Strona główna / Literatura polska / Gruba

Aktualności

22.09.2020

Nie żyje Darek Milewski

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że 20 września 2020 r. zmarł Darek Milewski, autor książki „Mały wielki tydzień”, w której opisał – jednym, sprawnym palcem – jak żyje się ze stwardnieniem zanikowym bocznym ALS. Miał 57 lat. Rodzinie i bliskim składamy najszczersze wyrazy współczucia.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

07.09.2020

MOŻE PORA Z TYM SKOŃCZYĆ i posłuchać audiobooka?

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Może pora z tym skończyć" autorstwa Iaina Reida w znakomitej interpretacji Anny Szymańczyk.

Bestsellery

TOP 20

  1. Kobiety '44. Prawdziwe historie kobiet w powstańczej Warszawie Agnieszka Cubała
  2. Perska kobiecość Laila Shukri
  3. Pałac w Moczarowiskach Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Gruba

Natalia Rogińska

Grubym wszędzie jest miękko. Otulina z tłuszczu działa jak anatomicznie dopasowana poduszka i nawet na niewygodnych siedzeniach w autobusie pozwala czuć się komfortowo. Nic nie uwiera, nic nie gniecie. Tylko sprzączka od stanika wrzyna się w ciało, ale z czasem zaczynasz ją ignorować.
Wiele rzeczy musisz nauczyć się ignorować. Spojrzenia kobiet, które traktują cię jak przestrogę przed zjedzeniem nadprogramowej ilości kalorii. Brak spojrzeń mężczyzn, którzy mają cię za istotę aseksualną. Ignorujesz też nowe kolekcje ubrań w sklepach, bo wiesz, że nie są dla ciebie. Ignorujesz słowa, które wykrzykują dzieci na twój widok. Ignorujesz przestrogi lekarzy. Ignorujesz promienie słońca. Ignorujesz własne odbicie w lustrze.
Ignorujesz problem.
Babcia twierdziła, że wydatny brzuch i masywne uda to kobiece kształty.
– Głupia jesteś? Będziesz mi mówić o kobiecych kształtach u ośmiolatki?! – mówiła moja matka, która zazwyczaj nazywała rzeczy po imieniu, tylko do mnie zwykła wołać „Fałdo” albo „Krowo”, choć na imię mam Magda.
Potem, jak w wieku dziewięciu lat ku zaskoczeniu wszystkich zostałam miesiączkującym dzieckiem, czyli biologicznie rzecz ujmując kobietą, mama nadal nie nazywała mojego biustu i bioder kobiecymi kształtami, a do mnie zwracała się per „Jej Zwalistość”.
A babcia, która była kobietą o sylwetce jak chudy i długi cień późną godziną, cały czas komplementowała moje krągłości, których z każdym rokiem przybywało.
– Wyrośnie! – mówiła do mamy, gdy ta biła mnie po rękach, ilekroć sięgałam po coś do jedzenia.
– Wyrośnie, owszem... Z rozmiaru czterdzieści cztery do końca tego roku!
Babcia całowała mnie w czółko na dobranoc i życzyła słodkich snów, a mama odmawiała mi wszelkiej słodyczy, nawet we śnie.

