Strona główna / Fantastyka / Niewidoczni Akademicy

Aktualności

13.09.2019

Spotkanie z Rafałem Grupińskim w Poznaniu

W czwartek 19 września o godz. 18.00 zapraszamy do Fundacji Malta (ul. Ratajczaka 44 w Poznaniu) na spotkanie z Rafałem Grupińskim, autorem książki "Polityka i kultura".

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jej drugie życie Manula Kalicka
  2. Nie mam więcej pytań Gillian McAllister
  3. Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi Julia Boyd

Fotogaleria

więcej »

Niewidoczni Akademicy

Terry Pratchett

Atmosfera w sali klubowej stała się lodowata jak woda z topniejącego śniegu.
– Chce pan powiedzieć, panie Stibbons, że mają nas widzieć, jak uczestniczymy w rozgrywce dla brutali, prostaków i chuliganów? – oburzył się kierownik studiów nieokreślonych. – To przecież niemożliwe!
– Mało prawdopodobne, owszem. Niemożliwe? Nie – odparł ze znużeniem Myślak.
– Z całą pewnością nie ma takiej możliwości! – oświadczył pierwszy prymus, kiwając kierownikowi głową. – Wymienialibyśmy kopniaki z ludźmi z rynsztoków!
– Mój dziadek zdobył dwa gole w meczu przeciwko Przyćmionej – stwierdził Ridcully spokojnym, rzeczowym tonem. – W tamtych czasach większości przez całe życie nie udało się strzelić nawet jednego. O ile pamiętam, największa liczba goli zdobytych przez jednego człowieka w okresie życia to cztery. To był oczywiście David Likely.
Rozbiegła się fala pospiesznych przemyśleń i zmiany szyków.
– No tak, oczywiście, to inne czasy – przyznał pierwszy prymus, głosem nagle słodkim jak syrop. – Jestem przekonany, że nawet wykwalifikowani robotnicy niekiedy brali w tym udział, dla ducha zabawy.
– Nie byli rozbawieni, kiedy trafili na mojego dziadka – mruknął Ridcully z lekkim uśmiechem. – Walczył o nagrody. Powalał ludzi za pieniądze i bary posyłały po niego, kiedy zdarzyła się jakaś poważna bójka. W pewnym sensie, naturalnie, czyniło je to nawet bardziej niebezpiecznymi, lecz wtedy wszystko już działo się na ulicy.
– Wyrzucał ludzi z budynków?
– O tak. Ale trzeba zaznaczyć, że zwykle z parteru i zawsze najpierw otwierał okna. Jak rozumiem, był człowiekiem niezwykłej łagodności. Zarabiał na życie, budując pozytywki, bardzo delikatne; dostawał za nie nagrody. Abstynent, rozumiecie, w dodatku głęboko religijny. Te walki to była dodatkowa praca. Wiem na pewno, że nigdy nie urwał niczego, co nie dałoby się z powrotem przyszyć. Porządny chłop, trudno zaprzeczyć. Niestety, nigdy go nie spotkałem. Zawsze żałowałem, że nie zostawił mi żadnej pamiątki.
Profesorowie jak jeden spojrzeli na potężne dłonie nadrektora. Były rozmiarów patelni. Ridcully zacisnął palce, aż strzeliły kostki. Rozległo się echo.
– Panie Stibbons – rzekł. – Musimy tylko przystąpić do meczu z inną drużyną i przegrać?
– Zgadza się, nadrektorze. Wystarczy poddać mecz.
– Ale przegrana oznacza, że wszyscy zobaczą, jak nie wygrywamy, mam rację?
– Rzeczywiście, tak.
– Uważam zatem, że powinniśmy raczej wygrać. Nieprawdaż?
– Doprawdy, Mustrumie, to się posuwa już zbyt daleko – wtrącił pierwszy prymus.
– Słucham? – Ridcully uniósł brew. – Czy mogę ci przypomnieć, że według statutu uczelni nadrektor uniwersytetu jest pierwszym pośród równych?
– Oczywiście.
– Dobrze. No więc to właśnie ja. Mam wrażenie, że kluczowe jest tu słowo „pierwszy”. Widzę, że pisze pan coś w swoim notesiku, panie Stibbons…
– Tak, nadrektorze. Próbuję sprawdzić, czy poradzimy sobie bez tego legatu.
– Zuch – pochwalił pierwszy prymus, zerkając niechętnie na nadrektora. – Wiedziałem, że nie ma powodów do paniki.
– Właściwie to chciałbym z satysfakcją zapewnić, że zdołamy przetrwać przy minimalnym tylko ograniczeniu wydatków – ciąg­nął Myślak.
– No właśnie. – Pierwszy prymus spojrzał tryumfalnie na pierwszego pośród równych. – Sami widzicie, że znajdzie się rozwiązanie, jeśli tylko nie zaczniemy panikować.
– Istotnie – przyznał spokojnie Ridcully. Wpatrzony w pierwszego prymusa, dodał: – Panie Stibbons, zechce pan uprzejmie oświecić nas wszystkich i wyjaśnić, co w rzeczywistości oznacza „minimalne ograniczenie wydatków”?
