Strona główna / Literatura światowa / Wytrawny przekręt

Aktualności

17.01.2020

Biesiada Literacka z Jerzym Dziewulskim

W dniach 31 stycznia - 2 lutego zapraszamy na cykl spotkań z Jerzym Dziewulskim, autorem książki "Jerzy Dziewulski o kulisach III RP".

Wywiady

06.12.2019

“Każdy pisarz ma szansę na bestseller”

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas"

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri
  2. Doktor Sen Stephen King
  3. Upadek Gondolinu. Pod redakcją Christophera Tolkiena J.R.R. Tolkien

Fotogaleria

więcej »

Wytrawny przekręt

Peter Mayle

1

Danny Roth wziął jeszcze trochę kremu nawilżającego i wmasował go w swoją już świecącą czaszkę, jednocześnie sprawdzając, czy nie kala jej jakikolwiek ślad zarostu. Jakiś czas temu, kiedy skóra zaczęła wypierać włosy, zastanawiał się, czy nie związać ich w koński ogon, często będący pierwszą deską ratunku dla łysiejącego mężczyzny. Jednak jego żona Michelle była, delikatnie mówiąc, niezbyt zachwycona. „Pamiętaj, Danny – powiedziała wówczas – pod każdym końskim ogonem kryje się koński zad”. To skłoniło go do tego, by zrobić się na kulę bilardową, i ku jego satysfakcji od tego czasu znalazł się w towarzystwie kilku gwiazd, ich ochroniarzy i przeróżnych darmozjadów z ich otoczenia.
Obejrzał w lustrze płatek swojego lewego ucha. Wciąż wahał się, jaki kolczyk wybrać: może złoty znak dolara, a może platynowy kieł rekina? Jedno i drugie pasowałoby do jego fachu, ale czy były wystarczająco męskie? Trudna decyzja. Będzie musiała zaczekać.
Odszedł od lustra i poczłapał do garderoby wybrać strój na ten dzień, coś odpowiedniego na ranek wypełniony spotkaniami z klientami, lunch w Ivy i prywatny pokaz filmu wieczorem. Coś klasycznego – w końcu był prawnikiem – ale z odrobiną spontaniczności i luzu – bo przecież był prawnikiem w show-biznesie.
Po kilku minutach, ubrany w ciemnoszary garnitur z najcieńszej wełny, białą jedwabną koszulę rozpiętą pod szyją, pantofle od Gucciego i skarpetki w kolorze jaskrów, wziął swój BlackBerry ze stolika przy łóżku, posłał całusa mniej więcej w kierunku śpiącej
żony i zszedł na dół, do kuchni, pełnej wspaniałości z granitu i nierdzewnej stali. Na blacie czekał dzbanek świeżej kawy, a także „Variety”, „The Hollywood Reporter” i „L.A. Times”, naszykowane przez służącą. Na niebie wisiało poranne słońce, zapowiadające kolejny piękny dzień. Wszystko było tak, jak – w mniemaniu członka hollywoodzkiej elity zawodowej – być powinno.
Roth nie mógł narzekać na karty, jakie rozdał mu los. Miał młodą, blondwłosą, modnie wychudzoną żonę, świetnie prosperującą kancelarię; pied-à-terre w Nowym Jorku; domek narciarski w Aspen i dom, który uważał za swoją kwaterę główną – dwupiętrową bryłę ze szkła i stali na grodzonym, pilnie chronionym osiedlu Hollywood Heights. To tu przechowywał swoje skarby.
Jak wielu współczesnych, zgromadził rozmaite akcesoria pozwalające błyszczeć w towarzystwie. Brylanty i garderoby pełne eleganckich kreacji dla żony, trzy Warhole i jeden Basquiat na ścianach salonu, krocząca postać dłuta Giacomettiego na tarasie i perfekcyjnie odnowiony mercedes gullwing w garażu. Jednak jego oczkiem w głowie – i, w pewnym sensie, przyczyną niejakiej frustracji – była jego kolekcja win.
Potrzeba było wielu lat i ogromnych pieniędzy, by skompletować – jak zapewnił Rotha nie byle kto, bo jego konsultant do spraw win, Jean-Luc – jedną z najlepszych piwnic w mieście. Być może najlepszą. Zawierała kalifornijskie czerwone wina z najwyższej półki i szeroki wybór najsłynniejszych białych burgundów. Były w niej nawet trzy skrzynki wyśmienitego Yquem rocznik ’75. Jednak klejnotami koronnymi kolekcji – i, co zrozumiałe,
powodem do wielkiej dumy – było kilkaset butelek premier cru z Bordeaux. Pochodziły nie dość, że z pierwszego zbioru, to jeszcze z najlepszych roczników. Lafite Rothschild ’53, Latour ’61, Margaux ’83, Figeac ’82, Pétrus ’70 – wszystkie przechowywał w piwnicy pod domem, w temperaturze stale utrzymywanej w przedziale od dwunastu do czternastu stopni Celsjusza i przy osiemdziesięcioprocentowej wilgotności powietrza. Co jakiś czas powiększał kolekcję, kiedy gdzieś pojawiła się skrzynka na sprzedaż, lecz rzadko zdarzało mu się zabrać którąś z tych wspaniałych butelek na górę, żeby się napić. Wystarczał sam fakt ich posiadania. A przynajmniej tak było do niedawna.

