Strona główna / Romans / Wołam cię, wróć

Aktualności

18.01.2022

PORZUCIŁAM ISLAM, MUSZĘ UMRZEĆ - spotkanie premierowe z Marcinem Margielewskim

We wtorek 25 stycznia o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualną premierę książki "Przuciłam islam, muszę umrzeć" z udziałem Marcina Margielewskiego.

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

27.11.2021

Rozmowa z Katarzyną Puzyńską

Zapraszamy do wysłuchania podcastu Katarzyną Puzyńską, autorką ksiązki "Chąśba".

Bestsellery

TOP 20

  1. Chąśba Katarzyna Puzyńska
  2. TOPR 2. Nie każdy wróci Beata Sabała-Zielińska
  3. Arabska kochanka Tanya Valko

Wołam cię, wróć

Dorothea Benton Frank

Prolog

Nazywaliśmy ją krainą zachodów słońca w kolorze mango. Starzy mieszkańcy wyspy nie rozumieli, co mamy na myśli, bo mango znali tylko ze słyszenia. Ich kontakt z tym owocem w najlepszym razie ograniczał się do słoiczka z pomarańczową papką i nalepką „chutney z mango”. U mnie tymczasem mango od najmłodszych lat wywoływało romantyczne skojarzenia. Rodzice wyjechali w podróż poślubną na południowy Pacyfik. Wtedy jeszcze ten kierunek wydawał się niezwykle egzotyczny, odrobinę szalony i wywoływał dreszczyk podniecenia. Kiedy się budzili, pod drzwiami bungalowu już czekała taca. Wracali z nią do łóżka i chowali się pod moskitierą. Gęste loki mamy rozsypywały się na poduszkach, tata młodzieńczym zarostem drapał jej gładką skórę. Rozespani gasili poranną goryczkę w ustach kawałkami mango, ociekającego słodkim sokiem, czajnikiem mocnej herbaty i tostami. Od tamtej pory utożsamialiśmy mango z miłością, czułością oraz ufnym spojrzeniem w przyszłość i szukaliśmy go we wszystkich sferach życia.
Znajdowaliśmy je na wyspie, gdzie moja rodzina od ponad stu lat miała dom. Była taka chwila u schyłku dnia – kiedy słońce przestawało płonąć białym światłem, ale jeszcze nie zniknęło za horyzontem. Właśnie wtedy na kilka minut zamieniało się w pomarańczową, pulsującą kulę. Odrywaliśmy się od swoich zajęć, by podziwiać ten spektakl. Tata mówił do mamy: „Spójrz, Josephine, zachód w kolorze mango”, a nasze myśli biegły ku Temu, którego majestatyczna dłoń ukształtowała świat. Ku niebu. Ku naszym przodkom. Pytaliśmy na głos, gdzie są i czy widzą, jak wypatrujemy ich w świetle gasnącego dnia. Wierzyłam, że tak.
Później zaś, w niektóre wieczory niczym postscriptum na horyzoncie pojawiały się czerwone i purpurowe smugi. W inne zaś promienie przebijały się przez chmury, zalewając świat drżącym światłem tak pięknym, że słowa nie zdołają go opisać. Kraina zachodów słońca w kolorze mango miała cudowną moc. Nawet jeśli nie rozumiało się ich znaczenia, ostatnie chwile odchodzącego dnia były tu tak piękne, że serce ściskało się ze wzruszenia. Tak słońce zachodzi tylko na wybrzeżu Karoliny Południowej.
