Strona główna / Literatura polska / Agnieszka Osiecka / Biała bluzka. Najpiękniejsze opowiadania

Aktualności

26.10.2020

Najlepsza książka na jesień!

Z radością informujemy, że książka "Osiedle Sielanka. Nieznajoma" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk zdobyła nagrodę czytelników na najlepszą książkę na jesień 2020 w głosowaniu organizowanym przez serwis Granice.pl.

Wywiady

10.09.2020

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

26.11.2020

Czy prawdą jest, że kto usłyszy dźwięk wrzeciona kikimory, ten umrze?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Śreżoga".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska wendeta Tanya Valko
  2. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  3. Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca Lucyna Olejniczak

Fotogaleria

więcej »

Biała bluzka. Najpiękniejsze opowiadania

Agnieszka Osiecka

CZARNA WIEWIÓRKA

Paź królowej


Miałem dziś podręcznikowy sen.
Kiedyś, kiedy byłem żonaty z Weroniką, zdarzało mi się powiedzieć:
– Wiesz, śniło mi się, że…
Na to jednak Weronika niezmiennie odpowiadała:
– Błagam cię, tylko nie opowiadaj mi snów.
Na twarzy Weroniki wałęsał się przy tym nieznaczny uśmieszek pogardy. Prawdę mówiąc, był tam już chyba wtedy, kiedy w magistracie zdecydowała się powiedzieć „tak”. Mój ojciec, który przyjechał prosto z kolei, zgubił okulary, i był w ogóle w jak najgorszym humorze, powiedział mi na powitanie:
– Wydaje mi się, że jest dla ciebie trochę za piękna.
– Tak uważasz?
– Wystarczy, że ona tak uważa.
Weronika cierpiała na coś, co można by nazwać kompleksem królewny i pazia. Mężczyzn, a zwłaszcza mnie, traktowała z łagodną wyrozumiałością, niby nieszkodliwych idiotów, którzy „na swój sposób” potrafią być nawet zabawni. Byle nie przekraczali pewnych granic. Sposób, w jaki wymawiała moje imię („Gieeniu”), spowodował, że zacząłem je nienawidzić. Trudno zresztą powiedzieć, że Weronika „cierpiała na kompleks”, raczej „radowała się kompleksem”. Ilekroć byliśmy między ludźmi, tak potrafiła wszystko zamącić i przekabacić, że nie wiedzieć kiedy przegrywałem najgłupsze potyczki. Któregoś dnia wyznałem komuś ze znajomych, że coraz bardziej pociąga mnie grzebanie w duszy ludzkiej, a coraz mniej – w wyrostkach i wątrobach.
– A więc wierzy pan, że człowiek ma duszę.
– Powiedzmy osobowość. I sądzi pan, że amatorskie majstrowanie w drugim człowieku może dać jakiś rezultat?
– Kto powiedział, że amatorskie?
– Zatem zawodowe?
– Można spróbować.
Tu wtrąciła się Weronika.
– Ty?? Ty „chciałbyś spróbować”… Ależ ty znasz się na tym jak kura na kamieniach.
Ktoś roześmiał się głośno.
– Nie mówi się „kura na kamieniach”, mówi się „kura na pieprzu” albo „ślepy na kolorach”, ale w tym przypadku powiemy raczej „mówisz jak ślepy o kolorach”, a nie „znasz się jak ślepy na kolorach”…
