Strona główna / Literatura polska / Arabska żona

Aktualności

06.12.2019

Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty

W czwartek 19 grudnia o godz.18:00 zapraszamy do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie (ul. Tłomackie 3/5) na spotkanie wokół książki Grzegorza Rossolińskiego-Liebe "Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty".

Wywiady

06.12.2019

“Każdy pisarz ma szansę na bestseller”

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas"

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pokrzyk Katarzyna Puzyńska
  2. Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  3. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Arabska żona

Tanya Valko

ŻYCIE NA WSI

Koniecznie chłopak


Całe szczęście ramadan się skończył, a następny dopiero za rok. Od jakiegoś czasu dziwnie się czuję. Rano budzę się zlana zimnym potem, to trzęsą mną dreszcze, to jest mi gorąco. W brzuchu przelewają się jakieś wody i bulgoczą bąbelki, więc chyba musiałam złapać amebę, powszechnego tutaj pasożyta. Nie chcąc denerwować Ahmeda, sama kupuję sobie pojemniczek i planuję po którymś fitnessie zanieść kał do analizy. Przychodnia jest tutaj na każdej niemal ulicy, tak że nie ma z tym kłopotu.
Ćwiczenia od jakiegoś czasu nie stanowiły już dla mnie problemu, więc dziwi mnie obecne osłabienie. Wydaje się, że nie ruszę ręką ani nogą. Często przed oczami mam mroczki, i to nie tylko podczas wysiłku, lecz również bez okazji. Zaczynam się mocno niepokoić.
Dzisiaj po aerobiku tak mnie mdli, że niestety wymiotuję w toalecie znajdującej się tuż przy szatni, a wszystkie dziewczyny, słysząc moje męczarnie, zaśmiewają się do rozpuku. Dziwna reakcja.
– Mabruk, mabruk! – Klepią mnie po plecach i patrzą przyjaźnie.
Nie rozumiem, czemu kiedy puszczam pawia, życzą mi szczęścia.
– Czemu mabruk? – pytam.
– No co ty, przecież jesteś mężatką i mówiłaś, że masz pięcioletnią córeczkę – dziwią się, cały czas mnie dotykając.
– Sześcioletnią – sprostowuję.
– Nie ma znaczenia, w ciąży już byłaś.
– Co macie na myśli?!
– Dziewczyno, nie bądź dzieckiem, po tobie od razu widać. Tak jest ze szczupłymi. Gruba to może nawet do siódmego miesiąca się nie przyznawać. – Śmieją się.
– No dobrze, muszę już iść. – Gwałtownie wstaję, lecz chwieję się i szybko siadam. Skąd te zawroty głowy?
– Może nie plącz się dzisiaj sama po mieście, bo jeszcze gdzieś zasłabniesz – ostrzegają mnie.
– Nie, nie, wszystko w porządku – uspokajam je. – To na pewno ameba.
– Chciałabyś. – Uśmiechają się pod nosem. – Lepiej kup test ciążowy i witaminy.
Macham lekceważąco ręką i odwracam się do nich plecami.
– Dziewczyno, przecież to dopiero drugie, co się mart­wisz? – próbują mnie pocieszyć.
– Ale ja mam inne plany. – Po co ja im to mówię?
– Cóż, każda kiedyś miała plany. Takie życie. – Spuszczają smutnie głowy i rozchodzą się każda w swoją stronę.
Na świeżym powietrzu czuję się znacznie lepiej, lecz serce z niepokoju łomocze mi w piersi. A jeśli to prawda? Jeśli jestem w ciąży? Będę całymi dniami sama siedziała na naszej wsi, znowu utyję jak świnia i całkiem ugrzęznę w domu. Na kolejne długie lata albo na zawsze. Nie jestem do końca przekonana, czy chcę wieść taki tryb życia i czy potrafię poświęcić całą siebie w imię miłości do Ahmeda. Jeśli urodzi się drugie dziecko, nie będę miała szans na wyrwanie się stąd, już teraz jest to prawie niemożliwe.