***

Zanim Roth dotarł do prostopadłościanu z przyciemnianego szkła, w którym mieściła się jego kancelaria, doszedł do dwóch wniosków: po pierwsze, że nieostentacyjna konsumpcja jest dla mięczaków; i po drugie, że jego kolekcja win zasługuje na szerszą publiczność.
Wyszedł z windy i ruszył do swojego narożnego gabinetu, przygotowując się na codzienne mano a mano ze swoją sekretarką, Cecilią Volpé. W gruncie rzeczy nie nadawała się do tej roboty. Była na bakier z ortografią, często miewała kłopoty z pamięcią i traktowała wielu klientów Rotha z wielkopańską wyższością. Jednak wynagradzała mu to tym, że miała nadzwyczaj efektowne nogi, długie i zawsze opalone, dodatkowo wydłużone przez wydawało się niewyczerpane zapasy dziesięciocentymetrowych szpilek. No i była jedyną córką Myrona Volpé, obecnej głowy dynastii Volpé, która dwa pokolenia wcześniej wdarła się przebojem do branży filmowej i do dziś zachowała w niej rozległe, zakulisowe wpływy.
Tarcia między Rothem a Cecilią były łagodne i zwykle ograniczały się do ożywionej wymiany zdań na temat terminarza, która rozpoczynała każdy dzień pracy. Tak było i tego ranka.
– Słuchaj – powiedział Roth, kiedy sprawdzili pierwsze nazwisko w jego kalendarzu spotkań, należące do aktora filmowego, który, odkąd przeszedł do telewizji, przeżywał renesans kariery. – Wiem, że nie jest twoim ulubieńcem, ale nic ci się nie stanie, jeśli będziesz dla niego miła. Wystarczy uśmiech.
Cecilia przewróciła oczami i wzdrygnęła się.
– Nie proszę o serdeczności. Proszę tylko, żebyś była uprzejma. A tak w ogóle, co ci się w nim nie podoba?
– Mówi na mnie „dzidzia” i ciągle próbuje łapać mnie za tyłek.
Roth mu się nie dziwił. Prawdę mówiąc, sam często miewał podobne pokusy.
– Chłopięcy entuzjazm – powiedział. – Młodzieńcze wybryki.
– Danny. – Znów przewróciła oczami. – Ma sześćdziesiąt dwa lata. Przynajmniej do tylu się przyznaje.
– Dobrze, już dobrze. Zadowoli mnie lodowata uprzejmość. A teraz słuchaj… chodzi mi po głowie pewne osobiste przedsięwzięcie, w którym mogłabyś mi pomóc, coś w stylu reportażu „z życia gwiazd”. Myślę, że to dla mnie odpowiedni moment.
Brwi Cecilii, dwa nienagannie wyregulowane łuki, były uniesione.
– O którą gwiazdę chodzi?
Roth mówił dalej, jakby jej nie usłyszał.
– Jak zapewne wiesz, mam wspaniałą kolekcję win. – Na próżno wypatrywał jakiejkolwiek zmiany wyrazu twarzy Cecilii, choćby drgnienia tych zastygłych brwi na znak uznania. – W każdym razie ją mam i gotów jestem udzielić właściwemu dziennikarzowi ekskluzywnego wywiadu w swojej piwnicy. Ogólna wymowa byłaby taka: nie jestem tylko maszyną do robienia interesów. Jestem też koneserem, gościem o dobrym guście, który docenia to, co w życiu piękne… winnice, roczniki, bordo i wszystko, co francuskie i pajęczynami obrośnięte. Co o tym sądzisz?
Cecilia wzruszyła ramionami.
– Ty i setka innych. W Los Angeles jest pełno maniaków wina.
Roth potrząsnął głową.
– Nie rozumiesz. To unikalna kolekcja. Chodzi o czerwone bordo z pierwszego zbioru, same najlepsze roczniki… przeszło pięćset butelek. – Zawiesił głos dla efektu. – Warta ponad trzy miliony dolarów.
Trzy miliony dolarów – to już coś Cecilii mówiło.
– Super – powiedziała. – Teraz rozumiem.
– Myślę o ekskluzywnym materiale w „L.A. Times”. Znasz kogoś z tej gazety?
Cecilia przez chwilę oglądała w zamyśleniu paznokcie.
– Właścicieli. Znaczy, tatuś ich zna. Pewnie mógłby ich spytać, czy mają kogoś, kto by to napisał.
Roth uśmiechnął się, usiadł wygodnie i zajął się podziwianiem swoich skarpetek w kolorze jaskrów.
– Doskonale – oświadczył. – Czyli wszystko ustalone.

