Strona główna / Literatura polska / Wyspa kobiet

Aktualności

29.07.2022

Spotkanie z Dagmarą Andryką w Warszawie

W czwartek 25 sierpnia o godz. 19:00 zapraszamy do PROM-u Kultury Saska Kępa (ul. Brukselska 23, Warszawa) na spotkanie z Dagmarą Andryką, autorką książki "As".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Perska wytrwałość Laila Shukri
  3. TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka Beata Sabała-Zielińska

Wyspa kobiet

Teresa Ewa Opoka

JOANNA

Jak każdego poranka wyszła na taras, żeby wypić kawę. Miała na sobie tylko nocną koszulę z bawełny, ale nikt jej tu nie widział. Za tarasem rozciągał się ogród, który przechodził w łagodnie opadającą łąkę, otoczoną z trzech stron lasem. Las uparcie dążył do rozszerzenia swojego terytorium. Co roku wysyłał na łąkę jak nie brzózkę, to sosenkę i myślał, że a nuż tym razem się powiedzie. Ale Joanna nie mogła na to pozwolić, bo za dwa, trzy lata las wchodziłby jej oknami i drzwiami do domu, a ona nie chciała, by cokolwiek przysłaniało jej nieskończoność.
Na stoku już się pasło stadko kóz, które wyprowadziła o świcie. Kozy należały do niej, a na pewno Mela – pierwsze zwierzę, które kupiła. Bo później wszystko się pomieszało. Dzieci Meli przyszły na świat w oborze Marianowej, która też hodowała kozy. Późną jesienią aż do wiosny Joanna oddawała stadko do zagrody Żulińskich w Leszczynach – wiosce położonej za lasem, ponieważ często zimą wyjeżdżała. Tak samo kury, kaczki. Marianowa za chodzenie wokół zwierząt miała mleko, jajka dla całej rodziny, a co zbywało, mogła sprzedać.
Śmieli się z Joanny we wsi, gdy po zagospodarowaniu się powiedziała, że chciałaby kozy hodować.
– Pani! Ma pani pojęcie, co to koza? Wejdzie taka do domu, siądzie se na krześle, noga na nogę i w lusterku by się przeglądała. A zeżre wszystko, i obrus, i gazetę, i warzywa w ogródku, kwiatki. Co tylko! – tłumaczyła jej po dobroci pani Sabina, sąsiadka, do której pierwszego lata często biegła coś pożyczyć. Garnuszek cukru, widły, kosę, klucz francuski.
Joanna była jak dziecko, które dostało nową zabawkę. Na początku chciała mieć wszystko. Pięć hektarów ziemi! Ludzie! Przecież trawy starczyłoby nie tylko dla kóz, ale i owiec, krów, koni.
Pędzić na koniu leśnym duktem. Ściskać łydkami jego ciepłe boki. Pochylać głowę pod gałęziami drzew. Czyściłaby mu szczotką grzbiet i czesała ogon. Widziała na filmie. Nigdy nie siedziała w siodle, nawet bałaby się blisko podejść do konia. Ale chciałaby być osobą, która rano wkłada bryczesy, wysokie buty, chustkę na głowę, jak królowa angielska, wyprowadza ze stajni cicho rżącego araba, siodła go i gna po okolicy. Zdawała sobie sprawę, że ma za mało czasu, by przemienić się w znawczynię koni. Od lat pracowała nad sobą – tak jej się przynajmniej wydaje – ale uświadomiła sobie, że istnieją sfery zamknięte dla niej na głucho i musi się z tym pogodzić.
Na kolana wskoczyła jej kotka Czacza. Joanna odstawiła filiżankę i pogłaskała pręgowane futerko. Przysunęła sobie drugi fotel i wyciągnęła na nim nogi, a Czacza skwapliwie przywarła do koszuli, uważając, by nie dotknąć ud, bo golizna budziła w niej obrzydzenie i marzyła, że pewnego poranka jej pani wyjdzie na taras pokryta na całym ciele delikatną sierścią, ostrożnie niosąc filiżankę kawy.
Joanna położyła dłoń na rudym łbie Beli, która przycisnęła wilgotny nos do jej łydki i czekała cierpliwie na swoją porcję porannej czułości.
Moja wyspa, pomyślała, ogarniając wzrokiem kępy floksów, lilii, szmaragdowe łąki i mocną ścianę lasu. Podobno są marzenia, które gdy się spełnią, bywają przekleństwem. Jej się udało. Kiedy miała trzydzieści kilka lat, napisała muzykę, a właściwie próbowała przymierzyć nuty do wiersza przyjaciółki z Krakowa, Krystyny. Bez powodzenia.

