Strona główna / Literatura polska / Sztuka latania

Aktualności

29.07.2022

Spotkanie z Dagmarą Andryką w Warszawie

W czwartek 25 sierpnia o godz. 19:00 zapraszamy do PROM-u Kultury Saska Kępa (ul. Brukselska 23, Warszawa) na spotkanie z Dagmarą Andryką, autorką książki "As".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Perska wytrwałość Laila Shukri
  3. TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka Beata Sabała-Zielińska

Sztuka latania

Magdalena Kawka

Od jakiegoś czasu intensywnie rozmyślała, czy w wieku trzydziestu czterech, właściwie prawie trzydziestu pięciu lat człowiek powinien już mieć pewność, że jest w odpowiednim miejscu, a przynajmniej powinien mieć na swoje życie jakiś pomysł.
Wszystko, niestety, wskazywało na to, że tak. Ona jednak nie miała. To, co dotychczas się zdarzyło, było tylko jakąś dziwną wypadkową przypadków (jakkolwiek głupio by to brzmiało), pochopnie podjętych decyzji, splotów wydarzeń i całego ciągu sytuacji, na które, tak naprawdę, nie miała większego wpływu. Ten brak kontroli wydawał się najbardziej żałosny.
Koleżanki planowały, studiowały, kończyły studia bądź też nie, wychodziły za mąż i rodziły dzieci albo rzucały się radośnie w wir pracy, robiąc kariery. Ona też studiowała, ale raczej bez planów. Nigdy nie wiedziała, o co tak naprawdę jej w życiu chodzi i dlatego większość rzeczy robiła bez przekonania, by potem bez żalu je porzucić. Bez żalu, ale za to z kolejną małą czy dużą chandrą.
Kiedy była nastolatką, tak jak miliony innych nastolatek marzyła o wielkiej miłości, wielkich przygodach, podróżach; potem o wielkim domu rozbrzmiewającym śmiechem genialnych, oczywiście, dzieci. Najlepiej parki: czupurnego chłopca i słodkiej dziewczynki. Obraz ich ojca ewoluował, w miarę jak dorastała. Najpierw miał być wysokim blondynem o niebieskich oczach, zapatrzonym w nią i recytującym wiersze z okazji i bez. Potem szczupłym intelektualistą, poprawiającym spadające okulary, który na urodziny kupiłby jej Jaspersa, po to, żeby potem prowadzić z nią długie egzystencjalne rozmowy przy lampce wina.
Nikt taki nigdy jej się nie przydarzył, teraz myślała, że „na szczęście”. Jaka normalna kobieta zniosłaby u swojego boku ideał z dziewczęcych marzeń?
Tak naprawdę to nie chodziło wcale o facetów. Ci pojawiali się czasem, równie przypadkowo, jak później znikali z jej życia. Ostatni grzał miejsce przy jej boku całe cztery miesiące i nawet nie umiała powiedzieć, co było powodem ich rozstania. Wypaliło się, skończyło, chociaż, jeśli o nią chodzi, to nie miało za bardzo co się wypalać. Z Piotrkiem było zabawnie, miło, ale czy to wystarczy, żeby chcieć zakładać rodzinę? Satysfakcjonujący seks, wspólne śniadania i wieczorne Polaków rozmowy przy butelce wina to raczej pomysł na weekend niż na życie.
Zagapiła się w okno, choć szarobury, wrześniowy krajobraz nie mógłby nikomu poprawić nastroju. Nisko wiszące skłębione chmury przetaczały się ciężko nad miastem, nie dając najmniejszej nadziei na skrawek błękitu. Nawet wrzesień nie udał się w tym roku: lało i wiało na przemian, choć przecież wrzesień to jeszcze lato…
- O matko, zaraz znowu będzie padać! Chyba w łeb sobie strzelę. – Marta zgrabnym ruchem poprawiła swoje puszyste, długie włosy. – Nie, no, co ja gadam. Przecież nie po to wczoraj trzy godziny spędziłam u fryzjera, żeby jednym głupim strzałem burzyć sobie fryzurę! I kto by pomyślał, że wrzesień to w gruncie rzeczy jeszcze lato – zauważyła, jakby potrafiła czytać w cudzych myślach. - Ej! Koleżanko, masz minę, jakbyś zjadła chomika.
Zośka ocknęła się z zamyślenia, w którym tkwiła od jakiegoś czasu i spojrzała na przyjaciółkę.
- Czy tobie nigdy nie jest smutno? – spytała ze źle skrywaną zazdrością. – Ciągle szczerzysz zęby – zauważyła niechętnie. - Halo! Jest jesień, pada deszcz, nie udało ci się zrzucić tych trzech kilogramów i masz zepsuty samochód. Mało ci?