Wychodzę prosto na aptekę. Co za zbieg okoliczności. Cóż, kupię test, chociażby po to, aby się przekonać, że wynik jest negatywny. Na pewno tak będzie, przecież ja się w ogóle nie czuję jak w ciąży. Próbuję sobie przypomnieć, jak było przy Marysi, ale już mi to uleciało z pamięci. Pamiętam tylko gehennę, jaką przeszłam podczas porodu. Znów mam zawroty głowy i robi mi się niedobrze. Bylebym nie zaczęła wymiotować na ulicy! Przysiadam na murku i biorę głęboki wdech. Tylko bez paniki. Muszę złapać taksówkę i jadę do mamy, albo do Maliki. Żadne z tych rozwiązań mi nie pasuje, ale z dwojga złego chyba jednak wybiorę pierwszy wariant. Taksówkarz co chwila zerka we wsteczne lusterko. Albo chce mnie poderwać, albo tak koszmarnie wyglądam.
– Pani powinna odpocząć, madam – mówi na pożegnanie. – Proszę na siebie uważać.
Usiłuję po cichu przemknąć przez część reprezentacyjną domu, a potem po schodach na piętro. Żeby tylko nikt mnie nie usłyszał – tak bardzo potrzebuję teraz ciszy i samotności.
– Dot, to ty?
– Tak, mamo. Idę do nas na górę trochę odpocząć.
– A co się stało, kochanie? – Już jest przy mnie. – Rzeczywiście marnie wyglądasz. – Patrzy z niepokojem i dotyka mojego czoła.
– To nic takiego. Nie wyspałam się i po intensywnych ćwiczeniach trochę mnie zemdliło.
– No, no – nie chce uwierzyć. – A ja mam pyszny świeży rosołek, zaraz postawi cię na nogi.
– Dziękuję, mamo, ale…
– Jak nie chcesz jeść w kuchni, to przyniosę ci go na górę. A ty najlepiej weź chłodny prysznic, to zawsze pomaga.
I już jej nie ma. Może ma rację, posłucham jej rady. A potem położę się do łóżka i będę spała aż do przyjazdu Ahmeda.
Bulion bardzo mi smakuje. Czuję, jak rozgrzewa całe moje ciało. Matka przycupnęła na krześle i uważnie mnie obserwuje. Odkładam talerz i opadam na łóżko. Jak dobrze, jak cudownie, zaraz będę spać. O Chryste! Gwałtownie siadam, bo czuję, jak zjedzona zupa podchodzi mi do gardła. Mama ze zdziwieniem unosi brwi do góry, a ja szybko biegnę do ubikacji i z rykiem oddaję całą zawartość trzewi. Nie mogę przestać i strasznie się męczę. W końcu, ze zmoczonym ręcznikiem na szyi, wlokę się z powrotem do sypialni.
– Mabruk, córko, mabruk – szepcze matka, układając mnie w łóżku. – Wszystko jest w porządku, to tylko takie paskudne początki.
– Ależ mamo…
– Dobrze, dobrze, nic nikomu nie powiem. Ty też wierzysz w złe spojrzenie?
Nie dość, że życzy mi szczęścia w moim nieszczęściu, to jeszcze uważa, że jestem tak samo przesądna jak oni wszyscy.
Zamykam oczy i zaczynam się zastanawiać. Przecież to niemożliwe, od lat regularnie biorę środki antykoncepcyjne. Niczego tak skrupulatnie nie pilnuję. No może raz zapomniałam je zażyć, kiedy przed ramadanem pokłóciliśmy się z Ahmedem. Teraz sobie uświadamiam, że dwie ostatnie miesiączki też nie były takie obfite jak dawniej. Jutro z samego rana zrobię ten cholerny test, nie mam wyjścia. A jeśli… Łzy napływają mi do oczu i po chwili usypiam z rozpaczy i wycieńczenia.
Stoję w łazience i patrzę na obsikany przed chwilą tekturowy pasek. Siadam na muszli. Wynik jest jednoznaczny, lecz ja nie mogę w to uwierzyć. Wyciągam następny test i powtarzam czynność. Wstrzymuję oddech i… to samo. No to pięknie! Jestem ugotowana! Do rozpaczy dochodzi wściekłość. Najchętniej bym kogoś pogryzła.
