Strona główna / Literatura światowa / Codzienność w Toskanii

Aktualności

08.10.2020

Ogłoszono finalistów National Book Awards

Powieść "LEAVE THE WORLD BEHIND" Rumaana Alama, która ukaże się nakładem naszego wydawnictwa w przyszłym roku, została właśnie finalistką prestiżowej nagrody literackiej National Book Awards.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

05.10.2020

Lara Gessler gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Larą Gessler, autorką książki "Orzechy i pestki. Przewodnik mistyczno-kulinarny".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Urodziłam dziecko szejka Marcin Margielewski
  3. To nie jest mój mąż Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »

Codzienność w Toskanii

Frances Mayes

Biała droga

„Zamierzam kupić dom w obcym kraju”, zapisałam na pierwszej stronie pamiętnika, który zatytułowałam W słońcu Toskanii. Niby zwykłe zdanie oznajmujące, lecz dla mnie szczególnie istotne, kamień milowy. Z takich prostych słów kiełkuje przeznaczenie, które wprowadza zmiany. Bramasole, opuszczony budynek pod murami Cortony, etruskiego miasta, stał się moim domem. Mało powiedziane. Miejscem najważniejszym pod słońcem, pępkiem świata i niekwestionowanym środkiem mojego prywatnego uniwersum.
W chwili gdy obróciłam w zamku ciężki żelazny klucz i otworzyłam włoski rozdział swojego życia, nie potrafiłam sobie wyobrazić siebie w tym miejscu za lat dwadzieścia, nie miałam pojęcia, ile mnie czeka przyjemności i wrażeń, ile kłopotów i nieporozumień, ile radości i jak wielka miłość do Bramasole, miejsca, które wywarło na moje życie decydujący wpływ.
Bohater powieści Juana Rulfa zatytułowanej Pedro Paramo w czasie podróży autobusowej zawsze ma w kieszeni na piersiach zdjęcie matki. Czuję, jak matka zaczyna się pocić, myśli Pedro. W pewnym sensie ta fotografia kojarzy mi się z Bramasole, włoski dom jest spleciony z moim życiem, oddzielny, a jednak nieodłączny. Stał się moim znakiem rozpoznawczym.
Jasna fasada w kolorze brzoskwini przełamanej różem, wychodzące na południe okna ukryte za okiennicami, kipiące pelargonie, rozlany powojnik, drzewka cytrynowe i lawenda w ogrodzie… cała ta obfitość piękna to symbol życia, ale nie tego, które wiodłam wcześniej, tylko wypracowanego przeze mnie własnymi rękami. Otwieram okno pracowni, wychylam się w roziskrzone powietrze, spoglądam na ogród, każdą różę witam po imieniu. Przesuwam wzrokiem po jaśminie, który pokrył kwiatami żelazny łuk, słucham czterech melodyjnych tonów wody spadającej kaskadą do antycz­nego basenu, widzę upływ lat w miejscach, gdzie czas pokruszył mur i jeszcze całkiem niedawno jeżyny porastały ziemię tam, gdzie teraz róże, bez, dalie i lilie tchną poezją z tajemnych zakątków nęcących do lektury między drzewkami oliwnymi. Nad wszystkim króluje ostatni ślad po dawnym ogrodzie: pięć majestatycznych drzew wznoszących się z bukszpanowego żywopłotu.
W lipcu najwyższą terasą władają zastępy wielkich słoneczników, moja osobista orkiestra o promiennych twarzach. W sierpniu pochylą głowy jak zbyt liczne, przerdzewiałe sitka pryszniców. Wtedy pojawią się bażanty. Skąd wiedzą? Ucztują do syta, ich zdławione okrzyki w tym czasie obżarstwa przywodzą na myśl odgłosy dobiegające z warsztatu samochodowego.