Nikt już mnie nie słuchał. Nawet później, kiedy Weronika puściła mnie kantem dla jakiegoś rajdowca, którego na szczęście nigdy nie widziałem na oczy, nikt jakoś się na nią nie oburzał ani mnie specjalnie nie współczuł. Pamiętam, kiedy pierwszy raz po rozwodzie przywiozła mi Ikę. Był jadowity, zimny dzień. Styczeń, jak dziś. Nie wzięły ze sobą ciepłych majtek na zmianę, żadnych skarpet, nic. Urządziłem awanturę, trząsłem się jak histeryczna baba. „Zostawiłaś mnie jak psa… Chyba mogę się spodziewać… Odrobina przyzwoitości…” itd.
Weronika odczekała chwilę i powiedziała:
– Przecież trudno, żebym pamiętała absolutnie o wszystkim. Obecna przy tej scenie „dochodząca” chciwie łowiła każde słowo Weroniki; kiedy ta w końcu wyszła, usłyszałem następujący komentarz:
– Rzeczywiście, trudno, żeby pani myślała absolutnie o wszystkim.
Zresztą to nieważne. Wszystko nieważne. Przy Weronice zawsze czułem się petentem, nawet w łóżku. Teraz, kiedy jej na dobre już nie ma, mogę spokojnie opowiedzieć sen, byleby się mieścił w tej historii. Opowiadam przecież pewną historię.
Śniło mi się drzewo. Śniło mi się ono tak intensywnie, że mam prawo przypuszczać, iż to ja byłem tym drzewem. Szerokie, rozłożyste, nieprzydzielone do jakiegokolwiek pejzażu, przypominało jakiś „dąb – zabytek przyrody” ze szkolnego podręcznika. Był wiatr, a jednak „moje drzewo” nie chwiało się na wietrze. Było statyczne, można nawet powiedzieć: było przeraźliwie statyczne. Wydaje mi się nawet, że śniąc, pomyślałem: „Jak na sen, to to drzewo jest przeraźliwie statyczne”. Dopiero po ładnej chwili zorientowałem się, że drzewo jest niejako przytroczone do ziemi setkami, tysiącami sznureczków: każdy liść, każdy kwiat, każdy ptak na tym drzewie był mocno przytwierdzony do ziemi oddzielnym sznureczkiem. Jeśli któreś powrósło zerwało się, natychmiast sąsiednia linka naprężała się mocniej, niejako dla równowagi, a po chwili w zagrożonym miejscu wyrastał nowy sznur. Ja to czy nie ja? Wiecznie wyhamowany? Półwyhamowany. Weronika zawsze mówiła: „Ty nigdy nie miałeś fantazji, Gieniu”.
A jednak. Tak. No, trudno. Kiedy przyszedłem do pracy, opowiedziałem mój sen o drzewie młodemu humaniście.
– Nie ma pan większych zmartwień? – odpowiedział szorstko. – Bo ja mam.
Była to przejrzysta aluzja do przykrości, które go niedawno spotkały: kilka dni temu, w gabinecie, w którym prowadzimy terapię dla zszokowanych rozwiedzionych, wywiesił afisz wielkości jednego metra na sześćdziesiąt centymetrów z rysunkiem własnej kompozycji i z napisem „Lechu, wróć”. Doktor Lita, tonem (jak twierdzi) pozbawionym agresji, zwróciła mu uwagę, że gabinet lekarski nie jest miejscem odpowiednim do prowadzenia propagandy antykomunistycznej. On na to tylko parsknął i spytał, gdzie, zdaniem doktor Lity, jest takie miejsce, to on się tam niezwłocznie uda. Doktor Lita, która jest w tak zwanym trudnym okresie, skryła się za przepierzeniem osłaniającym gabinet numer jeden i tam, w obecności pani Kazi parzącej herbatę, rozpłakała się jak dziecko.
(…)