Na Wyspie Sullivana dzień zaczynał się i kończył ptasim chórem. W powietrzu rozbrzmiewały świergoty i ćwierkanie. Odpływowi towarzyszył szelest paproci, wykonujących wietrzny taniec, który tylko one rozumiały. Najważniejsze jednak były szorstkie, ale kochające dłonie i pachnący miętą oddech starszych ludzi, zawsze chętnych do pomocy. Po dziś dzień prześladuje mnie charakterystyczna woń soli i wilgotnej ziemi. Musicie bowiem wiedzieć, że jeszcze zanim nauczyłam się mówić, potrafiłam wyczuć zapach nadciągającego deszczu czy sztormu i miałam dość rozumu, by uciekać przed wysoką falą, która w ułamku sekundy mogła porwać cię i zatopić.
To tu, na tej wyspie, poznałam głębię prawdziwej miłości i uwierzyłam w czary – tylko po to, żeby wkrótce zapomnieć. Dopiero wiele lat później stoczyłam ciężką walkę, by wszystko to sobie przypomnieć. Nie żałuję ani drobinki soli z łez, jakie wtedy wylałam, ani jednej kropli krwi w siniakach na moim poobijanym sercu.
Byłam wtedy młodziutką dziewczyną, która niewiele miała w głowie i znała tylko swoją sielską rzeczywistość. Nie wiedziałam jeszcze, co znaczy złamane serce. W tym wieku człowiek nie potrafi nawet myśleć o przyszłości, a cóż dopiero ją planować? Czyż obecny dzień nie trwa wystarczająco długo? Wystarczająco. Kiedy przyjeżdżaliśmy na Wyspę Sullivana, żyliśmy chwilą, a czas płynął bez trosk i zmartwień. Tak w każdym razie mi się wydawało.
Ta historia – historia, którą pragnę wam opowiedzieć – jest od początku do końca prawdziwa. Uprzedzam, że nie cała wyda się wam przyjemna. Doskonale też zdaję sobie sprawę, że często nie będziecie się zgadzać ze mną ani z wyborami, których dokonałam. Nie zawsze postępowałam ładnie. Proszę was jednak o wyrozumiałość. Pozwólcie mi dokończyć. Wtedy, mam nadzieję, zdołacie spojrzeć na wydarzenia także z mojego punktu widzenia. To właściwie główny powód. Nie będzie przyjemnie rozpoznać siebie w moich błędach – ale może dzięki temu ani wy, ani ja już więcej ich nie powtórzymy.
Siedzę teraz na ganku, kołysząc się w fotelu bujanym panienki Josephine. Słyszę jej śpiewny, miodowy głos, czuję na ramieniu lekki dotyk jej dłoni. Mówi to samo, co za chwilę usłyszycie ode mnie.
Nic nie dzieje się bez powodu. Wkrótce się przekonacie, co mam na myśli. Przypomnijcie sobie wszystkie te sytuacje, gdy mówiliście: „Szkoda, że nikt mnie nie uprzedził” albo: „Jak mogłem tego nie dostrzec? Jak mogłam być tak nieskończenie głupia?”, albo „Po co w ogóle próbować?”. Te myśli pojawiały się zawsze, gdy któreś z was miało dostać od życia cenną lekcję.
Teraz jestem starsza i przestało mnie obchodzić, czy ludzie uznają mnie za wariatkę. Na myśl o tym ogarnia mnie tylko pusty śmiech. Zrobiłam tyle głupstw, że gdyby je ułożyć jedno na drugim sięgnęłyby nieba, a potem utworzyły własną orbitę. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej trochę zmądrzałam. Gdybym jednak na chwilę wróciła do dawnych zwyczajów, cóż... Pozostaje wierzyć, że potrafiłabym sobie wybaczyć, pozbierała się i szła dalej. Teraz wiem, co naprawdę się liczy.
Wyobraźcie sobie ciężkie kółko z kluczami. Ta opowieść to jeden z nich. Posłużcie się nim w swojej wędrówce ku szczęściu, które jest nam dane na tym nędznym, lecz jakże pięknym łez padole. Nie stanowi odpowiedzi na wszystkie problemy, ale może się przydać. Zacznijmy od apogeum mojej głupoty.