Moja wyspa jest tak maleńka
Że można stanąć na niej
Tylko na jednej nodze
Na mojej wyspie rośnie
Jedna trawka
Jakoś doszłyśmy do porozumienia…

Dalej było o ptakach siadających na ramionach i namawiających, by z nimi leciała hen, pewnie do ciepłych krain, ale ona nie chciała, ponieważ wyspa, choć taka maleńka, świetnie nadawała się pod uprawę marzenia. Joanna muzyki do tego wiersza nie zdołała napisać, bo nie miał rytmu. Pozostały słowa, które wciąż do niej powracały, a rytm wprowadzała na swojej wyspie poprzez barwy (na przykład fiolet, pomarańcz) i poprzez różną wysokość roślin. Przestała marzyć. Ta wyspa w zupełności zaspokajała jej poczucie szczęśliwości, a więc tego, co znajduje się poza zasięgiem bólu i pociechy.
Jej ziemia leżała na głębokiej wsi otoczonej lasami bogatymi w leśno runo, bo miastowi tu nie mogli trafić, zawsze po drodze coś ich zatrzymało, zawróciło, zakołowało i znowu wyjeżdżali na główną szosę i gnali przed siebie, zostawiając z boku tę piękną, dziką krainę w centrum Polski. Trafiali tu tylko wtajemniczeni, którzy dzielili się na dwie grupy – tych, którzy stąd się wywodzili, i tych, którzy byli zapraszani przez Nowych. Joanna była Nowa.
Wbrew temu, co myśleli przyjezdni z miasta, uważała swoje obecne życie za łatwe i przyjemne, nawet jeśli akurat kopała rów odwadniający, zrywała się o świcie, by wyprowadzić kozy na łąkę, lub siadała do fortepianu w wełnianych rękawiczkach z obciętymi palcami, bo od jesieni w pałacu robiło się bardzo zimno.
Gdzie teraz kwitły kwiaty, pierwszego lata rosły pokrzywy, oset, jeżyny i wredne krzewy zbijające się w kopulaste kępy, zwane przez miejscowych rokiciną – do tej pory gdzieś tam na horyzoncie toczył z nimi walkę Borys.
Gdy kilka lat temu ujrzała tę ruinę, poczuła, że tu będzie szczęśliwa. Oczywiście nie po raz pierwszy. Zwykle okazywało się później, że przeczucie ją oszukało, ale nie tym razem. Dopiero w praktyce sprawdziła, na własnej skórze i własnej duszy, jak można być pełnym radości, z daleka od wszystkich.
W średnim wieku (miała pięćdziesiąt siedem lat i uważała za Arystotelesem, że ta cezura trwać będzie do osiemdziesiątki), po burzliwym życiu, nabrała przekonania, że najlepiej trzymać się z dala od ludzi. I wcale nie uważała się za egoistkę. Zapraszała na swoją wyspę znajomych, przyjaciół oraz ich przyjaciół i cieszyło ją, że czują się tu dobrze, że zapominają przez kilka lub kilkanaście godzin o całym świecie i jego parszywych sprawach.
Małe przykrości od miejscowych się nie liczyły, prawie nic nie ujmowały z ogólnej radości życia. Ta radość ku jej zdumieniu brała się z zapominania o swoim ja, które całe życie w każdej sekundzie, dniem i nocą wrzeszczało, wzdychało, jęczało, tupało w niej – ja, ja, ja! Jak dziecko z ADHD. Wreszcie przycichło, spokorniało, a otwierały się inne obszary duszy. Nagroda.
