Strona główna / Literatura światowa / Dziewczyny z okładki

Aktualności

13.09.2019

Spotkanie z Rafałem Grupińskim w Poznaniu

W czwartek 19 września o godz. 18.00 zapraszamy do Fundacji Malta (ul. Ratajczaka 44 w Poznaniu) na spotkanie z Rafałem Grupińskim, autorem książki "Polityka i kultura".

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jej drugie życie Manula Kalicka
  2. Nie mam więcej pytań Gillian McAllister
  3. Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi Julia Boyd

Fotogaleria

więcej »

Dziewczyny z okładki

Theresa Rebeck

PHILIP

ROZDZIAŁ PIERWSZY


Podobno wszystko przez to przeklęte zdjęcie. Teraz, po fakcie, każdy udaje mądrego. Jedna fotografia stała się przyczyną kłopotów, jakie spadły na te zwariowane rudzielce – moje siostry. Nie żebym robił komukolwiek wyrzuty, skądże znowu. Widocznie los tak chciał. Ta sesja i jej następstwa po prostu musiały się wydarzyć.
Denerwuje mnie tylko zbolałe kręcenie głowami i zdziwione: „Jak to się mogło stać?”. Jakby nadchodząca katastrofa nie była od początku oczywista.
Zadzwonili z „New Yorkera” z propozycją sesji na okładkę, nazwisko fotografa brzmiało Herb Lang. Jak to się mogło stać? Co za idiotyczne pytanie. Właściwe, które nie zostało zadane w porę, byłoby: „Po co to komu?”. Na miejscu dziewczyn wiałbym, gdzie mnie oczy poniosą, choćby do Ohio, Iowa albo Idaho, gdzie największy rozgłos przynosi spektakularny sukces w hodowli bydła. Nie twierdzę, że ucieczka cokolwiek rozwiązuje, ale z całą pewnością byłaby lepszym wyborem niż zdjęcia w „New Yorkerze”, po których moje siostry zostały okrzyknięte wschodzącymi gwiazdami.
– Sfotografuje nas Herb Lang – pyszniła się Polly.
Wszyscy czworo byliśmy w kuchni. Daria zaglądała do lodówki, a Polly przyjęła staroświecką pozę modelki z lat czterdziestych, przechylając głowę w stronę światła i opierając się biodrem o kuchenny blat. Wyglądała komicznie i pięknie zarazem. Jak zwykle włożyła kabaretki zamiast normalnych rajstop. Nowina, którą mi właśnie przekazała, wydaje się tak niewiarygodna, że może być prawdziwa. Powstrzymuję cisnące mi się na usta słowo: „Ściemniasz”. Zerkam na Darię, która stoi obok zamkniętej już lodówki i otwiera sobie butelkę z wodą. Celowo unika mojego wzroku. Udaje, że nic jej nie obchodzi, jakie wrażenie zrobiła na mnie ta wstrząsająca wiadomość. Po sposobie, w jaki zadziera głowę, poznaję, że jest z siebie bardzo dumna. Szkoda, że tego nie widzieliście, naprawdę. Zachowywały się, jakby ta sesja już się odbyła, a aparat zabrał im po połowie duszy, co się może zdarzyć, jeśli wierzyć starym indiańskim legendom.
Jak zwykle na pierwszy plan wysuwała się ich zjawiskowa uroda. Moje siostry zawsze wyglądają olśniewająco. Powiem wam smutną prawdę o sobie: od urodzenia otaczają mnie piękne kobiety. To bardzo rozprasza, człowiek nie jest w stanie się uodpornić na kobiecą urodę, nawet jeśli jest z nią spokrewniony. Kiedy przebywam z nimi trzema naraz, czasem trudno mi zebrać myśli w takim zagęszczeniu mlecznej cery, lśniących włosów, krągłości, nóg, ust... Tylko sobie czegoś przypadkiem nie wyobrażajcie, to przecież moje siostry.
Nie mówię w tym sensie, a jednak cała ta kobiecość bywa obezwładniająca.
– Herb Lang, mówisz? Jak wam się udało go ściągnąć? – pytam obojętnie, dzięki czemu utwierdzają się w przekonaniu, że jestem pod wielkim wrażeniem.
– To w końcu sesja dla „New Yorkera”. – Daria z naciskiem wymawia nazwę czasopisma.