Rozdział pierwszy
Manhattan – jakiś czas temu

Szanowna Pani O’Hara,
Pani ojciec był uroczym człowiekiem i wszyscy, którzy mieli przyjemność go znać, boleśnie będą odczuwali Jego brak. Wciąż widzę Go, jak zawzięcie czyści mój grill. Nie ulega wątpliwości: to był człowiek, który lubił czysty ruszt. Proszę przyjąć szczere wyrazy głębokiego współczucia.
Pozostaje jeszcze drobna kwestia Jego czynszu za styczeń. Nie chcę obciążać Pani dodatkowym kłopotem w tych trudnych chwilach, dlatego po prostu odliczę tę sumę od Jego depozytu. Ogromnie mi przykro, że muszę poruszać tę sprawę, ale czuję się w obowiązku przypomnieć, iż od tego, jak szybko opróżni Pani mieszkanie ojca z Jego osobistych przedmiotów, zależy, jaką część depozytu Pani odzyska.
Jeszcze raz składam szczere kondolencje.

Serdeczności,
Miriam Elizabeth Swanson

Przeszłam przez Sześćdziesiątą Pierwszą, upewniłam się, czy dobrze przykleiłam znaczek i wsunęłam list do skrzynki. Pogoda szybko zmieniała się z chłodnej i wilgotnej na przenikliwie zimną. W płóciennej torbie z logo PBS niosłam buty zimowe. Wiedziałam, że paradowanie po Manhattanie z płócienną torbą nie jest szczytem elegancji, ale dumne logo stanowiło przesłanie dla tych wszystkich, którzy chętnie oglądali publiczną telewizję, nie racząc wyłożyć na nią ani grosza. Drażniła mnie taka postawa: tylko brać, nie dając nic w zamian. Między innymi dlatego zgłaszałam się jako wolontariuszka do ich kampanii. Zresztą, uważałam, że byłaby to fantastyczna zabawa i przygoda: siedzieć przy telefonie i robić coś pożytecznego na oczach setek tysięcy, może nawet milionów widzów. Wielokrotnie składałam formularz, lecz nigdy nie zostałam wybrana. Może powinnam była wysłać bardziej szczegółowy życiorys albo bardziej pochlebną fotografię. Z młodzieńczych lat. Ech, kolejny zawód. Kolejne odrzucenie. Ale pokażcie mi kogoś, kto nie skrywa w sercu jakichś małych, niespełnionych marzeń? Głowa do góry, Miriam – powiedziałam sobie i ruszyłam w drogę.
Pogoda psuła się z minuty na minutę. Nawet Charles Dickens przyznałby, że to idealny dzień na pogrzeb. Nabrzmiałe, ciemne obłoki opuszczały się ku ziemi, zasnuwając całe niebo. Lada moment sypną śniegiem albo zacznie z nich lecieć marznący deszcz. Byłam bezradna wobec pogody i przygnębienia, jakie wywoływały niskie, przytłaczające chmury. Spędziłam w Nowym Jorku tyle lat, że pogodziłam się z tutejszymi zimami – i z wieloma innymi zjawiskami, składającymi się na mój ambiwalentny stosunek do miasta. Zresztą, dokąd miałabym uciec? Zamieszkać z synami? Jeszcze czego. Przeprowadzić się do matki? Nigdy w życiu.
Owinęłam się szczelniej szalikiem, osłaniając policzki przed arktycznymi podmuchami. Tyle dobrze, że napisałam list do pani O’Hary i wysłałam mimo paskudnej pogody. Ta myśl sprowokowała mnie do rozważań o ludzkim lenistwie, za którego przejaw uważałam na przykład zarzucenie wiecznych piór, długopisów i ołówków na rzecz wystukiwanych w pośpiechu listów elektronicznych. Wszelkiego rodzaju. Także kondolencyjnych. Wierzcie lub nie, ale słyszałam, że ktoś otrzymał e-mail z wiadomością o