***

Artykuł był nie tylko pochlebny, ale i pełen ciekawostek, jakich oczekują miłośnicy wina – od liczby wyprodukowanych butelek każdego rocznika po opisy wrażeń z degustacji pióra takich ekspertów jak Broadbent i Parker; od szczepów winogron po informacje dla wtajemniczonych, jak data rozpoczęcia zbioru, długość maceracji, rodzaj gleby i zawartość taniny. A tu i tam, powtykane w tekst jak trufle w foie gras, pojawiały się ceny. Większość podana była od skrzynki lub butelki, ale część przeliczono na mniejsze, tańsze ilości, na przykład dwieście pięćdziesiąt dolarów za lampkę czy nawet (w wypadku Yquem) siedemdziesiąt pięć dolarów za łyk.
Roth przeczytał artykuł raz, potem drugi, i był ze wszech miar zadowolony. Miał wrażenie, że wyszedł na znającego się na rzeczy, poważnego człowieka. Uniknął popisywania się i nuworyszostwa, to znaczy, o ile czytelnik przymknie oko na przelotne wzmianki o jego domku w Aspen i słabości do prywatnych odrzutowców. Nawet one jednak były całkowicie dopuszczalne, ba, normalne w wyższych sferach Kalifornii dwudziestego pierwszego wieku. Dlatego też, ogólnie rzecz biorąc, Roth był przekonany, że artykuł swój cel osiągnął. Świat – przynajmniej ten świat, który się liczył, jego świat – dowiedział się o nim, że jest nie tylko majętnym, odnoszącym sukcesy biznesmenem, ale i amatorem szlachetnych win, istnym patronem winnego grona.
W następnych dniach po ukazaniu się artykułu wiele razy uzyskał tego potwierdzenie. Szefowie sali i sommelierzy z jego ulubionych restauracji traktowali go z nieco większą atencją niż dotychczas i potakiwali z aprobatą, kiedy wybierał wina z karty. Znajomi z branży dzwonili do niego, żeby zasięgnąć rady w sprawie swoich – rzecz jasna nie tak znakomitych – piwnic. Artykuł przedrukował też „International Herald Tribune”, rozpowszechniany na całym świecie. Wydawało się, że Danny Roth z dnia na dzień stał się specem od wina.