Chyba powinienem wspomnieć, że nasz dziadek nazywał się Leo Heller. Nie znałem go, zmarł przed moim urodzeniem. Sęk w tym, że był słynnym literaturoznawcą i krytykiem. W latach pięćdziesiątych napisał całkiem sporo książek na temat literatury amerykańskiej.
Są bardzo znane, choć mało kto je rozumie. Staruszek jest także autorem eseju pod tytułem „Terror nowości”, który wstrząsnął myśleniem wielu ludzi zainteresowanych takimi rzeczami. Esej wszedł do kanonu nauk humanistycznych, a jego fragmenty są często cytowane. Na studiach wykładowcy zadają pytania w rodzaju: Jak ten albo tamten aspekt czegoś tam ma się do wizji Hellera o terrorze nowości. Literaturoznawcy poświęcają całe rozdziały swoich dzieł kwestii wpływu teorii Hellera na upadek afroamerykańskiego nurtu kulturalno-intelektualnego o nazwie Harlem Renaissance. Rzecz jasna przeciętny Amerykanin nie ma pojęcia o tej tematyce, ale zdarzają się tacy, którzy wiedzą. Pewna kategoria ludzi na wieść, że jestem wnukiem Leo Hellera, wpada w dziki entuzjazm. Inni
patrzą na mnie jak na idiotę.
Jednego możecie być pewni: W „New Yorkerze” nie ma osoby, która nie słyszała o naszym dziadku. Dlatego nie potrzebowałem dalszych wyjaśnień. Rudowłose wnuczki Leo Hellera i w dodatku piękne? Temat w sam raz do „New Yorkera”.
– Wschodzące gwiazdy – powtarzam ze staranną obojętnościąi wzruszam ramionami. – Ojej.
– Poprosili całą naszą trójkę – syknęła ze swojego kąta Amelia.
Amelia nie jest kretynką jak moje pozostałe dwie siostry. To się czasem przytrafia najmłodszym w rodzinie: korzystają z okazji, żeby uczyć się na cudzych błędach. Amelia zazwyczaj obserwuje z boku, jak pakujemy się w kłopoty. Jest genialna. Nie żartuję – potrafi przewidzieć rozwój wypadków, na długo zanim zrobi to ktokolwiek inny. Kiedy próbuje nas, pozostałych durniów, naprowadzić na trop, oczywiście nigdy nie słuchamy. Oczywiście wkrótce dzieje się dokładnie to, co przewidziała. Prawdę mówiąc, jest trochę niepokojąca. Jakby miała dar jasnowidzenia czy coś.
– Nic dobrego z tego nie wyniknie – poinformowała nas.
Trzy dni później znaleźliśmy się w podniszczonej hali na Lower East Side pełnej świateł lamp, fleszy aparatów i gapiów. Wszystko rozegrało się w mgnieniu oka. Najpierw zadzwonili z wiadomością, że wpadli na pomysł, który na zawsze miał zmienić życie moich sióstr, a po kilku dniach już byliśmy w tej opuszczonej szwalni, gdzie w dziewiętnastym wieku przykuwano zapewne młode kobiety do maszyn, a dziś jest w niej pełno stylistów. Udawałem chorego, żeby się tu znaleźć zamiast iść do szkoły. Polepszyło mi się, kiedy podjechał samochód. Mama była tak przejęta, że albo nic nie zauważyła, albo jej to nie obeszło. Jezus Maria, „New Yorker”! Każdego by zwaliło z nóg.
Polly była wniebowzięta. Uwielbiała być w centrum zainteresowania, a właśnie znalazła się w centrum zainteresowania ludzi, którzy sądzili, iż sens życia każdej istoty polega na byciu w centrum zainteresowania. Mama pomrukiwała jak zadowolona kocica. Muszę wam coś powiedzieć o swojej matce. Otóż w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym została miss stanu Tennessee, a potem, jeszcze tego samego roku, wybrano ją na pierwszą wicemiss Ameryki. Podaję tylko fakty. Mama nie chełpiła się swoimi tytułami, ponieważ nie należały do kategorii sukcesów docenianych przez nowojorskie kręgi, wśród których obracał się ojciec. Nie miała się komu pochwalić i my także się nie chwaliliśmy. Właściwie to była jakby wstydliwa tajemnica