śmierci bliskiego przyjaciela. Łącznie z buźką w podkówkę. Boże miej litość. Zapamiętałam tę historię, bo wydała mi się po prostu absurdalna. A skoro mowa o wiecznych piórach – w sklepach pojawiły się jednorazówki, co moim zdaniem kłóci się z ideą wiecznego pióra. Czyż nie chodzi o to, by trzymać w dłoni piękny przedmiot i czuć jego kształt? Jego wartość i znaczenie jego historii? Przypominać sobie czasy, kiedy w szkołach uczono kaligrafii i nagradzano umiejętność pięknego pisania?
Oto kwintesencja współczesnego życia. Szybko zużyć każdą rzecz i jeszcze szybciej się jej pozbyć. Po kres swoich dni pozostanę samotną obrończynią standardów w świecie, który odrzuca wszelkie znane do tej pory przejawy kultury i dobrego wychowania. Ręcznie pisane listy najwyraźniej odeszły do lamusa, zostały skazane na zapomnienie. Takie zapanowały obyczaje.
Energicznym krokiem doszłam do kościoła, na palcach wślizgnęłam się do środka i zajęłam miejsce obok mojego serdecznego przyjaciela, a zarazem lokatora, Kevina Dolana.
– Zawsze lubiłam kościół Świętego Bartłomieja – szepnęłam mu do ucha.
Najdyskretniej, jak potrafiłam, zsunęłam płaszcz i rękawiczki. Nabożeństwo już się zaczęło. Było mi wstyd, że się spóźniłam. Nieważne, że tylko o kilka minut. W moim kufrze kobiety w średnim wieku piętrzyły się poskładane w równą kostkę albo wrzucone na łapu-capu urazy – tak fizyczne, jak psychiczne – zbierane przez całe życie. Coraz bliższa menopauza powodowała u mnie odczuwalny wzrost nietolerancji – także wobec samej siebie.
– Ja też – odszepnął Kevin. – Biedny pan O’Hara. Kto by się spodziewał, że umrze w miejskim autobusie? Ni z tego, ni z owego. Jedna chwila i fiu!, już po nim.
Machnął ręką, jakby trzymał w niej czarodziejską różdżkę. Śmierć pana O’Hary nagle zrównała się ze sztuczką iluzjonisty – jest i nie ma!
– Ciii! – syknął ktoś z ławki przed nami.
Przez chwilę milczeliśmy, stosownie do okoliczności, ale nie mogliśmy się powstrzymać od dalszych rozważań nad kruchością ludzkiego życia w Wielkim Jabłku. Kevin zawsze tak na mnie działał. Przy nim nieodmiennie zamieniałam się w młodą plotkarę z magla. Z naciskiem na „młodą”.
– Oskubany z pieniędzy i dokumentów – podjęłam cicho oburzonym tonem. – Odrażające!
– Pięć dni w miejskiej kostnicy? – zawtórował mi Kevin. – Koszmar! Gdybym nie zadzwonił do jego rodziny...
– Miał szczęście, że nie pożarły go szczury. Dzięki Bogu za kartotekę dentystyczną...
– Patrząc na te czarne, pokruszone zęby, nawet bym nie pomyślał, że choć raz odwiedził stomatologa.
– Błagam, to był mój... – powiedziała kobieta w ławce przed nami. Ramiona trzęsły jej się od szlochu.
Skarceni po raz drugi natychmiast zamilkliśmy, ale nasze oczy się spotkały. Płonął w nich ten sam szatański ognik ciekawości. Czyżby nasz pan O’Hara miał przyjaciółkę? Czy kobieta przed nami mogła być jego kochanką? Pokręciliśmy głowami. Niemożliwe, pomyślałam, ale wiedziałam, że jeszcze do tego wrócimy. Kto miał dziś siłę i cierpliwość na budowanie związku? Na pewno nie my. Choć osobiście nie pogniewałabym się, gdyby czasem w moim łóżku zagościł George Clooney.