Strona główna / Literatura polska / Melchior Wańkowicz. Dzieła / Dzieje rodziny Korzeniewskich. Drogą do Urzędowa. Reportaże z Wołynia. Od Stołpców po Kair

Aktualności

20.02.2020

Nina Novak i Wiktor Krajewski w Warszawie

W czwartek 5 marca o godz. 18:00 zapraszamy do Empiku Junior w Warszawie (ul. Marszałkowska 116/122) na spotkanie z Niną Novak i Wiktorem Krajewskim, autorami książki "Taniec na gruzach. Nina Novak w rozmowie z Wiktorem Krajewskim".

Wywiady

23.01.2020

Wszyscy mamy w sobie czynnik diabła.

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Craigem Russellem, autorem książki "Czynnik diabła"

Posłuchaj i zobacz

22.01.2020

Wstrząsająca prawda o życiu arabskich księżniczek.

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Marcina Margielewskiego "Zaginione arabskie księżniczki".

Bestsellery

TOP 20

  1. Dymy nad Birkenau Seweryna Szmaglewska
  2. Króliki z Ravensbrück Anna Ellory
  3. Oleńka. Panienka z Białego Dworu Wioletta Sawicka

Fotogaleria

więcej »

Dzieje rodziny Korzeniewskich. Drogą do Urzędowa. Reportaże z Wołynia. Od Stołpców po Kair

Melchior Wańkowicz

DROGĄ DO URZĘDOWA

(…)
Tak powrót do Urzędowa zaczął się drogą okrężną i dotąd nie skończoną.
Dla ludzi, których nie zdążono wybić w Katyniu – w wagonach jenieckich na wschód.
Dla obrazu – w podwójnym dnie walizki pułkownika Kosiby.
Stary człowiek w łachmanach klęczy w błocie, tuląc do siebie wynędzniałe dzieci w szmatach. Pięcioletnia dziewczynka jest tak zbiedniała, że siedzi, oparłszy się pleckami o niego, ma szklane oczy. Chłopiec-szkielecik stojąc objął starego za szyję, patrzy ponad tłum klęczących w stronę, gdzie kapłan przy ołtarzu polowym w komży, ale bez ornatu, podnosi miast kielicha szklany słoik.
Biedna to służba Boża i biedny to tłum w łapciach, w postołach z opon sznurami umocowanych, w łachmanach, zmierzwiony, brudny, przeżarty czerwonką, potyfusowy, wszawy, znaczony stygmatami awitaminozy.
Klęczy tak na placu Buzułuku, typowego drewnianego miasteczka moskiewskiego, dawnej forteczki stepowej zdobytej przez Pugaczowa. Mieści się w niej teraz ośrodek zapasowy Armii Polskiej na Wschodzie, do którego przede wszystkim ściekała ropa niewolnicza z Kołymy i Pieczory, z Murmańska i Workuty, z tajg, priisków, kopalń, lesozagotowok, z dróg moszczonych w tundrach i z ładowania barż na Morzu Polarnym. Wlekli się setkami kilometrów, brnąc ku stacyjkom zarzuconym w tundrze i w stepie, znacząc gęsto drogę trupem. Jechali potem długie tygodnie w wagonach bez strawy, wyrzucając w biegu trupy, wyszukując zwierzęcym sposobem coś do jedzenia na postojach kilkudniowych w stepach. Wagony chorymi rzężące, wagony-kostnice.
A kiedy przybywali do zarzuconego w stepach Buzułuku w tym wrześniu 1941 roku, na widok flagi polskiej, zatkniętej na drewnianym baraku, odchodziła ich wszystka siła. Zbyli całą moc na tę drogę, a tu, kiedy dobrnęli, jeszcze nie było nic. Nic dla jadła. Nic dla leczenia. Choć wszystko dla przyszłości.
W ten dzień 10 września, kiedy Czubalski, spłynąwszy z tą ludzką falą z dwoma sierotami, zdanymi na jego już niedołężną opiekę, klęczał na nabożeństwie polowym, odbył się na placu Buzułuku przegląd mar. Na przyjazd nowo mianowanego dowódcy Armii Polskiej w Rosji nędzarze uparli się spotkać go, stając do defilady. Stanęli na łące pośrodku obozu w dużym czworoboku. Walił na wyznaczone sobie miejsce zwartym krokiem oddział za oddziałem w oczach zdumionych bolszewików.
Na niebie od strony południowej ukazał się punkt i cisza padła na dwa tysiące stojące w szeregach. Słychać było świergot przelatujących nad nimi ptaków.
Ten dowódca był z nich. O niezasklepionych ranach wrześniowych, długie miesiące trzymany w mrozy w celi z wybitymi szybami, cieknący w tej izolacji ropą odmrożonej twarzy na zapuszczoną brodę. Przed nim wyciągnął się sznur nędzarzy, za chwilę miała się rozpocząć defilada, jedyna defilada w świecie – bez butów.
Generał Anders, wspierając się na lasce, szedł wolno przed szeregiem butwiejących łachmanów. Patrzył w oczy ludzi. Widział tych, co wspierali się skrycie o ramię sąsiada. Patrzyli w oczy jego zachłannym patrzeniem. Zrozumiał: żołnierze przed nim defilować będą, nie hałastra tiuremna. I kiedy z trybuny padło najdumniejsze słowo: „Żołnierze!...”, odpowiedział mu grzmot powitania – modlitwy strzelistej. I w zaraz stężałej ciszy wionął zduszony czyjś szept: „O Boże!...” i spływał ze łzami sprężonych na baczność.
Po rewii prowizoryczne oddziały rozłamały się. Czubalski dowlókł dzieci do jednego z dowódców. Stary, wąsaty pułkownik pochylił się, wziął na ręce zaropiałą Zuzię i uniósł wysoko nad tłum:
–    Koledzy – nie damy jej zginąć!...
–    Nie damy zginąć!... – krzyczał tłum. Nie dadzą zginąć dzieciom; nie dadzą zginąć kobietom; nie dadzą zginąć starcom; ratować będą chorych; wydzierać będą z paszczy Molocha każde z półtora miliona istnień w jasyr zagnanych.
Teraz więc – modlili się o siłę wytrwania:

O Panie, któryś jest na niebie,
Wyciągnij sprawiedliwą dłoń,
Wołamy z cudzych stron do Ciebie
O polski dach, o polską broń.

O Boże, skrusz ten miecz, co siekł nasz kraj,
Do wolnej Polski nam powrócić daj,
By stał się twierdzą nowej siły
Nasz dom, nasz dom.

Modlili się tak namiętną pieśnią na błotnistym placu Buzułuku, gdzie szare były baraki, szarzy oni sami, szary ich dowódca i szara ta krwawa ofiara bez szat liturgicznych.
I jedna rzecz w bezkresnej szarości gorzała polichromią barwy żywej tam, kędy się wznosił słoik zastępujący kielich – Matka Boska Kozielska.

Czubalski z dziećmi dobił na samą tę rewię i rozumiał, że nie ma chwili do stracenia. Zuzia potem, jak ją nakarmił kiełkiem, zasnęła, ciałko jej zluzowało się. Ale na próżno czekał następnych dni wesołego śmiechu z brzuszka, na próżno wyciągał od Gajdarowa produkty – dziecko było apatyczne i leciało przez ręce.
Gajdarow, złupiony wprawdzie na drogę groźbą ordynarnego szantażu, zaopatrzył ich jako tako w żywność, ale Czubalski sam by nie potrafił wytłumaczyć, jak wlókł te dzieci przez długie trzy tygodnie.
Wąsaty pułkownik, zwracając mu dziecko, powiedział, że powinien je zdać do szpitala, który przed kilku dniami powstał, a chłopca do świetlicy, sam zaś ma bezzwłocznie stanąć na komisję poborową, bo bez tego mu nie przydzielą racji.
Czubalski więc poszedł do szpitala. Przepytywać o kierunek nie potrzebował – znaczyły go coraz ukazujące się wozy zaprzężone wołami, które cyrkulowały między szpitalem a cmentarzem. Woły woziły kilka reprezentacyjnych trumien, które po wyrzuceniu ciała do dołu wracały po następnych. Trumien tych jednak nie starczało i dziecinne zwłaszcza trupki ładowane wprost, sterczały z wozów sztywnymi nóżkami i rączkami. Początkowo starano się na grobach stawiać krzyżyki, ale wiatr zasypywał piaskiem, dano temu spokój.