– Marysia, co ty, do cholery, wyprawiasz z tymi płatkami – drę się, wchodząc do kuchni i widząc, jak moja córka, tak jak zresztą każdego ranka, paluszkami wyławia z mleka czekoladowe kulki.
– Jem śniadanko, mamuniu. – Patrzy na mnie niewinnie i nie przerywa zabawy.
– Ile razy ci mówiłam, że je się łyżką. Czy ty prymityw jakiś jesteś?
– Jestem. – Obawiam się, że nie rozumie tego słowa, bo nigdy go jeszcze nie słyszała.
– Zacznij mnie słuchać! – Pochylam się nad nią i wrzucam łyżkę do miseczki. – Mówię, jedz jak człowiek! Zrozumiano?!
– Zrozumiano – słabym głosikiem odpowiada Marysia i widzę, jak w jej czarnych oczkach zbierają się łzy.
– No to już, wiosłować! – Obracam się na pięcie i wychodzę ostudzić się na dworze. Za sobą słyszę cichutki płacz dziecka.
Widzę naszego gafira, nieźle opłacanego, który rozleniwiony siedzi na plastikowym krzesełku i wygrzewa się na słońcu. Bezczelność! Ja mam zamiatać i sprzątać podwórze, a jaśnie pan stróż będzie się relaksował?!
– Ej, ty! Chodź tutaj.
Niechętnie, jak na zwolnionych obrotach, zwleka się z krzesła i rusza w moją stronę.
– Bierz miotłę, worek na śmieci i posprzątaj tu! – krzyczę na niego i wymachuję rękami.
Po jego minie widzę, że jest oburzony. Z pogardą wydyma wargi, prostuje się i taksuje mnie wzrokiem.
– Pan mi nic nie mówił.
– Ja ci mówię, to masz robić.
– Ale pan mi nic nie mówił – powtarza bezbarwnym głosem.
Jaki uparty tępy muł! Nawet taki służący nie słucha kobiety, bo ona w tym społeczeństwie nic nie znaczy. Ale ja mu udowodnię, że w moim wypadku jest inaczej. Jeszcze mu w pięty pójdzie!
– Ahmed – natychmiast dzwonię. – Ten głupi stróż nie chce zamieść tarasu ani nic posprzątać – mówię po polsku.
– Taak…
– Twierdzi, że pan mu nie kazał, a panią ma w dupie.
– Niemożliwe. On cię bardzo lubi.
– Nie musi mnie lubić! – krzyczę, jakbym chciała, aby usłyszał mnie bez połączenia telefonicznego. – On ma mnie szanować i słuchać!
W słuchawce zapada grobowa cisza.
– Daj mi go do telefonu.
Oddaję gafirowi słuchawkę i słyszę po drugiej stronie linii nie tyle krzyk, ile jazgot. Arabskie gardłowe dźwięki przechodzą w charkot. Nic nie jestem w stanie z tego zrozumieć, ale efekt jest natychmiastowy.
– Sorry, madam. – Chciałby zabić mnie wzrokiem, ale usłużnie pochyla głowę i szurając nogami, zabiera się do pracy.
Na tym pustkowiu nie znajdę więcej ofiar. Mogę jeszcze zadzwonić do mojej mamy, z którą pokłócić się nie jest trudno, ale robię to najrzadziej jak się da. Ona wszystko krytykuje i mówi tylko o moim powrocie do Polski. Gdyby bidula wiedziała, że nie ma takiej opcji, bo nie mam ani paszportów, ani pieniędzy, ani możliwości, to chybaby zwariowała. Jedno jest pewne, że samodzielnie muszę połknąć tę żabę, którą sobie zafundowałam.
Czuję się rozdarta. Nie do końca jest tak, że nie chcę tego dziecka. Zawsze marzyłam, by mieć dziewczynkę i chłopczyka, ale czas jest nieodpowiedni. Najpierw pragnę do czegoś dojść, ugruntować swoją pozycję, poczuć się pewniej i uwierzyć w miłość Ahmeda. Nawet nie jestem jego oficjalną żoną! Jakby mi było mało dotychczasowych kłopotów! A mój mąż – nie mąż nawet nie wspomni o zalegalizowaniu związku. Czyżby traktował go tymczasowo?
Siadam na słońcu i wygrzewam się jak kot. Pozostaje mi tylko czekać i sprawdzić, jak zachowa się w tej sytuacji.


