrok, długie miesiące do odsiadki, bo to był pijany kierowca recydywista. A ja płakałam. Też długie miesiące.
Po śmierci mamy, po odejściu Grzegorza, po tym jak dzieci dorosły i lada dzień będą przyjeżdżać do domu tylko na święta, poczułam się samotna. Obok mnie spał kot, wyciągnięty bezwstydnie na łóżku, tam gdzie niegdyś leżał Grzegorz.
Nie chciałam zestarzeć się z kotem przy boku.
Na pięćdziesiąte urodziny mąż mojej sąsiadki zabrał ją do Paryża i powiedział, że nigdy nie czuł do niej tak silnej miłości jak w tym dniu i gdyby mógł, ożeniłby się z nią ponownie. Tu i teraz. Nigdy nie usłyszałam od Grzegorza, że ożeniłby się ze mną ponownie, ani nic z tych rzeczy, które utwierdzają cię w przekonaniu, że twoje małżeństwo żyje. Żadnych: pięknie wyglądasz, gotujesz najlepiej pod słońcem, uwielbiam patrzeć, jak się przebierasz, ciągle jesteś dla mnie młoda, chciałbym się z tobą kochać, teraz, tu, to nic, że dzieci, że środek dnia. Nic z tych rzeczy.
Potem moja sąsiadka i jej mąż wrócili do domu, a tydzień później wyprawili sobie przyjęcie z okazji odnowienia przysięgi małżeńskiej i jak teraz to wspominają, mówią, że bawili się lepiej niż na własnym prawdziwym weselu. Ja też się wtedy dobrze bawiłam.
Starzeć się z takim mężem przy boku! W urodziny nie liczyć zmarszczek, tylko rozsmakowywać się w pięknie Paryża, nie robić bilansu dotychczasowego życia, tylko snuć plany na przyszłość, nie jeść kokosanek w towarzystwie dzieci, tylko hucznie celebrować ten dzień przy prawdziwym torcie.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś mnie zaprosił na jakieś przyjęcie. Nie wiem czemu, ale odkąd się rozwiodłam, grono moich znajomych zawęziło się nagle do koleżanek od kawy. Może myśleli, że samotna nieszczęśliwa rozwódka nie będzie się bawić dobrze wśród zgodnych par. Może myśleli, że będę polować na nowego męża i każdego faceta, nawet wybranka koleżanki, będę traktować jak potencjalny obiekt do kochania. Może woleli zapraszać do siebie Grzegorza z Wandzią, a mnie pomijali, bo nie chcieli nas konfrontować na jednym przyjęciu, żeby nie było scen. Nie wiem, co myśleli, ale czymkolwiek się kierowali, ograniczając kontakt ze mną do wizyt w Alicji i sporadycznych telefonów z życzeniami świątecznymi, nie mieli racji.
Przyszło mi do głowy, że może warto odkurzyć parę starych znajomości. Mogłabym wyprawić przyjęcie u siebie w domu, żeby wszyscy przypomnieli sobie, że Ala może być fajną towarzyszką zabawy. Mogłabym uczcić jakieś swoje małe święto, choćby to, że mam na imię Alicja. Najbezpieczniej imieniny, bo solenizantom nikt nie przypomina, ile mają lat. Moje już były, 23 czerwca, i minęły mi na samotnym wypiciu lampki wina przy wiadomościach, w których prezenter złożył życzenia wszystkim Alicjom i przypomniał rodakom, że miałam imieniny. Ale nikt chyba nie słuchał tych wiadomości…
Nie będę czekała ze swoim przyjęciem do kolejnych imienin! Potrzebny był mi pretekst, żeby zrobić taką imprezę, o której będą gadać w całym mieście, którą będę wspominać długie miesiące. Wpadłam na pomysł spóźnionego uczczenia swoich czterdziestych szóstych urodzin i choćbym miała sto razy usłyszeć najlepsze życzenia z okazji czterdziestych szóstych, z okazji postępującego procesu starzenia, będę się bawić najlepiej na świecie.
Zaproszę wszystkich, również tych, z którymi od rozwodu kontakt się urwał.
Tak mnie ta myśl ucieszyła, że już w ogóle spać nie mogłam. Wstałam z łóżka z myślą, żeby zejść na dół do kuchni po szklankę mleka i może jakąś małą kokosankę; zostało ich całe mnóstwo z mojego przyjęcia-wątpliwej-niespodzianki, o którym już niebawem zapomnę, bo zostanie zastąpione wspomnieniem o prawdziwym urodzinowym przyjęciu z mnóstwem gości i pysznego jedzenia, tortem, świeczkami, szampanem. Może grill na świeżym powietrzu? Może taniec w ogrodzie przy starych pięknych piosenkach Szczepanika?
Przechodząc przez salon, natknęłam się na śpiącego Tomasza, a właściwie na Tomasza z zamkniętymi oczami, bo szczerze mówiąc, mogłabym przysiąc, że nie spał, tylko się mocno wiercił i sapał. W salonie wciąż unosił się swąd jego brudnych ubrań.
Gdy pod naciskiem moich stóp zaskrzypiał parkiet, spod kołdry, którą był przykryty wiercący się Tomasz, wynurzyła się głowa mojej bogobojnej córki.
–  Jezusmariagabrysia! Aaaa! – krzyknęłam i potuptałam speszona z powrotem do góry po
schodach.
Powinnam spokojniej, bo przecież nic się takiego nie stało, bo przecież byli dorośli, bo moja reakcja była nieadekwatna.
Powinnam powiedzieć córce i jej prywatnemu Jezusowi coś innego. Przepraszam was najmocniej, nie chciałam przeszkadzać… Miłej nocy, miłego pożycia… Jezusmaria!
Nic nie powiedziałam. Wróciłam do łóżka.
–  I co ja rano mam zrobić, kocie? – spytałam leżącego obok futrzaka, a on na znak braku zainteresowania czymkolwiek wyskoczył z gracją z pokoju przez uchylone okno dachowe i tyle go widziałam tej nocy.
Gdyby obok mnie leżał Grzegorz, pewnie warknąłby pod nosem: daj spokój, nie histeryzuj, głupia jesteś, że mu w ogóle nocleg zaproponowałaś, a z Gabryśką to porozmawiaj, bo nie masz nad nią żadnej kontroli i robi dziewczyna, co chce… A potem obróciłby się na drugi bok.
Złote rady dobrego zdystansowanego tatuśka.
Bez różnicy kot czy Grzegorz w łóżku, bo taki sam z nich pożytek.