Mój przystanek.
A tak miękko mi się siedziało na tym twardym siedzeniu!
Podniosłam się z miejsca i zaczęłam przepraszać, bo moja przeprawa przez ciasny autobus wiązała się z przyciskaniem stojących pasażerów do szyb.
– Przepraszam panią! Przepraszam. Przepraszam, chciałabym wyjść! Mógłby pan, przepraszam... Najmocniej. Bardzo. Wszystkich.
W końcu byłam na zewnątrz. Zatrzymałam się na moment i nabrałam w płuca powietrza, którego tak bardzo brakowało mi w zatłoczonym autobusie.
– Przepraszam! – powiedział ktoś przemykający obok mnie niskim męskim głosem.
– To ja przepraszam! – powiedziałam, zapominając, że wyszłam już z autobusu i nie musiałam się nigdzie przeciskać.
Przepraszałam odruchowo, bo wszędzie, gdzie pojawiało się moje duże ciało, robiło się spore zamieszanie.
Zziajany chłopak w sportowym dresie przystanął na moment koło mnie.
Ciekawe po co? – zastanawiałam się, wpatrując się w jego piękną rzeźbę, przebijającą przez cienką bawełnę.
Apetyczny jak górzysta karpatka – pomyślałam, a zaraz potem przyszło mi do głowy, że tarasuję mu drogę, więc usunęłam się z chodnika, wchodząc nieopatrznie na trawnik nasiąknięty deszczówką i rozmokłymi psimi odchodami, ale najwidoczniej nie chodziło mu o wolne przejście, bo nie pobiegł dalej.
Gdy rano zakładałam na stopy zamszowe buty z nowej jesiennej kolekcji Baty, nie przewidziałam dla nich błotnej kąpieli.
A co jeśli ich nie doczyszczę? – zmartwiłam się, widząc jak w liliowy zamsz wżera się ciemne błoto.
Ciągle stał przede mną. Był jak grecki bóg, kwintesencja męskości, sam chłopięcy urok, ociekający potem obiekt pożądania prawdopodobnie każdej heteroseksualnej kobiety, również otyłej.
Pewnie zaraz zasugeruje, że powinnam przyłączyć się do joggingu... Albo spyta, ile trzeba jeść, żeby tak wyglądać. Albo zauważył moje podobieństwo do pana posła Kalisza i chce spytać, czy to rodzina...
Nie rodzina, ale ludzie zaskakująco często o to pytali.
A może... – myślałam, uśmiechając się do siebie. – A może... lubi grube?
– To przeze mnie weszłaś w ten mokry trawnik, prawda? – powiedział, wpatrując się w moje buty.
Oparł ręce o swoje uda, zapewne twarde jak u kamiennego dyskobola.
– Przepraszam. Mam nadzieję, że się jakoś doczyszczą...
Też miałam taką nadzieję.
Oddychał szybko, a ja zastanawiałam się, czemu przystanął koło mnie. Przychodziły mi do głowy scenariusze nie z tej ziemi, z nim, ze mną i z kremem do karpatki w roli głównej.
– Masz może czas? – spytał, a mnie ciarki przeszły po skórze i serce niebezpiecznie przyśpieszyło.
Czas!?
Przełknęłam ślinę. Już prawie czułam słony smak jego skóry po tym joggingu...
– Mam! – powiedziałam, ale nie usłyszałam żadnej propozycji z jego ust.
Czas. No tak.
Pośpiesznie podwinęłam rękaw mojego workowatego płaszcza i zerknęłam na zegarek. Cienki, skórzany pasek wrzynał się w nadgarstek, tamując dopływ krwi do mojej lewej dłoni, zaskakująco dobrze znoszącej niedokrwienie. Zawsze się wrzynał, ten cholerny pasek...
– Za pięć osiemnasta! – powiedziałam i myślałam na przemian o moim grubym nadgarstku, słodkim kremie, ciasnym pasku i o moich butach, które już nigdy nie będą tak intensywnie liliowe, do cholery, jak były jeszcze przed chwilą.
– Już? No proszę... Dałem sobie dzisiaj prawdziwy wycisk! Gdy biegam, czas mi leci dwa razy szybciej! – Uśmiechnął się, a potem dodał: – Powinnaś spróbować!
Czy on ze mnie kpi? – pomyślałam. Właściwie to byłam pewna, że kpi.
Pobiegł, a ja do domu poszłam, nie pobiegłam, bo gdybym spróbowała rozbujać swoją wielką masę do prędkości większej niż spacerowa, pewnie bym umarła, rozwaliła stawy i wszyscy wokół by się głośno śmiali.

