Strona główna / Literatura polska / Melchior Wańkowicz. Dzieła / W kościołach Meksyku. Opierzona rewolucja. Na tropach Smętka

Aktualności

25.02.2021

Spotkanie online z Danutą Awolusi

W czwartek 25 lutego o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie Danutą Awolusi autorką książki "Nie mówiąc nikomu".

Wywiady

19.11.2020

Niksen jest jedną z form dbania o siebie

Czy wiecie, jak ważne jest to, by co jakiś czas wykroić sobie z codzienności chwilę na nicnierobienie? Niby ciągle mówią o tym psychologowie i coache, ale teraz mamy to czarno na białym: Agnieszka Drotkiewicz rozmawia o niezbędności lenistwa z Olgą Mecking, autorką książki o tajemniczym pojęciu "niksen".

Posłuchaj i zobacz

24.01.2021

Ewa Kempsity-Jeznach gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Ewą Kempsity-Jeznach, autorką książki "Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne".

Bestsellery

TOP 20

  1. Modelki z Dubaju Marcin Margielewski
  2. Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne Ewa Kempisty-Jeznach
  3. Tytus, Romek i A'Tomek pomagają księciu Mieszkowi ochrzcić Polskę, z wyobraźni Papcia Chmiela narysowani Henryk Jerzy Chmielewski

Fotogaleria

więcej »