Kilka różnych kotów

Znałem swego czasu dziewczynę, która uwielbiała koty, a ich wielkie, zielone i piwne oczy nazywała wszystkowidzącymi. A jednak, mimo że uważała koty za piękności i mądrale, nie miała żadnych złudzeń co do ich wzajemności, nie czuła się kochana ani nawet akceptowana. „Kot – twierdziła – nie ogarnia człowieka i nie potrzebuje go. W istocie uważa go po prostu za kilka różnych kotów: jeden kot to ręka, która głaszcze kota właściwego, drugi to głowa, która przesuwa się na tle lampy, trzeci – noga wsuwająca się właśnie do buta”.
Spojrzałem na piękną dziewczynę i roześmiałem się niemile. Jej postać, wyobrażona jako kilka różnych kotów, traciła na chwilę wszelki sens i wartość.
Ta krótka, lecz pamiętna scenka posłużyła mi po latach jako punkt wyjścia do serii doświadczeń, zmierzających do demontażu ikony.
Byłem przekonany niemal od samego początku leczenia, że mąż jest dla Wandy autorytetem. Jego niezastąpioność (bo o czymże cały czas opowiadam, jak nie o zastępowaniu niezastąpionego), jego niezastąpioność była – o czym Wanda nie wiedziała – bardziej natury duchowej niż cielesnej, należało zatem celować w abstrakcję, nawet jeżeli tylko o wdzięk i urodę, a nie o głębię tej abstrakcji chodzi.
Aby znaleźć coś, jakiś punkt zaczepienia, zacząłem Wandę indagować delikatnie o przedmiot zainteresowań i pasji Andrzeja i bez trudu dotarliśmy do Teorii Białych Plam.
Andrzej jako kartograf już od lat studenckich interesował się historią i prehistorią map. Tak zwane białe plamy początkowo działały mu tylko na wyobraźnię, później zaś zaczęły go wyraźnie niepokoić. Bez trudu dotarł do pierwszych wiadomości uzasadniających ten rodzaj niepokoju (Andrzej umiał szczerze pasjonować się cudzą sprawą, cierpieć za miliony; Wandzie imponowało to jako nieosiągalne). Oto na przykład afrykańskie plemię Bazu, zwane także Łowcami Antylop. Plemię łagodne i zamożne, bogate w legendy, posiadające własny język i kulturę. Kobiety z plemienia Bazu tkały piękne zielono-błękitne makaty, a mężczyźni, bardziej złoci niż czarni, porozumiewali się z bogami deszczu za pomocą skomplikowanych znaków rytych w skałach. Sąsiedzi Bazów – plemiona Zarr, Czedu i Seu od niepamiętnych czasów nienawidziły Bazów i zazdrościły im daru szczęśliwego życia. Dochodziło między nimi a Bazami do dramatycznych walk w polu, a także do walk tajemnych, magicznych. Jedną z nich było omijanie krainy Bazów przy kreśleniu map: na wszystkich mapach lokalnych przez dziesięciolecia kraina ta była oznaczona białą plamą (tereny niezbadane) bądź fioletową (dziedzina diabła). Nawet na pierwszej mapie nakreślonej przez Anglików krainę oznaczono ciemnozieloną kroplą oraz ledwie czytelnym napisem kursywą: „Dzicy Łowcy Antylop”. Było to oczywiste zapożyczenie z mapy narysowanej przez zawistne plemię.
Odkrycie to, a także dziesiątki podobnych, posłużyło Andrzejowi do opracowania tak zwanej Teorii Białych Plam. Z pasją, miłością i nienawiścią Andrzej śledził w dawnych i nowych cywilizacjach manewrowanie mapami przez politykę, niechęć i rozmaite animozje, a także zjawisko odwrotne: jak to kartografia, w miarę sił, próbuje manewrować wierzeniami, mitami i tym, co nazywamy wiedzą.
Kilka lat temu, bodajże w roku 1977, kiedy Andrzej i Wanda byli już po ślubie, przyszło zaproszenie na dużą konferencję międzynarodową w Kazimierzu. Andrzej, ze względu na urodę Wisły i Kazimierza, postanowił zabrać Wandę ze sobą. Przyjechali, przez całe popołudnie zbierali śliwki w sadzie u znajomych i dopiero pod wieczór trafili do hotelu, w którym nazajutrz miały się zacząć obrady. Przed hotelem stało już trochę zagranicznych aut, kręcili się znajomi. Andrzej zerknął mimochodem na tablicę z rozmaitymi ogłoszeniami i reklamami i parsknął złym, psim śmiechem: zniknął gdzieś poprzedni tytuł seminarium: „Białe plamy w twojej dziedzinie”. Zamieniono go na „Przyszłość i jeszcze raz przyszłość”.
Zaczepiony przez nich prezes konferencji nie okazał najmniejszego skrępowania. Oświadczył, że Andrzej swobodnie może przedstawić jutrzejszemu forum swoje tezy, gdyż jego „temat życia” bynajmniej nie wyłamuje się z ram obrad, i że w ogóle zmiana tytułu powstała wyłącznie ze względów prestiżowych: postanowiono jakoś uczcić wyjątkowo w tym roku licznie przybyłych futurologów.
Wieczorem rozpętała się krótka letnia burza, Wanda otworzyła szeroko okno, pociągnęła Andrzeja za sobą, łykali wodę i słone powietrze, a potem kochali się długo i wstydliwie, jak to w hotelu. Wanda uwielbiała się kochać w hotelu (wrócę jeszcze do tego).