Gdy piła rano kawę, podziwiała wszystko wokół, a podziw swój składała w hołdzie Temu, za Którego przyczyną istniało widzialne. Absolutnie wszystko, co stworzyłeś, jest piękne i doskonałe, widzę i dziękuję, Twoja Joanna. Amen. Taka była jej poranna modlitwa. Zdarzało się, że gdy wyprowadzała kozy o świcie, śpiewała głośno „Kiedy ranne wstają zorze”, bo o tej porze nikt jej nie mógł słyszeć oprócz Tego, Który Słyszy Wszystko. Była zachwycona, że udało jej się być w innym świecie, będąc jednocześnie na tym. Miała dość lat, by zdawać sobie sprawę, że niewielu
udaje się taka sztuka.
Zdumiewające, że tak łatwo można osiągnąć szczęście. Wystarczyło nie tracić ścisłego kontaktu z samą sobą. Albo inaczej – zapomnieć o sobie. Ale do tego potrzebny był spokój. Dlatego nie dziwiła się już świrom, którzy samotnie opływali ziemię, szli w góry czy rozbijali namiot na pustyni.
Włożyła do wiaderka radio, stary sweter, rękawiczki, małą drapaczkę, telefon wsunęła do kieszeni luźnej bluzy włożonej na podkoszulek i poszła w zagony truskawek, by powyrywać chwasty, bo wystarczyło kilka dni i zielsko zaraz się panoszyło, zasłaniając słońce ostatnim owocom, przez co były drobniejsze i nie tak słodkie.
Położyła pod kolana deseczkę, a na nią sweter, ponieważ przesuwała się wzdłuż grządek na klęczkach – ból kręgosłupa nie pozwalał się schylać. Jak zwykle po kilku minutach bezmyślnie ściągnęła rękawiczki, bo jej przeszkadzały w pieleniu. Nie będzie mogła domyć rąk i paznokci.
Skończyła się piosenka śpiewana przez Marylę Rodowicz i spiker zaczął czytać wiadomości. Powiedział o rocznicy wypadków w Czechosłowacji. Joanna znieruchomiała. Która rocznica? Czekała, aż powtórzą, ale sama łatwo mogła policzyć. Czterdziesta. W Czechach i na Słowacji uroczyście obchodzona będzie czterdziesta rocznica napaści Układu Warszawskiego na Czechosłowację.
Joanna zastygła z garścią zielska w ręku, a następnie opadła na pięty. Mój Boże! Że też musiała
usłyszeć o tej rocznicy. Przecież nie zawsze zabierała ze sobą w pole radio. Ale pewnie i tak by usłyszała przy szykowaniu obiadu, bo o tej porze miała nawyk słuchania ulubionych audycji przeplatanych króciutkimi wiadomościami.
Sprytnie wymyśliło tych dwoje smarkaczy, by ktoś im przypomniał o spotkaniu w przyszłości. Budzik nakręcony czterdzieści lat temu tykał niezawodnie cyk, cyk, cyk i z przyzwyczajenia nie słyszało się tego tykania, zapomniało się o szczenięcych obietnicach, dopóki niezawodnie zaterkotał na cały kraj. Ba! Na całą Europę. Nawet żartowali, że za czterdzieści lat, być może, radio trafi do muzeów techniki, zostanie zastąpione czymś nowocześniejszym. I proszę. Znikły magnetofony szpulowe, winylowe płyty, wynaleziono telewizję, telefony komórkowe, komputery, internet, a wynalazek Marconiego przetrwał.
Zobaczyła ich pod lasem – siedemnastoletnią dziewczynę i o dwa lata starszego chłopca. „Moi kochani” – wyszeptała. Uśmiechali się do niej, na pewno się uśmiechali. Postacie z czarno-białej fotografii patrzyły na starą kobietę w słomianym kapeluszu klęczącą pośrodku truskawkowego pola.
– Co teraz będzie? – zapytała bezradnie i otarła łzy.
– Jureczku? Co teraz? Co myśmy najlepszego zrobili?
W dniu swoich urodzin, a więc za niecałe dwa miesiące, trzynastego września, umówiła się na randkę z Jurkiem. Wpadli na ten pomysł czterdzieści lat temu. Wtedy wydawał się jej zabawny i niezwykły, a teraz – upiorny.