W kościołach Meksyku. Opierzona rewolucja. Na tropach Smętka

Melchior Wańkowicz

OPIERZONA REWOLUCJA

BŁĘDY PARALAKTYCZNE

(…)
Jeśli pod wpływem takich i innych liczb oczy zachodniego człowieka zaczną się nastawiać na rzeczywistość sowiecką (jest on na razie jak noworodek z nienastawionym wzrokiem), jeśli wyłonią się oczom jego właściwe proporcje i właściwe kształty, to jeszcze zostanie niepokojący koloryt, koloryt, do którego człowiekowi z drugiej strony barykady nie jest się łatwo przystosować.
Skoro nie tylko należy nastawić wzrok na kształt, ale i na koloryt, to znaczy istnieją i dwie współdopełniające się metody poznawania rzeczywistości sowieckiej. Czasem zaczynamy poznawać ją od kształtów, to znaczy od liczb. Jest to las, w którym potykamy się o pierwszy lepszy domek jakiejś ciotki w Elisawetgradzie. Nic nie ma tak zwodnego jak liczba. Jeśli wyżej rzuciłem parę liczb, to tylko jako wykładnik myśli, jako jej uproszczenie, jako jej uprzystępnienie, nie zaś jako niezbite tej myśli uzasadnienie. Toteż radzę szczerze poznawać wpierw koloryt życia w Sowietach, zanim się życia tego kształty określać zacznie.
Robi się to zwykle, albo tak jak ja próbowałem – przez spojrzenie w oczy przeciętnego człowieka, albo, skoro nie ma się możności pojechać do Sowietów – przez literaturę.
O literaturze tej mówi się, że jest na usługach Sowietów, więc nie zasługuje na wiarę. Podchodziłem też ją z początku ostrożnie i po prokuratorsku. Biegłem do kina demonstrującego obraz sowiecki, aby sprawdzić, o ile wersja obrazu odbiega od tejże wersji podanej w książce. Konfrontowałem książki, wycinki spraw. Na przykład o Tadżykistanie książkę bolszewicką Jasieńskiego (autora pieśni o Szeli i Palę Paryż) pt. Człowiek zmienia skórę, Polaka Janty-Połczyńskiego i Niemca Kischa. Ich wrażenia – ludzi z różnych środowisk, o różnej kulturze, o różnym podejściu do tematu i o różnorakim zasięgu formy pisania – pokrywały się zupełnie z sobą, jak wycinanki angielskiej puzzle.
Wtedy coraz głębiej, coraz ufniej zacząłem wnikać w ten kraj tak różny, zaklęty w tej tak różnej, tak bogatej literaturze. Przeczytałem Cement Gładkowa – dzieje twardego trudu przy odbudowywaniu od podstaw zniszczonego przemysłu, dzieje trudu szeregowego robociarza rosyjskiego – i znowu nie wierzyłem i znów sprawdzałem u cudzoziemców, gorzej niż u cudzoziemców piszących o Rosji, bo u Rosjan – emigrantów.
Istnieje książka, (którą pożyczyłem komuś i nazwiska autorki zapomniałem chwilowo) austriackiej dziennikarki pt. Die Frau erlebt den roten Alltag. Otóż owa kobieta, która „przeżywała czerwony dzień powszedni”, pracowała pół roku przy tokarce w fabryce „Krasnyj Putilowiec”. Jej spostrzeżenia są pełne podziwu dla dyscypliny moralnej, którą przejęte są młode robotnice. Zaniedbanie jednego dnia pracy przez Austriaczkę stwarza koło niej lodowatą atmosferę. Niewyrobienie normy to hańba.
Ostatnio dużo narobiła hałasu za granicą wielka trzytomowa rzecz na z górą tysiącu stronach niejakiej Ali Rachmanowej. Jest to pamiętnik, pisany dzień po dniu w latach 1917 do 1924 przez młodą Rosjankę, córkę zamożnego lekarza, która wychodzi za mąż za jeńca austriackiego i pracuje wraz z nim szereg lat naukowo na uniwersytecie sowieckim, nim nie zostają wydaleni z granic Sowietów. Książka cała tchnie nienawiścią do chamstwa duchowego, którego młoda subtelna dziewczyna nie może strawić, do nieuctwa, do metod partyjnych, do okrucieństwa, do nieliczenia się z człowiekiem. A przecież właśnie w tej książce tak jak nigdzie widać ponury ogień, który goreje w tych ludziach rewolucji, ogień spalający wszystko.
– Wciąż się trzymasz matki za spódnicę – mówi piętnastoletnia pionierka do ośmioletniego braciszka – zamiast budować socjalizm.
Po nieopalonych lokalach, przy niedostatecznym oświetleniu, gromadzą się na nędzne sjesty niedobitki nauki rosyjskiej. Autorka zapisuje ich słowa – gorzkie słowa ludzi, dla których ginie świat ukochany przez nich. Tamci, za oknami to brudasy, gwałciciele i głupcy. Cała sympatia autorki jest po tej stronie. A przecież nie możemy być z tymi ludźmi, dzielącymi czas między staniem w ogonku i biadania. I czujemy, jak za parawanem słów nienawistnych autorki rosną nowe siły, czujemy ich mozół i ich stawanie się.
I wtedy... już z c a ł ą u f n o ś c i ą podchodzimy do tego nowego człowieka. Jedziemy stepami, stepami, stepami Artioma Wiesiołego, kończymy wojnę domową, zsiadamy z nim razem z kulbaki, w fabryce już z Gładkowem byliśmy, idziemy z Szołochowem na wieś. Patrzymy z zapartym tchem, jak lśniące ostrze reformy kolektywistycznej odwala zależały wiekami czarnoziem dusz ludzkich. Paruje krew. Wniwecz idą ludzkie życia, ludzkie istnienia. Jakże to byś się zachowała, biedoto polska z Borynowej wsi? Ci tam to nie ludzie, ale jacyś szernowie, niemający ludzkich uczuć.
Dymi krew, kurzy się rozwalona do trzewi prawieczna calina. Jęk idzie nad stepem, splata się pod stropami niebios w drugi strop, w wielką potworną czapkę Monomacha – Cierpienia. Staje zakon dziwnych ludzi, surowy zakon.
Jakież to tego zakonu prawa, jaka jego reguła?
– Muszę na prawo i na lewo od siebie czuć bliskość jakiegoś ramienia. Muszę mieć kogoś, kto mi rozkazuje. Muszę czuć rzemień, opasujący moje Ja – mówi bohater sztuki Kirszona Chleb. – Idę wraz z wszystkimi i wraz z wszystkimi umieram. Walczę za partię. Jestem jej żołnierzem.