Sinokoperkowy brąz – nowy odcień moich butów po pierwszej próbie czyszczenia – nie bardzo mi się spodobał, więc je wyrzuciłam w cholerę. Postanowiłam kupić sobie nowe. Zresztą. Buty mogłam kupować bez najmniejszego problemu. 39 zawsze leżały jak trzeba. Przynajmniej buty, bo z resztą bywało różnie.
Ciekawe, czy mają jeszcze w sklepie ten model – zastanawiałam się, patrząc z żalem na moje ukochane czółenka w nieciekawym odcieniu ziemi.
Gdy tylko matka zobaczyła je w tym opłakanym stanie, nie omieszkała złośliwie skomentować mojej niezdarności, zahaczając przy okazji o otyłość, a jak!
– Trzeba patrzyć pod nogi, jak się chodzi po ulicy! Ach... Chyba że ty stóp nie widzisz, przez ten twój brzuch...
Gdy wróciłam do domu, była pogrążona w wieczornym rytuale: polityka plus pilates.
Matka zawsze oglądała „Wydarzenia”, po nich przełączała na „Fakty”, a następnie na „Wiadomości”.
Po dwudziestej wyczekiwała na ulubioną „Kropkę nad i”. Z fanatycznego uwielbienia dla prowadzącej regularnie tleniła sobie włosy, a w szafie miała turkusowe szpilki i mnóstwo kolorowej plastikowej biżuterii. Naśladownictwo nie odniosło pożądanego skutku, bo zamiast wysmakowanej awangardy od matki biło tandetą i kiczem, ale nie miałam ochoty jej tego powiedzieć, bo wiedziałam, że w odwecie usłyszałabym tylko: „A ty jesteś gruba!”.
Późnym wieczorem – „Szkło kontaktowe”. Matka wisiała całymi godzinami na telefonie, żeby dodzwonić się do tych nadzwyczaj opanowanych panów i żeby głośno wyrazić swoje poglądy na temat rządu, strajków i podatków, tak jakby kogokolwiek interesowało jej nieoryginalne zdanie. Liczyła też, że zobaczy na dole ekranu treść swoich SMS-ów, które wydawały się jej superśmieszne i nadzwyczaj trafne, ale matce wiele rzeczy się wydawało.
Potem robiła sobie przerwę na kąpiel, a przed snem oglądała jeszcze „Dzień po dniu”, żeby skonsolidować tę mdłą polityczną papkę z całej doby i zrobić z niej trwały ślad w swojej pamięci.
W czasie takiego maratonu informacyjnego matka się intensywnie rozciągała i ćwiczyła różne grupy mięśni, o których istnieniu w moim ciele dowiadywałam się tylko pośrednio – w trakcie wykonywania nieskomplikowanych ruchów.
Gdy weszłam do pokoju, przywitała mnie pytaniem, czy już słyszałam.
– Nie słyszałam.
Matka zawsze miała bardzo wybałuszone oczy, co potęgowało u niej każdy, nawet minimalny, wyraz zdziwienia. Tym razem również ekstremalnie wysunęła je z oczodołów, znacznie mocniej, niż robi to przeciętny zdziwiony człowiek. Podejrzewali u niej nadczynność tarczycy, bo była chuda i miała te oczy, ale z hormonami wszystko było w normie, a wyłupiaste gały to taka uroda, której na szczęście po niej nie odziedziczyłam.
– Jak to: nie słyszałaś!?
– Tak to. Nie słyszałam i tyle.
– Boże... Przecież wszyscy o tym mówią!
– Widocznie nie wszyscy, skoro ja nie mówię!
Na moje słowa prawie wypluła gałki oczne za podłogę, a ja wiedziałam, że czekało mnie kazanie o świadomym obywatelstwie i o tym, że nie mam pojęcia, co się wokół mnie dzieje.
– Powinno się zabierać prawa wyborcze takim niezorientowanym ludziom jak ty! Ignorancja, po prostu ignorancja... Jak ty będziesz głosować? Będziesz grać w totolotka przy urnie wyborczej?
Bla, bla, bla.
Usiadłam na kanapie i otworzyłam TV pakę.
Posłuchałam fragmentu relacji spod sejmu i już po chwili wiedziałam, o co chodzi. Wyrobiłam sobie zdanie, zjadłam pół paczki chipsów i w przeciwieństwie do matki nie zmarnowałam całego wieczoru na słuchaniu tych samych informacji ubranych w wyniosłe słowa przez ważniaków z różnych partii.
– Już słyszałam, już wiem, jestem świadomym obywatelem! Możemy przełączyć na „M jak miłość?” – zasugerowałam nieśmiało, młócąc w ustach chrupiące ziemniaki w plastrach.
– Chyba żartujesz! Na pewno powiedzą coś jeszcze na ten temat... Po dziewiątej będą komentarze, goście w studiu... Zobaczysz! Będą o tym trąbić przez cały tydzień!
– Skoro będą o tym trąbić cały tydzień, to oznacza, że będziesz miała milion okazji, żeby to usłyszeć. A poza tym... Wiesz już wszystko!
– Ciiiicho! Za dużo gadasz!
Skoro twierdziła, że za dużo, to postanowiłam zamilknąć na resztę wieczoru. Nie powiedziałam, że włosy jej zżółkły i przerzedziły się o połowę. Nie powiedziałam o tym, że jej nowe czerwone botki wcale nie są podobne do tych, które miała Olejnik. Nie powiedziałam też, ile węglowodanów zjadłam tego dnia u babci.
W przerwie na reklamy mama wypiła ciurkiem ćwierć litra mineralnej, przetarła czoło i spojrzała na swoje dziecko, które rozpłaszczone na twardej kanapie, z pustą paczką na kolanach, wydawało się pewnie jeszcze większe i tłustsze, niż było w rzeczywistości.
Musiałam coś powiedzieć, żeby odwrócić jej uwagę od tego, jak bardzo byłam gruba. Musiałam natychmiast coś powiedzieć! Coś bezpiecznego.
– Byłam dzisiaj u babci! – oświadczyłam, łudząc się, że matkę ten fakt jakoś zainteresuje.
– I co? Nawpierdalałaś się ciastek?
Przełknęłam ślinę.
– Martwię się o nią. Ostatnio jakoś ciężko się z nią rozmawia. Wszystko trzeba jej sto razy powtarzać. Szybko zapomina, co się do niej mówi, i jest jakaś taka... – mówiłam, zupełnie ignorując jej zaskakująco trafne sugestie o ciastkach i ich „wpierdalaniu”. – Może powinnyśmy zabrać ją do lekarza? Niech ją zobaczy, może przepisze coś nowego na pamięć, na humor...
– Babcia jest zdrowa jak tur! – powiedziała, przeginając się na boki niczym guma. – Jest szczupła, więc będzie długo żyła! Ciebie też przeżyje, jak dalej będziesz się rozrastać w takim tempie!
– Ona ma ponad siedemdziesiąt lat i nie może być zdrowa jak tur! – zaprotestowałam, ale matka, która przybrała jakąś nienaturalną pozycję, bardzo zaburzającą moje wyobrażenie o możliwościach ludzkiego ciała, nie zamierzała kontynuować tematu zdrowia babci, bo właśnie skończyły się reklamy i do studia weszli fascynujący goście, gotowi zabrać głos na temat gorących spraw bieżącego dnia, o których każdy świadomy obywatel powinien był usłyszeć przynajmniej raz.