Pierwszy dzień obrad przyniósł stek „przyszłościowych” bajd i komunałów. Na korytarzach prawiono sobie okolicznościowe uprzejmości. Na drugi dzień wszystko już było jasne. Futurologiczne ple-ple płynęło z jednych, drugich i dziesiątych ust i stawało się oczywiste, że wypowiedzi w rodzaju Teorii Białych Plam nie mają w tym miejscu żadnego znaczenia. Właśnie wstał jakiś pół-Szwed w nieokreślonym wieku i sztubackim głosem odczytał referat zatytułowany „Jutro świata”. Tekst przypominał bardziej poemat niż rozprawę naukową. Pod koniec pienił się i wzbierał niczym przysłowiowa dziewiąta fala; jego tematem zaś była przyszłość bliżej nienazwanego kraju, ojczyzny pracowitych ludzi. „Jutro nie będzie ani jednego dziecka, które nie widziało morza, jutro nie będzie kobiety, która nie zaznała rozkoszy, jutro nie będzie mężczyzny, który nie ujarzmił maszyny, jutro nie będzie maszyny, która nie ma w sobie nic ludzkiego, jutro…”. W tym miejscu Andrzej nie wytrzymał i krzyknął na cały glos: „Jutro będzie futro!”. Sala była zachwycona, Wandzie szczęście podeszło do gardła. Najwspanialsze było to, że Andrzej nie wyszedł ani w żaden sposób nie ciągnął swego wątku. Siedział jak gdyby nigdy nic. A jednak wszystko, co było powiedziane później, pokazywało się już niejako w ironicznym cudzysłowie. Awangardowe pismo francuskie wydrukowało krótki opis zdarzenia, z rysunkiem przedstawiającym Szweda popełniającego harakiri, a profesor Akselotel, największa sława spośród obecnych, oświadczył w wywiadzie radiowym, że „młody uczony z Warszawy nie bez powodu zbeształ tych z nas, którzy nie potrafią chodzić po tej czarnej ziemi”. Wanda była w siódmym niebie, a jej przekonanie o niezwykłości Andrzeja wzrosło oczywiście i utrwaliło się tym mocniej, że było podzielane przez innych.
Historyjka była idealna, aby posłużyć się nią na obecnym etapie leczenia, musiałem się tylko zwrócić o pomoc do grupy terapeutycznej, którą prowadziłem w czwartki.
Była to grupa dwudziestoosobowa, złożona z ludzi, którzy spotykają się od dość dawna i osiągają interesujące wyniki. W pracy posługują się przeważnie pantomimą. Pacjent przedstawia swój problem (lub problem zastępczy) w formie mimicznej, a pozostali, niczym w grze towarzyskiej, próbują scenkę pojąć i rozwikłać.
W przypadku Wandy zaaranżowałem nieco inną sytuację. Zaprosiłem ją na zajęcia jako gościa, ale uprzedziłem jednocześnie, że będzie mogła wejść na salę, dopiero gdy przygotujemy kilka scenek. Tak się też stało. Opowiedziałem z grubsza pacjentom zdarzenie z Kazimierza i poleciłem, aby odegrali kolejno kilka etiud ze swojego życia, które można (choć niekoniecznie) skomentować okrzykiem „Jutro będzie futro!”. Oto pierwszy z chętnych, neurotyk dojeżdżający kolejką spod Pilawy, przedstawia młodzieńca, który na próżno próbuje dokołatać się do zamkniętej kasy biletowej na dworcu. Na to wybrany przeze mnie mężczyzna o wyglądzie obolałego ekspedienta – Kasjer – ruchem rąk pokazuje, że to niemożliwe, że jutro. Na to zaś inny mężczyzna, w typie wesołego fryzjera, woła: „Jutro będzie futro!”.
Następnie sympatyczna histeryczka, rozwódka od doktor Lity, zademonstrowała kurę, która pragnie nauczyć się fruwać. Proszona o radę jaskółka (babina, która przyszła do nas ze skierowaniem od neurologa) odpowiada jej, że jutro. Na to (znów moje polecenie) emeryt – ojciec nieślubnej dziewczynki – sepleni bez przekonania: „Jutro będzie futro”… Tu zaprosiłem do środka Wandę. Dalsze pięć etiud, już bez mojej pomocy, pacjenci improwizowali przy niej. Zaproszona pod sam koniec do udziału w zabawie, stanęła pośrodku scenicznego kręgu i powoli, niczym tancerka demonstrująca striptiz, letargicznie zdjęła futro. Swoje lśniące, obcisłe futerko, w którym siedziała przez cały seans. Upadło na ziemię. Podniosła je i w skupieniu uczyniła kilka kroków do przodu. Wydawało się, że zrobi coś jeszcze, ale na tym zakończyła, podbiegła na miejsce i usiadła. Oceniam wynik eksperymentu jako nadspodziewanie udany.
Występ Andrzeja, wyrwany z kontekstu, włączony ponadto do kontekstów innych, uproszczony, musiał na niej sprawiać wrażenie żałosne lub co najmniej nijakie. Pojedyncze zdanie, jak pojedynczy okrzyk, jak „jeden z wielu kotów” pojawia się i znika bez żadnego znaczenia.
Wydaje się, że Wanda pojęła to doskonale; zrzucenie futra nie było gestem wyinscenizowanym na użytek publiczności, to się wydobyło z samego szpiku, jak mawiał Winfield. Jest gotowa do zdrady, a zatem będzie zdrowa. Chyba.
(…)