– Legat jest funduszem powierniczym – powiedział Myślak, wciąż coś przeliczając. – Mamy prawo korzystania ze znaczących zysków, jakie niosą bardzo rozsądne inwestycje zarządzających spuścizną Biggerów, choć nie możemy tknąć samego kapitału. Mimo to owe zyski wystarczają na pokrycie… przepraszam za brak precyzji… około osiemdziesięciu siedmiu przecinek cztery procent kosztów wyżywienia uniwersytetu.
Odczekał cierpliwie, aż umilknie gwar. Zadziwiające, myślał, jak ludzie kłócą się z liczbami, mając za podstawę jedynie przekonanie, że „to nie może być poprawne”.
– Jestem pewien, że kwestor nie zgodziłby się z tymi wyliczeniami – oświadczył kwaśno pierwszy prymus.
– To prawda – przyznał Myślak. – Ale obawiam się, że tylko dlatego, iż przecinek dziesiętny uważa za dokuczliwą niedogodność.
Wykładowcy spojrzeli po sobie nawzajem.
– Więc kto się zajmuje naszymi finansami? – zapytał Ridcully.
– Od zeszłego miesiąca? Ja. Ale z radością przekażę tę odpowiedzialność pierwszemu chętnemu.
To działało. Niestety, zawsze działało.
– W takim razie – podjął wśród nagłego milczenia – korzystając z tabeli kalorycznych, opracowałem system, który każdemu tutaj zagwarantuje trzy pożywne posiłki dziennie…
Pierwszy prymus zmarszczył brwi.
– Trzy posiłki? Trzy posiłki? Co za człowiek je tylko trzy razy dziennie?
– Taki, którego nie stać na dziewięć – odparł spokojnie Myślak. – Możemy domknąć budżet, jeśli skoncentrujemy się na zdrowej diecie złożonej ze zbóż i świeżych warzyw. To nam pozwoli zachować deski serowe z wyborem, powiedzmy, trzech gatunków sera.
– Trzy gatunki sera to nie jest wybór, tylko pokuta! – przeraził się wykładowca run współczesnych.
– Albo też możemy zagrać w piłkę, panowie. – Ridcully z satysfakcją klasnął w dłonie. – Jeden mecz. To wszystko. Czy to aż takie trudne?
– Tak trudne jak twarz z odbitą podeszwą? – wtrącił kierownik studiów nieokreślonych. – Ludzie bywają wdeptywani w bruk!
– Jeśli wszystko inne zawiedzie, znajdziemy ochotników spośród ciał studenckich – obiecał Ridcully.
– Raczej zwłok…
Nadrektor oparł się na fotelu.
– Co czyni człowieka magiem, panowie? Zdolność używania magii? Tak, oczywiście, ale przy tym stole dobrze wiemy, że dla właściwego typu umysłu nie jest trudna do osiągnięcia. Nie zdarza się, że tak powiem, magicznie. Wielkie nieba, nawet czarownice ją mają. Ale tym, co czyni użytkownikiem magii, jest pewien szczególny typ umysłu, który nieco głębiej spogląda w świat i w to, jak funkcjonuje, w jaki sposób jego prądy odkształcają losy ludzi i tak dalej, i tak dalej. Krótko mówiąc, powinien być taką osobą, która potrafi sobie wyliczyć, że gwarancja kilku fakultetów warta jest przejechania czasem zębami po bruku.
– Poważnie sugerujesz, że powinniśmy rozdawać stopnie naukowe za zwykłą sprawność fizyczną? – zdumiał się kierownik studiów nieokreślonych.
– Nie, oczywiście, że nie. Poważnie sugeruję, że powinniśmy dawać stopnie naukowe za wybitną sprawność fizyczną. Czy muszę przypominać, że przez pięć lat wiosłowałem dla tego uniwersytetu i zostałem Burym?
– A co ci z tego przyszło, jeśli wolno spytać?
– No cóż, mam na drzwiach wypisane „Nadrektor”. Pamiętacie dlaczego? Senat uniwersytetu w owym czasie przyjął rozsądne założenie, że nadeszła chwila na przywódcę, który nie jest głupi, obłąkany ani martwy. Przyznaję, te talenty nie są właściwymi kwalifikacjami w zwykłym sensie, ale chcę wierzyć, że zdolności przywódcze i taktyczne oraz umiejętność kreatywnych oszustw, jakie zdobyłem na rzece, tutaj również dały mi dobrą pozycję. I tak za moje grzechy, których popełnienia nie pamiętam, ale musiały być dość krępujące, trafiłem na sam szczyt krótkiej listy zawierającej jedno nazwisko. Wspomniał pan o wyborze trzech serów, panie Stibbons?
– Tak, nadrektorze.
– Sprawdzałem tylko. – Ridcully pochylił się. – Panowie, tego ranka… poprawka: później tego ranka proponuję stanowczo poinformować Vetinariego, że uniwersytet ponownie zamierza grać w piłkę. Zadanie to spada na mnie, jako że jestem pierwszym pośród równych. Gdyby jednak któryś z was chciał spróbować szczęścia w Podłużnym Gabinecie, wystarczy powiedzieć.