***

Do wszystkich racji, przytoczonych na wstępie tego rozdziału, należałoby dodać jeszcze jedną: wiele z cech, które przypisujemy nowemu wychowaniu człowieka w Rosji, zawdzięcza ten człowiek nie rewolucji, ale swemu charakterowi narodowemu. Istotnie, słowa przytoczone, poza swoją ogromnie idealistyczną i nawet zachodnioeuropejską terminologią, kryją odwieczny instynkt gromadzki narodu o nadzwyczaj silnie rozwiniętym instynkcie państwowym. Nie będzie tu na miejscu podnoszenie, tylokrotnie przez publicystykę i literaturę polską rozważanej kwestii, dwoistego charakteru Rosjanina, połączenia twardości i bezwzględności, podporządkowywania wszystkiego dobru państwa z zupełnym wyeliminowaniem praw jednostki i, z drugiej strony, tego naplewiatelstwa, które jest jakby odprężaniem się (otwiesti duszu) do nowego skoku. Rewolucja rosyjska w sposób maksymalny wzmaga te rosyjsko-mongolskie państwowe tradycje. Człowiek nie znaczy nic. I zabawnie jest, kiedy Zachodnio-Europejczyk, nie Mongoł, nie Słowianin i nawet nie Aryjczyk, importowany z Paryża, recte z Galicji, przed pięciu laty – Bruno Jasieński, ściślej – Zusman, raptem oto w swojej zresztą całkiem dobrej powieści ni z tego, ni z owego wtrąca taki oto kawałek z jakiejś niby Biednej Lizy sowieckiego neo-Karamzina:
Olbrzymie przestrzenie Tadżykistanu zaplantowano pod bawełnę. Ale bawełna wymaga wilgoci. Dlatego w idealnie odpowiednim klimacie Tadżykistanu nie można jej było hodować. Pędząc z pieca na łeb, z planem pięcioletnim nie poczekano na wykopanie głównego kanału, a kopiąc go, równocześnie porobiono bawełniane inwestycje. Tymczasem kanał „nie chce” się kopać tak, jak przewidywał pięcioletni plan; prace się opóźniają. Książka Jasieńskiego daje piękne obrazy poświęcenia, posuniętego do ostatecznych granic. Historia „tempa”. Bohaterskie śmierci w służbie umiłowanej „idée fixe” – dać w czas wodę polom Tadżykistanu. Młody amerykański inżynier zaraża się tym bohaterstwem dnia codziennego, walką o dobrobyt Tadżykistanu i wyzwolenie mas głodujących Tadżyków i Uzbeków, samowystarczalność Sowietów itd., itd.
Nagle usuwa się ziemia ze ścian zbyt stromo kopanego parowu i zasypuje robotnika. Naczelny kierownik, nie żaden tam sabotażowy spec, jeno najczystszej wody komunista, każe wszystkie roboty wstrzymać i zabrać się do zrobienia na przestrzeni iluś tam kilometrów stoków wąwozu mniej stromymi, to znaczy wybrać ileś tam milionów sześciennych metrów ziemi, to znaczy oddalić o miesiąc puszczenie wody, to znaczy zaprzepaścić wkłady, zniszczyć tysiące hektarów bawełny, opóźnić plan bawełniany o rok, to znaczy zawalić piatiletkę, której człony są związane ze sobą w ścisłej współzależności. Naturalnie inżynier Amerykanin mówi, że należy pracować w dawnych warunkach, podaje sposoby, mogące znacznie zmniejszyć ryzyko. „Przecież jesteśmy na froncie ekonomicznym” – mówi – „a na froncie muszą być ofiary”. „Ofiary” te, różne tam dzikoludy azjatyckie stoją tuż, dłubiąc w nosie, i na rozkaz autora w odpowiednich miejscach wybuchają entuzjazmem, nawet grożąc strajkiem, o ile kierownictwo robót zacznie roboty ubezpieczające, zamiast dalszego tempa budowy kanału. Ale w tym miejscu kierownik robót (onże Zusman) wygłasza oszałamiającą filipikę – jak to cenna jest dla Związku Sowieckiego każda kropla krwi proletariackiej.
Słucha zdumiony inżynier amerykański, słuchałby zapewne zdumiony Lenin i długi szereg jego przodków duchowych, przez Piotra Wielkiego poprzez Iwana Groźnego aż do chytreńkiego „zbieracza ziemi rosyjskiej”, Iwana Kality. Co też ten Zusman (mniejsza o to, że Jasieński) za towar ideowy tu kolportuje – direct od Michalika?