Kiedy tym szlakiem dobrnął Czubalski z Zuzią w ramionach, ciągnąc za rękę Bronka, do sągu trupów, zrozumiał, że jest w punkcie zbiorczym nadciągających widm. Do „szpitala” kierowano wszystkie dowiezione trupy i wszystkich dogorywających.
Minąwszy ten ośrodek zapasowy trupów, ujrzał dawną cerkiewkę przeznaczoną na szpital. Cerkiewka była ciasna, na jej podłodze zabrakło miejsca i chorych kładziono na placyku przed nią, w błocie. Między chorymi biegała dziewczyna w fufajce z dzbanem wody i kubkiem.
– Chore dziecko przyniosłem.
– Proszę tam kłaść – wskazała. – Dam jej pić.
– Ma czerwonkę.
– Mamy tylko kaszę i trochę zwilgłego, czarnego chleba – powiedziała bezradnie.
– Jest pan przyjęty do wojska? – podszedł doktór w strzępach munduru.
– Nie?... Prędko – popychał Czubalskiego – sam dopilnuję dziecka, panu się szpital należy i – strzepnął bezradnie ramionami – wyżywienie. Koniecznie dziś się zapisać, szybko, bo mrok zapada – wskazywał na budynek komisji poborowej, urzędującej w obozie.
Przy obozie już bolszewickie posterunki zamieniła kompania podchorążych, którzy Bóg wie skąd powyciągali swoje żółte naramienniki i wypucowali stare, połatane mundury. Paru frantów wykombinowało białe rękawiczki. Nad bramą obozową powiewał polski sztandar.
Komendant warty, rosły byczek, podchorąży artylerii, siedząc za stołem, kontrolował przepustki.
–    A wy, Fomiczew, kuda? – spytał arogancko.
Fomiczew, enkawudzista dozorujący dopiero co tegoż podchorążaka za tymiż drutami, drań i swołocz znienawidzona, zdumiał się:
–    Jak to – dokąd? Do obozu.
–    Bez przepustki polskiej? Dawaj nazad!...
Pięćdziesięciosześcioletni wolontariusz z siwym wąsem, chory na czerwonkę i wynędzniały po tyfusie jak szkielet, stał w kolejce, której właściwiej cisnąć się było do krematorium niż pod sztandary. Ludzie już wiedzieli, że komisja to lipa, że wszystkich biorą, bo nie wziąć, to znaczy skazać na śmierć. Kontyngent jednak racji przyznanych przez Sowiety był określony i brać te wszystkie dzieci, kobiety, inwalidów, to znaczyło raz jeszcze i raz jeszcze ponownie przekrawać szczupły kęs chleba. Ludzie to wiedzieli i mimo pomyślnych wieści drżeli w obawie. Pamiętali z poborów w Polsce te różne kategorie kart wojskowych, te macania, mierzenia, badanie wzroku.
Truchleli więc, dopłynąwszy długim wężem po zaplutych schodach przed oblicze autentycznego polskiego żandarma, z orzełkiem na czapce, z białymi, kredowymi pasami na krzyż przez ramię. Więc, wdychając głęboko powietrze, jak człowiek mający się pogrążyć, przekraczali próg, usiłowali stuknąć obcasami, których nie było.
– Czubalski Stanisław – biegł chemiczny ołówek po formularzu z kalką – rocznik 1884, inżynier, porucznik rezerwy saperów – ołówek zatrzymał się...
Podszedł młody lekarz, porucznik:
– Ma pan jakieś dolegliwości?
– Żadnych, panie poruczniku – zuchowato, rześko, tak jak uczyli w podchorążówce, wyrąbały siwe wąsy pod dołami oczu.
Porucznik pomachał stetoskopem, robiąc parę symbolicznych ruchów w powietrzu.
– Zdatny – skoczył ołówek chemiczny na odpowiednią rubrykę.
Odprężenie podcięło Czubalskiego, poczuł atak czerwonki. Wyszedłszy na klatkę schodową, potknął się, potoczył się w dół.
Isz, jak do swojej Polszy kubariom katiatsia – mruknął dyżurujący milicjant.
Wskazali mu drogę do latryn. Szedł niepewnie, bo już padał zmierzch. W tym pośpiechu, w tym złym widzeniu, potrącił kogoś idącego. To co szło, było to brodate straszydło w porwanej fufajce ściągniętej sznurem. Straszydło krzyczało:
– Ja was nauczę, co znaczy nie oddawać honorów polskiemu oficerowi.
Istotnie, na ramionach fufajki grubą, kilkakrotną krechą atramentowego ołówka były narysowane trzy plamy, które prawdopodobnie imitowały gwiazdki. Na piersi takoż była baretka tak nieudolnej wagonowej roboty, że nie wiadomo co oznaczała.
Te wszystkie perypetie sprawiły, że Czubalski nie miał już czego właściwie śpieszyć. Przynajmniej w ciągu najbliższych pięciu minut. Wyprostował się wściekły i zapytał, z jakiej to racji pan zweryfikowanego i przyjętego, tak jest, przyjętego do armii polskiej oficera traktuje per „wy”.
Rotmistrz, który jeszcze nie był zweryfikowany, podążał bowiem na komisję prosto z pociągu, stropił się i powiedział, zmieniając ton:
– Rotmistrz Drystal jestem. Dlaczego pan kolega dystynkcji nie nakłada? Radzę koledze hm... hm... nie znam szarży – zaniepokoił się, rozróżniając w szybko zapadającym zmroku siwe wąsidła – tego... dystynkcje nałożyć.
– Radzę panu koledze pocałować mnie w d..., która najbardziej na tym cukaniu ucierpiała – zaperzył się dawny „Pięć do sześciu”, zły i nieszczęśliwy.
Zostawiwszy z rozdziawioną gębą rotmistrza, który przeraził się, że u samego powrotu do wojskowej kariery natknąć się musiał na wysoką szarżę, pocyrklował Czubalski, nieporadnie rozstawiając nogi, z powrotem pod lokal komisji. Słysząc nawoływania „Zbiórka do latryny!” – uczepił się łańcuszka ślepych na kurzą ślepotę, których żandarm poprowadził, trzymających się za ręce. Idąc, pocieszali się, że maluczko, a ich cierpienie wraz z dobrym wiktem minie.
(…)