- O nie, moja droga, nie uda ci się ten numer. Jak masz doła, to idź do kina albo kup sobie kieckę, ale nie próbuj mnie zarazić! Poza tym ciągle jest lato. Marta tupnęła nogą, aż jęknęła podłoga. – Jesteś obrzydliwa! A w ogóle, jesień bywa złota, dodatkowe kilogramy pokochałam, a co do zepsutego samochodu, to, jeśli chcesz wiedzieć…. - tajemniczo zwiesiła głos i Zośka natychmiast wyczuła, że w grę wchodzić może tylko jakiś kolejny przystojniak.
Marta zawsze miała słabość do facetów. Zakochiwała się natychmiast, na śmierć i życie. Nie uznawała letnich emocji, chciała od razu wszystkiego. Buzowały w niej uczucia jak w garnku z wrzącą wodą. Zjadała ukochanego namiętnie i gwałtownie, a kiedy już go pożarła i przetrawiła, wypluwała i szła dalej. Nie umiała dozować emocji, nie potrafiła odkrywać miłości pomału, smakując kolejne jej tajemnice. Oddawała się jej cała natychmiast, i tego samego oczekiwała od partnera. Niestety, gasła równie szybko, jak się zapalała…
Mężczyźni byli nią zachwyceni. Czyż może dla faceta istnieć coś bardziej pociągającego niż piękna kobieta wpatrzona w niego jak w obrazek? A Marta była piękna. Zośka ze zdziwieniem myślała, jaka natura bywa przewrotna: obdarowała Martę zestawem cech, które pozwalały wierzyć, że ma się do czynienia z kruchą, delikatną istotą. Wielkie błękitne oczy, zwykle lekko zamglone, idealna cera, pełne usta i spojrzenie ufnego dziecka. Do tego szczupła, niemal eteryczna, dziewczęca sylwetka. Chodząca niewinność. Pomyślała, że nie zna faceta, którego nie zwiódłby wygląd Marty.
Dopiero przy bliższym poznaniu okazywało się, że w tej dziewczynie nie ma nic z bladej i wiotkiej wróżki. Wręcz przeciwnie, Marta twardo stąpała po ziemi, była zaradna, nie potrzebowała podpory, raczej sama nią bywała. Wesoła i pełna szalonych pomysłów nieraz wyciągała Zośkę z czarnego dna otchłani, zwanej depresją, w którą ta wpadała średnio raz na miesiąc.
- Niech zgadnę, znowu się zakochałaś - mruknęła z niechęcią.
- Ciekawe, dlaczego awaria auta zaraz kojarzy ci się z miłością?
- Tylko w twoim kontekście – nie starała się nawet ukryć zgryźliwości. – Ty nawet na bezludnej wyspie zawsze coś znajdziesz… No, mów, przecież widzę, że zaraz pękniesz. O Boże, a tak było spokojnie - westchnęła. Marta spojrzała na przyjaciółkę z wyrzutem, zakręciła się na pięcie i bez słowa wyszła z pokoju.
Od piątku siedziały w mieszkaniu Marty, która, wyjątkowo, miała wolny weekend. Zwykle o tej porze znajdowała się wysoko w przestworzach, lecąc do Paryża, Rzymu czy zgoła na drugi koniec świata. Pracowała jako stewardesa i od paru ładnych lat więcej czasu spędzała w niebie niż na ziemi. Widywały się rzadko, i dlatego postanowiły wykorzystać ten czas i spędzić go razem. Na trzy dni Zośka wprowadziła się do Marty, gdzie i tak spędzała dużo czasu, opiekując się mieszkaniem koleżanki podczas jej nieobecności.
W piątek było cudnie. Opowieści, plotki, wino i wszystkie niezdrowe, tuczące i zakazane specjały: czekolada, którą obydwie uwielbiały, lody i całe mnóstwo innych frykasów. Marta przywiozła nawet z którejś skandynawskiej wyprawy specjalnie wędzone śledzie, piekielnie drogie, jedyne w swoim rodzaju, których zapach mógłby powalić pułk wojska. Obżerały się nimi aż do wypęku.
W piątek jeszcze nic nie zapowiadało chandry giganta Zośki. Może tylko lekkie wyrzuty sumienia z powodu obżarstwa.
W sobotę od rana padał deszcz. Marta pojechała do firmy załatwić sobie zastępstwo na poniedziałkowy lot. Stwierdziła, że na kacu boi się latać, co było o tyle dziwne, że przecież nie siedziała za sterami. Po drodze miała wpaść do zaprzyjaźnionego warsztatu i ustalić datę odbioru samochodu.
Zośka została sama, miała posprzątać, i jak zwykle w takiej scenerii wpadła w lekką depresję. Od dzieciństwa miewała problemy z nastrojami: zmieniały się niczym w kalejdoskopie i nie było to związane z dojrzewaniem. Zmęczeni jej emocjonalnym rozchwianiem rodzice zaprowadzili dziewięcioletnią Zosię do psychologa, który postawił diagnozę: normalne nadpobudliwe dziecko, przewrażliwieni rodzice. Mama obraziła się wtedy na psychologa, który był ich sąsiadem, i przestała zapraszać go na poniedziałkowego brydża.