3

Roth bawił się w Aspen lepiej niż zwykle. Wiele głośnych nazwisk przybyło pojeździć na nartach i pokazać się, co dało mu okazję do pielęgnowania znajomości z kilkoma potencjalnymi klientami. Ku jego zaskoczeniu, bardzo pomógł w tym artykuł z „L.A. Times”. Choć ukazał się dawno, bo we wrześniu, członków elity, którzy sami siebie nazywali „entuzjastami wina”, było w tym roku mnóstwo i wszyscy oni czytali o kolekcji Rotha. Tradycyjne tematy rozmów w Aspen – romanse pozamałżeńskie, porady giełdowe, chirurgia plastyczna, zdzierstwo wytwórni filmowych – ustąpiły miejsca dyskusjom o piwnicach i rocznikach, zaletach bordo i win kalifornijskich, optymalnych okresach leżakowania i, oczywiście, cenach wina.
Roth ani się obejrzał, a już przemawiał przed małymi, ale łowiącymi w każde jego słowo grupkami słuchaczy, powszechnie znanych postaci, do których grona normalnie raczej nie miałby dostępu, i nie umknęło jego uwagi, jakie daje mu to możliwości. Dziś wino; jutro, kto wie, może jakiś smakowity kąsek w związku z takim czy innym kontraktem. Przez cały ten śnieżny świąteczny tydzień narty Rotha leżały nietknięte, a Michelle miała ich osobistego instruktora narciarstwa tylko dla siebie.
Rothowie wrócili do domu odrzutowcem w towarzystwie pary, którą słabo, bo słabo, ale znali z Los Angeles, a która była pod wielkim wrażeniem tego, w jak znamienitym towarzystwie obracał się Roth. Zbył ich komplementy machnięciem ręki i poskarżył się żartobliwie, że przez nadmiar zajęć nie starczyło mu czasu na narty. Sugerowało to, że przez cały ten czas rozmawiał o interesach, nie o bordo, i nie miał nic przeciwko temu, by tak to zostało odebrane. To było udane zakończenie nad wyraz udanego weekendu.
Jego dobry nastrój trwał aż do wieczora, kiedy to wrócili z żoną do domu w Hollywood Height, a Rafael nie wyszedł im na powitanie. Nie zostawił też kartki z wyjaśnieniem swojej nieobecności. To było niezwykłe i niepokojące. Jednak w miarę jak zaglądali do kolejnych pokojów, zaczęli się uspokajać. Warhole były na ścianach, Giacometti wciąż paradował po tarasie, a dom wyglądał na nietknięty. W szafie w małym mieszkaniu Rafaela w suterenie wciąż wisiały ubrania, a jego łóżko było starannie posłane. Nic nie wskazywało na to, by nagle wyjechał. Rothowie poszli wcześnie do łóżka, zdumieni, poirytowani, ale niezbyt zaniepokojeni.
Roth zszedł do piwnicy dopiero następnego ranka.
– Jezu Chryste! – Na ten ryk rozpaczy Michelle mało nie spadła ze StairMastera. Pospieszyła do piwnicy, gdzie zastała Rotha wpatrzonego jak zahipnotyzowany w ścianę zupełnie pustych stojaków na wino.
– Moje bordo! Wszystkie butelki, do licha! Wszystkie co do jednej. – Roth zaczął chodzić w tę i z powrotem, z furią zaciskając i rozwierając pięści. Włochaty człowiek rwałby sobie włosy z głowy. – Jak dorwę gnoja, to go zabiję. Serce mu wyrwę. – Mamrocząc pod nosem coraz bardziej makabryczne groźby, poszedł na górę poszukać swojego BlackBerry.
Zadzwonił najpierw do strażnika w budce wartowniczej, zaraz potem na policję, a na koniec do swojej firmy ubezpieczeniowej.