***

Pewnego razu śniłam, że postawiono mi ultimatum. Trudny wybór. Sprzedać Bramasole albo stracić rękę. Postać, która przedstawiła mi te straszne warunki, miała twarz pani dziekan, która na drugim roku oznajmiła mi, że albo się solidnie przyłożę do przedmiotów obowiązkowych – ekonomii oraz fizjologii, albo opuszczę college. Co łączyło się z rezygnacją z dramatu rzymskiego i etymologii greckiej.
Tym razem władcza kobieta stanęła przed moim ukochanym złotym, brzoskwiniowym i ciemnopurpurowym domem, wymachując piłą do metalu. Dom albo ręka. Wybieraj.
Obudziłam się, ściskając prawy nadgarstek. Nadgarstek ręki, którą piszę!
Nie potrafiłam dokonać wyboru. Tak mocno pokochałam symetryczny układ prostych wnętrz z oknami wychodzącymi na łagodne zbocza doliny, gdzie noc maluje niebo gwiazdami, a świt staje w szranki z artystami renesansu, żarliwie oddającymi takie sceny w tle zwiastowania albo męczenników naszpikowanych strzałami. Jestem bezsprzecznie uzależniona od powojnika o szeroko rozwartych purpurowych kwiatach, wspinającego się po zardzewiałej poręczy balkonu, oplatającego donice z surfiniami, i od pnącego wiciokrzewu, który zasadziłam, żeby mi przypominał wiejskie drogi w Georgii. Kocham obfite pelargonie i rząd białych hortensji. Uwielbiam żelazny płot, który w zeszłym roku wykuł dla nas zaprzyjaźniony kowal Egisto. Dzięki niemu nie muszę biegać za wnukiem za każdym razem, gdy przekroczy próg domu, bać się, że przewróci się za niski murek i stoczy po zboczu.
Ed przez pół roku nadzorował odbudowę ścian trzech długich teras, zniszczonych przez osuwiska w czasie wyjątkowo obfitych zimowych deszczów. Czasami przed kolacją spacerujemy po moim odzyskanym ogrodzie ziołowym, podziwiając mury, a przeklinając błoto i wydatki. Te mury kosztowały Eda co najmniej dwa tomiki poezji. Są zakotwiczone w ziemi stalowymi prętami, lecz wyglądają równie wspaniale jak dawniej, przed wiekami, gdy zostały postawione przez tutejszych chłopów. Mój dawny ogród ziołowy zniszczyło osuwisko, ale dzięki temu narodził się projekt odbudowy murów i w efekcie powstał ogród nowy, ładniejszy. Jego granicę wyznaczają: santolina, rozmaryn, kocimiętka, ogórecznik oraz ruta; w gęstwinie kwiatów przysiadają pszczoły, spomiędzy płatków unosi się mieszanka ciężkich woni. Rozrosło mi się królestwo róż, w efekcie przecudne Gloire de Dijon, Reine des Violettes, Rita Levi-
-Montalcini i Pierre de Ronsard latem dzień w dzień trafiają pod ostrza sekatora. Zakochałam się w odświeżającym chórze ptasich treli w wiosenny poranek i w górskim oceanie śmietankowej mgły wypełniającej dolinę zimą tuż po wschodzie słońca, i w ludziach, którzy pozdrawiają mnie głośno, gdy spoglądając w górę, widzą, jak podlewam truskawki w doniczkach.

***

Rok 2010 zamyka dwadzieścia lat, które nazywam nowym życiem. Życiem we Włoszech. Świętowanie zaplanowaliśmy na piątego lipca.
Gdy pierwszy raz przyjechałam do Bramasole, z agentem nieruchomości, powiedziałam kpiąco:
–    No i proszę.
No i proszę. Kiedy otwierała się przede mną zardzewiała brama, nie miałam pojęcia, jak ogromne zmiany mnie czekają. Na fasadzie budynku lśniły plamy słoneczne, budziły kolory, które za każdym razem, gdy podnoszę na nie oczy, zdumiewają mnie i przyprawiają o dreszcz. Przyjechałam do Włoch z powodu dróg obrośniętych cyprysami, wibrujących życiem placów, czystych linii kościołów romańskich na wsi, a także z powodu kuchni i historii. Wciągnęła mnie niekończąca się festa codzienności między najbardziej gościnnymi ludźmi na świecie. Urządziłam sobie tutaj dom właściwie mimochodem, to raczej owo miejsce mnie zagarnęło i ukuło na własny obraz i podobieństwo.
Jak do tego doszło? Jak do tego dopuściłam? Każde życie znaczą kamienie milowe, większe i mniejsze. Mój przyjaciel Fulvio mówi „zająć decyzję”. Nieprawidłowo, ale słusznie. Zajęcie decyzji zajmuje człowieka. Chociaż wysiadając z samochodu, nie miałam pojęcia, do jakiego stopnia zmieni się moje życie, to jednak coś przeczuwałam. Potrzebna mi była szczelina, okazja do obcowania z czymś nieograniczonym. W pełni swojej ignorancji sama tego chciałam.
I Włochy rzeczywiście okazały się pełne niewyczerpanego bogactwa. Ów podarunek od nowego, a przecież bardzo starego kraju, prezent w postaci zupełnie innego języka, literatury, historii, architektury i sztuki, spadł na mnie jak złoty deszcz. Jest niezaprzeczalna prawda w paradoksie, że to, co człowieka wyciąga ze skorupy, jednocześnie daje mu prawdziwą wolność. Pasja jest jak igła kompasu, która pomaga się skupić na celu. Podniecenie odkrywania wyrzuciło mnie z dobrze znanej codzienności w przestrzeń całkiem nowych wyzwań, gdzie byłam zmuszona, z ogromną radością, odkrywać każdy dzień.
Zbliżająca się dwudziesta rocznica mieszkania we Włoszech podsuwa okazję do refleksji i zamyślenia nad możliwościami, jakie niosą ze sobą lata, które szybko ku mnie podążają. Jestem już dość dojrzała, by twierdzić, że czegoś się w życiu nauczyłam. Wierzę w słuszność pełnego treści stwierdzenia Bashō, przekazywanego z pokolenia na pokolenie od siedemnastego wieku: droga jest celem samym w sobie.