Tak więc skończyła się jej przygoda z lekarzem od duszy, a zaczęła walka z rodzicami, którzy za wszelką cenę chcieli wyprostować jej osobowość. Dorastała w poczuciu, że świat jest normalny, tylko ona nie umie się przystosować.
W szkole wiecznie miała problemy z nauczycielami, którzy wymagali dziwnych, jej zdaniem, zachowań. Marginesy w zeszytach, bzdurne wiersze na pamięć. Jak cię nie pytają, to się nie odzywaj, a zapytana odpowiadaj tylko to, czego oczekują. Nie była złą uczennicą, tylko zupełnie nie umiała sprostać wymaganiom. Nieśmiałość nie pozwalała pokazać, że coś umie, wie. Nie potrafiła się przebić, rozepchać łokciami. Kiedy jednak wpadała w furię, nie umiała się kontrolować. Któregoś razu wybiegła z lekcji, trzaskając drzwiami, aż zabrzęczały szyby w oknach, ponieważ nauczycielka przeczytała całej klasie jej wiersz, który zaplątał się w zeszycie do fizyki, okraszając go złośliwymi komentarzami w stylu: „Może byś się za fizykę lepiej wzięła Arens, bo już widzę, że poetki z ciebie nie będzie”. Zośka miała wtedy żal do całego świata, a najbardziej do koleżanek i kolegów z klasy, którzy tak łatwo dali się podpuścić głupiej fizyczce i rechotali jak banda baranów, choć na co dzień byli w miarę normalnymi ludźmi.
W liceum spotkała Martę. Wtedy też zaczęła poznawać smak wagarów. Chodziła do kina na poranne seanse, ponieważ szkoda jej było czasu na nudne lekcje chemii i jeszcze nudniejsze przysposobienie obronne. Na jednym z takich seansów spotkała Martę.
Początkowo traktowała ją nieufnie. Marta, z racji urody, była bardzo popularna w szkole. Chodziła do równoległej klasy i Zośka sądziła, że to blondynka z kawałów: siano na głowie i siano w głowie. Jakie było jej zaskoczenie, kiedy po filmie Marta podeszła do niej i zaczęły rozmawiać. Okazało się, że są jak połówki tego samego jabłka, błyskawicznie zaprzyjaźniły się i od tej chwili nie mogły już bez siebie żyć.
Po liceum obie wylądowały na studiach w Warszawie: Marta na filologii romańskiej, a Zośka na medycynie. Inne środowiska i znajomi spowodowały, że dziewczyny trochę się od siebie oddaliły. Zośka mieszkała na stancji, w osobnym pokoju, Marty nie było na to stać. Jej mama, po śmierci męża utrzymywała się ze skromnej renty i nie była w stanie pomagać córce finansowo. Marta mieszkała więc w akademiku i chwytała się różnych dorywczych prac, żeby zarobić na utrzymanie. Zośka pomagała jej jak mogła: zapraszała na obiady, załatwiała zlecenia na tłumaczenia, szukała włoskich i francuskich turystów, dla których Marta mogła być tłumaczem i przewodnikiem, bo świetnie znała oba języki.
W przeciwieństwie do Zośki, która na drugim roku rzuciła medycynę, żeby rozpocząć socjologię, Marta skończyła studia w terminie. Zaraz potem dostała propozycję pracy we Florencji i wyjechała z Polski na rok.
Zośka została i przez długie miesiące próbowała udowodnić rodzicom, że medycyna to była pomyłka. Mama nie tak łatwo porzuciła marzenia o posiadaniu w rodzinie prawdziwego, jak podkreślała, lekarza i na rok kontakty zostały zawieszone. Czasem ojciec, w tajemnicy przed mamą, przesyłał jej jakąś gotówkę, ale w zasadzie źródełko finansowe wyschło i teraz Marta, która nagle zaczęła zarabiać duże pieniądze, pomagała przyjaciółce. Po roku mama dała się przebłagać i wszystko wróciło do normy. Zośka jednak w tym czasie zaczęła pracować w agencji reklamowej i finansowo stanęła na nogi. Rodzice pomogli jej w kupnie mieszkania, jednak większość pieniędzy uzbierała sama. Studia skończyła, ale tak naprawdę ciągle miała wrażenie, że socjologia to też nie jej bajka.
Marta wróciła z Włoch po trzech latach zamiast po roku i zatrudniła się w liniach lotniczych. Kupiła mieszkanie niedaleko Zośki i tak zaczęło się nowe życie przyjaciółek.