rodzinna. Ojciec wywlekał tę sprawę w każdej kłótni, od kiedy małżeństwo rodziców zaczęło się psuć. Tak jakby nie poślubił jej ze względu na urodę. Muszę jednak przyznać, że miał trochę racji. Jej zdjęcia w kostiumach kąpielowych i sukniach wieczorowych dają człowiekowi do myślenia. Poza tym w latach siedemdziesiątych panowała moda na wielkie natapirowane fryzury. Nie sposób się nie skrzywić z niesmakiem. Mama jednak ogląda stare fotografie z wyraźnym sentymentem. Nigdy nie doszła do siebie po tym epizodzie z konkursem piękności, co niewątpliwie przyczyniło się w znacznym stopniu do rozpadu jej związku z tatą, który był typem intelektualisty ze słabością do pięknych i głupich kobiet.
Polly nie posiada się z zachwytu, mama mruczy z zadowolenia, księżniczka Daria nie zaszczyca nas żadną reakcją, czyli przeżywa szczęście na swój własny sposób, a Amelia stoi ze wzrokiem wbitym w podłogę, modląc się bezgłośnie, żeby to wszystko już się skończyło.
Styliści bez przerwy muszą jej przypominać o konieczności patrzenia przed siebie. Powtarzają, że jest piękna – w tym miejscu każdy raz po raz powtarza to każdemu – i proszą o uśmiech. Kiedy próbowała się zastosować do wskazówek, efekt okazał się mocno niepokojący. Wyglądała, jakby jej twarz miała się rozszczepić na dwie połowy. Podszedłem bliżej do miejsca, w którym stała otoczona wianuszkiem gejów poprawiających jej włosy, makijaż, paznokcie u stóp. Ledwie było ją widać. Stanąłem obok i wydarłem się jak głupek: „Wyglądasz super, Amelia!”. Rozejrzała się wokół z wściekłością. Cholera, pomyślałem, nie zrozumiała dowcipu. Po chwili jednak uśmiechnęła się do mnie szeroko i wywróciła oczami. Naprawdę jej się nie podobało to całe zamieszanie. Czuję się całkiem nie na miejscu. Jestem tylko przygłupim bratem modelek. Oczywiście nikt nie wie nawet tego, ponieważ nikt tu nikogo nie przedstawia. Po co ktokolwiek zadaje sobie trud uczenia dzieci dobrych manier? Wchodzą potem w prawdziwe życie z zupełnie nierealnymi oczekiwaniami, że ludzie będą wypowiadali kwestie w stylu: „Cześć, mam na imię Stu. A ty?”. A może nawet: „Witaj, jestem tu makijażystą. A ty czym się zajmujesz?”. Nikt tutaj nic podobnego nie mówi, wszyscy są zbyt ważni, żeby się komukolwiek przedstawiać albo zwracać uwagę na jakiegoś nastoletniego ofermę, który stoi w kącie, a znalazł się tu jedynie dlatego, że jego siostry zostały uprowadzone przez „New Yorkera”. Ludzie omiatają mnie wzrokiem, jakbym był jakimś żałosnym gapiem, który wdarł się bez przepustki i lada moment ochrona go wyprowadzi. Nic nie robię, więc z pewnością jestem desperatem, lubiącym się przyglądać takim smutnym wydarzeniom. Moje nieszczęsne położenie umacnia ich poczucie wartości. Mogą się poczuć jeszcze ważniejsi, nie zwracając na mnie uwagi.
Mimo całego zamieszania bardzo długo nic się nie dzieje. Tamci wszyscy godzinami skaczą wokół dziewczyn, pokrzykując na siebie, szukając błyszczyków i Bóg wie czego jeszcze. Naczelny stylista, który wszystkimi rządzi i podejmuje decyzje, ma na imię Stu. Widocznie Herb zatrudnił go do przygotowania modelek, a sam zjawi się tylko po to, by zrobić zdjęcie. Chociaż równie dobrze Stu mógł pracować w „New Yorkerze”, nie pamiętam już. W każdym razie uwijał się jak królowa pszczół wśród swoich poddanych czekających z zapartym tchem na jego pomysły dotyczące kreacji, kolorów lakieru do paznokci i fryzur. Uwagi krytyczne witał wrzaskiem, po czym sam zmieniał zdanie. I tak godzinami.