– Szukran – dziękuję za wynik, który dostałam dosłownie po pół godzinie.
– Mabruk – mówi laborantka. Tak więc już nie muszę otwierać koperty i odcyfrowywać nagryzmolonej tam diagnozy.
Kobieta pluje przez ramię, aby nie zapeszyć, i uśmiecha się do mnie szeroko. Wzdycham smutno i raczej nie wyglądam na zadowoloną.
– Jeśli źle się czujesz, to nic się nie martw, po trzech miesiącach przejdzie – pociesza mnie. Nie dopuszcza nawet myśli, że mogę być niezadowolona z zaistniałej sytuacji. – Powinnaś się teraz przejść do lekarza – życzliwie doradza. – W naszej przychodni przyjmuje bardzo dobry ginekolog. I niedrogi.
– Mamy w rodzinie człowieka z branży, który na pewno mi kogoś poleci. Jeszcze raz dziękuję.
Powoli zmierzam do domu matki. Cóż, trzeba im będzie oficjalnie oznajmić „radosną” nowinę. Może jeszcze nie dzisiaj, gdyż chyba najpierw powinnam powiedzieć Ahmedowi. Podejmuję decyzję, że jakiś czas poczekam, bo nie wiadomo, jak sytuacja się rozwinie. Może nie donoszę? I co wtedy? Wstyd i usprawiedliwianie się przed wszystkimi.
Nudności przeszły w inną, może mniej nieprzyjemną, ale jeszcze bardziej uciążliwą niedyspozycję. Śpię całymi dniami i nie potrafię nad tym zapanować. Strasznie boję się o Marysię, żeby nie wpadło jej wtedy coś głupiego do głowy. Kiedy siedzę z nią w jej pokoju, usypiam na dywanie między zabawkami, a podczas oglądania telewizji chrapię w trakcie najciekawszych seriali. W kuchni słaniam się na nogach, raz usnęłam na stole z głową w obieranych jarzynach. Nic z tego nie rozumiem, jak chodziłam w ciąży z Marysią, byłam rześka jak skowronek… Już od miesiąca nie byłam na fitnessie, bo przecież się nie nadaję, a Ahmedowi tłumaczę to lenistwem. Od jakiegoś czasu wszystko przyjmuje ze stoickim spokojem i jest łagodny jak baranek. Niekiedy wychwytuję jego lustrujący mnie wzrok, choć jeszcze nic mu nie powiedziałam. Ale co tu dużo mówić – widać , że będę mamą: brzuch mi lekko wydęło, pępek wydobył się z dołeczka, w którym zawsze się chował, a piersi urosły chyba o cały rozmiar. Noszę szerokie T-shirty i jeszcze przez chwilę chcę poczekać z cudowną nowiną, bo nadal się boję, że poronię – przecież tak źle i dziwnie się czuję. Nie chcę nikomu sprawiać zawodu. Nie wiem też, jaka tym razem byłaby reakcja Ahmeda, choć nie oczekiwałabym żadnej typowej ani ogólnie przyjętej.
– Malika zabierze cię dzisiaj wieczorem na zakupowe szaleństwo – informuje mnie przez telefon. – Są niesamowite wyprzedaże, jak to zazwyczaj po Nowym Roku. Przyjedzie o piątej, w porządku?
– Tak, świetnie. Dawno jej nie widziałam.
– Nie chciała ci głowy zawracać – niezdarnie tłumaczy siostrę. – A poza tym wiesz, jaki wszyscy mają młyn przy zamknięciu roku rozliczeniowego.
Zastanawiam się, skąd niby miałabym to wiedzieć, ale nie dociekam.
– Mam jechać z Marysią?
– Tak, zostawicie ją u matki. Może tam nawet posiedzieć przez cały weekend.
– No, no, będziemy mieli wolną chatę – żartuję.
– Należy nam się. Co o tym myślisz?
– Mmmm…
Co on knuje? Denerwować się czy nie? Obecnie mam to w nosie. Kładę się w naszym małżeńskim łożu, przyjmuję pozycję embriona i wtulam się w cieplutki pled.
– Marysia, chodź do mamy – ostatnim tchnieniem wołam córeczkę i zasypiam.
(…)