Nie, bliżej prawdy wyłożony jest pogląd na człowieka w scenicznej przeróbce Naszej młodzieży Kina. Młody komsomolec jedzie ze zleceniami partyjnymi „tiepłuszką”, wagonem towarowym, w którym znajduje się młoda dziewczyna. Współtowarzysze podróży pragną ją zgwałcić, chłopak staje w jej obronie i zostaje wyrzucony z pociągu, przez co opóźnia swoje przybycie.
– Idioto, romantyku, zbawco cnoty! – mentoruje go jego towarzysz.
– Człowiek kosztuje niewiele i nie wolno troszczyć się o poszczególne jednostki. Inaczej niepodobieństwem byłoby prowadzić wojnę lub w ogóle cośkolwiek przedsięwziąć. Ludzi należy liczyć na kompanie i bataliony, należy myśleć o masie, nie zaś o jednym człowieku. Cóż cię obchodzi, że jednego obrabują, drugiego zastrzelą, trzeciego zgwałcą? Winieneś brać pod uwagę jedynie klasę – ludzie i tak będą istnieć nadal.
Młoda inteligencja, produkowana z chłopów i robotników, nie ma czasu na refleksje, nie nabrała jeszcze spojrzenia trójwymiarowego. Cały świat dla niej to nie geometryczna bryła, to rysunek wyłożony na płask w przeraźliwie uproszczonej płaszczyźnie celowości.
– Czyż ty wiesz, co to jest las? – pyta rozżalona dziewczyna udarnika-komsomolca z brygady drwali. (Świrydow, Komsomolcy)
– Oczywiście. Robi się z niego domy, drzewo, można używać jako materiał opałowy i dla różnych innych celów...
Dziewczyna coś mówi o życiu lasu.
– Nie należy pojmować lasu w ten sposób; winno się wiedzieć, co można z niego uczynić i na co nam jest potrzebny.
– Jesteś bardzo nudny, Andrzeju – mówi cichutko młoda dziewczyna.
Całe życie Rosji pędzi od lasu rosnącego, w którym śpiewają ptaki, do tartaku. Przy początku pierwszej piatiletki produkcja przemysłowa stanowiła 48 proc. produkcji rolnej, przy końcu – 70 proc. Procent ludności robotniczej wzrasta z roku na rok. Dusze ludzkie są wygięte w kabłąk pod parciem obowiązków. Naplewatielstwo jest niszczone. Ale czy na długo? Remont człowieka jest ważniejszy niż remont traktoru. Najbliższe lata muszą dać odprężenie, muszą począć budować trzeci wymiar kultury proletariackiej.
Wszelkie widoki są po temu. I zabawne, że to odprężenie idzie starymi szlakami, utartymi przez ludzkość. A więc – przez rodzinę. Rodzina z roku na rok coraz bardziej krzepnie w Rosji Sowieckiej. Ankieta wśród młodzieży w 1922 roku wskazuje na trwałe pożycie z jedną żoną jako ideał w 15,6 proc. odpowiedzi, gdy ten procent w 1926 roku – 58,8. Też same ankiety wykazują rozpoczęcie życia płciowego w wieku poniżej lat 17: w 1922 – 61,3 proc., w 1926 – 39,8 proc., w 1928 – 28,2 proc.
Tylko ludzie bez przyszłości, ludzie ginącej klasy – woła bohaterka Bogdanowicza w powieści pt. Pierwsza dziewczyna Komsomołu – mogli wymyślić teorię wolnej miłości.
Nie jest to nawrót ani odwrót. To raczej – dalszy rozwój. Wszak Lenin pisał, że „rozwiązłość życia płciowego jest mieszczańska. Wymawiam sobie taki marksizm. Miłość dwojga ludzi może powołać do życia nową istotę. Młodzieży potrzebny jest w zdrowym ciele zdrowy duch”.
Czyżby „Kochany Iljicz” nie mógł się z tym kazaniem wgramolić na ambonę w pierwszą lepszą niedzielę w pierwszej lepszej parafii?
Więc to nie nawrót, to rozwój dalszy, rozwój w wyrównaniu proletariackiego „błędu paralaktycznego”.
(…)

* Większość fragmentów tekstu zaznaczonych w tym rozdziale kursywą to cytaty z prasy i literatury sowieckiej – brak dokładnych oznaczeń źródeł wynika z ówczesnej metody pisarskiej Melchiora Wańkowicza