– Zacznie coś podejrzewać, to pewne – zaniepokoił się kierownik studiów nieokreślonych.
– On podejrzewa wszystko. Dlatego ciągle jest Patrycjuszem. – Ridcully wstał. – Zamykam zebra… znaczy, wydłużoną przekąskę. Panie Stibbons, proszę ze mną.
Myślak ruszył za nadrektorem, przyciskając książki do piersi. Był wdzięczny za pretekst, by zniknąć, zanim wszyscy zwrócą się przeciw niemu. Niosący złe wieści nigdy nie jest popularny, zwłaszcza jeśli niesie je na pustym talerzu.
– Nadrektorze, ja… – zaczął, ale Ridcully uniósł palec do warg.
Po chwili dusznej ciszy nastąpił nagły festiwal odgłosów przepychania, jakby ludzie walczyli ze sobą w milczeniu.
– Nieźle – uznał Ridcully, ruszając w głąb korytarza. – Zastanawiałem się, ile czasu zajmie im zrozumienie, że być może, przez dłuższy czas nie zobaczą już naładowanego wózka przekąsek. Kusi mnie niemal, by poczekać i zobaczyć, jak człapią w obwisłych szatach.
Myślak się zdumiał.
– Pana to bawi, nadrektorze?
– Na bogów, skądże. – Ridcully’emu błysnęły oczy. – Jak może pan coś takiego sugerować? Poza tym za kilka godzin muszę powiedzieć Havelockowi Vetinariemu, że planujemy stać się dla niego osobistą obrazą. Kopiący się po nogach niewykształcony motłoch to inna sprawa. Ale nie wierzę, by ucieszył się perspektywą naszego w tym udziału.
– Oczywiście, nadrektorze. Ehm… Jest jeszcze pewien drobiazg, niewielka zagadka, jeśli pan woli… Kim jest Nutt?
Myślak miał wrażenie, że Ridcully milczał nieco dłużej niż to konieczne, nim zapytał:
– A Nutt to…?
– Pracuje przy kadziach ze świecami, nadrektorze.
– Skąd o tym wiesz, Stibbons?
– Przygotowuję listy płac, nadrektorze. Świecowy Walet mówi, że Nutt pojawił się pewnej nocy z karteczką mówiącą, aby go zatrudnić i wypłacać minimalną pensję.
– Tak?
– Nic więcej nie wiem, nadrektorze, a to odkryłem tylko dlatego, że zapytałem Smeemsa. Smeems twierdzi, że to dobry chłopak, tylko trochę jakby dziwny.
– Powinien więc dobrze tu pasować, prawda? Właściwie to sprawdzamy, jak będzie pasował.
– Oczywiście, nadrektorze, żaden kłopot, tylko że on jest goblinem, jak się zdaje, i ogólnie… no wie pan… to już jakby tradycja, że pierwsi ludzie z innych ras, którzy trafiają do miasta, zwykle zaczynają w straży.
Ridcully odchrząknął głośno.
– Kłopot ze strażą, Stibbons, polega na tym, że zadają zbyt wiele pytań. Sugeruję, byśmy ich nie naśladowali. – Przyjrzał się Myślakowi i zdawało się, że podjął decyzję. – Wie pan, że jest pan ważną postacią na NU.
– Tak, nadrektorze – potwierdził smętnie Myślak.
– Radzę więc, mając to w pamięci, by zapomnieć o panu Nutcie.
– Proszę wybaczyć, nadrektorze, ale to niemożliwe.
Ridcully zatoczył się do tyłu, jakby został niespodziewanie zaatakowany przez zaspaną do tej chwili owcę.
Myślak brnął dalej, bo kiedy człowiek skoczył już z urwiska, jego jedyną nadzieją jest apel o abolicję przyciągania.
– Pełnię na uniwersytecie dwanaście funkcji – oświadczył. – Zajmuję się całą papierkową robotą. Podliczam rachunki. Prawdę mówiąc, robię wszystko, co wymaga choć odrobiny wysiłku i odpowiedzialności! I nadal będę to robił, nawet gdyby ci z Miedziczoła zaproponowali mi stanowisko kwestora! I personel! To znaczy ludzi do pomocy. A teraz… czy… może… mi… pan… zaufać? Dlaczego ten Nutt jest taki ważny?
– Ten drań próbował cię skusić?! – zawołał Ridcully. – O ile dotkliwiej niż ukąszenie zjadliwego gada boli niewdzięczność dziekana! Czy przed niczym się nie cofnie? Ile ci…
– Nie pytałem – odparł cicho Myślak.
Nadrektor milczał przez chwilę, po czym kilka razy poklepał go po ramieniu.
– Kłopot z panem Nuttem polega na tym, że ludzie chcą go zabić.
– Jacy ludzie?
Ridcully spojrzał mu w oczy. Potem bezgłośnie poruszył wargami, spoglądając w górę i w dół, jak człowiek wykonujący skomplikowane obliczenia.
Wzruszył ramionami.
– Prawdopodobnie wszyscy – stwierdził.