Strona główna / Literatura polska / Owoc żywota twego

Aktualności

06.08.2020

Najlepsza książka miesiąca Lipiec 2020!

Z radością informujemy, że książka "Chciałbym nigdy cię nie poznać" została uznana przez czytelników serwisu hultajliteracki.pl za najlepszą książkę miesiąca Lipiec 2020 a Wiktor Krajewski za Autora Miesiąca oraz Wydawnictwo Prószyński za Wydawcę miesiąca.

Wywiady

20.07.2020

Astrologiczne bliźniaczki – od pełni zrozumienia do nienawiści...

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Agatą Kołakowską, autorką książki "Uśpione pragnienia".

Posłuchaj i zobacz

20.07.2020

Rozmowa z Wiktorem Krajewskim

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Wiktorem Krajewskim autorem książki "Chciałbym nigdy cię nie poznać"
Niezwykle intymna książka o relacji z babcią. Wiktor Krajewski pokazuje emocje i porusza!

Bestsellery

TOP 20

  1. Perska kobiecość Laila Shukri
  2. Postscriptum Anna Karpińska
  3. Tajemnice hoteli Dubaju Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Owoc żywota twego

Ewa Ostrowska

Dzisiaj, z samego rana, po kilkunastu dniach niemiłosiernie piekącego słońca, przeszła pierwsza w tym roku wiosenna burza. Obfita, szczodra; kołowała nad Kamionkowym Lasem, odchodziła nad Zakole, znowu wracała, plącząc na niebie tęczę po tęczy. I była to burza dobra, burza mądra, rozumiejąca i łaknienie ziemi, i łaknienie ludzi, gdyż grzmoty przewalała daleko, a po polach wschodzących źdźbłami zbóż nie waliła strugami deszczu, lecz nasycała z wolna, łaskawie.
Jeszcze po południu padało życiodajnie.
Nosiorkowa, nawet nie osłaniając głowy płachtą, przebiegała drogę, bosymi stopami wskakując w co większe kałuże. Widział ją ze swego okna: stara kobieta z przylepionym do czoła mokrym kosmykiem włosów, nagle odmieniona w hożą jaskółkę. Na moment zasłoniły ją niebieskawe od deszczu bzy przy furtce, a potem wyłoniła się, też niebieskawa, cała w perlistym deszczu, i zobaczył wyraźnie jej usta rozciągnięte w bezzębnym uśmiechu; i chociaż te usta były zapadłe, skóra zaś na twarzy przydymiona żółcią śmiertelnej choroby, to ona, ta Nosiorkowa, tańcząca teraz po kałużach ścieżki, stała się młoda i piękna. Co za radość: deszcz! Ileż zwróconych nadziei, a to przecież tylko deszcz, niechaj będzie błogosławiony! Nosiorkowa przy ganku już wsuwała mokre stopy w kamasze. La, la, la! - śpiewała. Nigdy dotąd, przez te wszystkie lata, nie słyszał jej śpiewającej. Głos miała słaby; la, la przerywane chrapliwym oddechem; a jednak zmęczył ją ten taniec w deszczu przez kałuże. Może - jak tu powiadają - Bóg pozwoli Nosiorkowej przeżyć jeszcze tydzień; może i drugi; może nawet w swojej łaskawości pozwoli doczekać lata; bo tak naprawdę, to ona umiera, ta Nosiorkowa, i wszyscy w Zasławiu uważają, że umiera bez godności. Zamiast położyć się na wersalce w tym najlepszym pokoju, dla gości, swego nowego domu, przykryć pierzyną i ani do krów, ani do świń, nic, nigdzie, tylko sobie leżeć wygodnie, modlić się i w dostojeństwie, z różańcem na palcach i Bożym imieniem na ustach doczekać tej swojej chwili ostatniej, to ona jak wściekła gania po chlewie, po oborze, kury maca, świnie karmi, krowy zdaja. Grzech to śmiertelny i tyle. A te jej dzieci poczciwe i ze wszech miar dobre, z całym szacunkiem całują ją po rękach i tylko od czasu do czasu któreś zapytać się ośmieli, co komu matka przekaże wraz z błogosławieństwem. Komu pralkę? Komu lodówkę? Dywan? Szafę dwudrzwiową? A najważniejsze: komu zapisze ten dom nowy, dopiero co w zeszłym roku na jesieni otynkowany, dom prawie jak Małomównej, a może nawet i ładniejszy? Cztery pokoje na dole, cztery pokoj na piętrze, obrzucony białym barankiem, pokryty siwym eternitem. Jezus Maria, co za dom! I jeszcze te osiem morgów, i tę stodołę! i oborę! Pięć krów dojnych! Osiem macior! Toż to, Jezus Maria, majątek! Więc komu? Któremu? A ma ich przecież jeszcze aż siedmioro żyjących: trzy dziewuchy na wydaniu i czterech chłopaków po wojsku, i chyba to sam Pan Bóg Nosiorkową oszczędza, że się te jej dzieci za drągi nie biorą, tylko spokojnie czekają, żeby wreszcie zmarła, a czekając, cmok cmok w matczyną rękę, niech no powie matka, jak dzielić zamierza. Nosiorkowa wtedy oczy przymyka, uśmiecha się bezzębnie i powiada, że jeszcze nie czas. Jak to nie czas? Zgłupiała całkiem od tej choroby czy śmierć chce oszukać? Przecież tuż przed Bożym Narodzeniem brzucho jej w szpitalu otworzyli i zaraz zaszyli na powrót, taki tam się rak rozpełzł i taki to rak Nosiorkową zżera, i nie od wczoraj, lecz od dawna, a ona zamiast się ukorzyć w ostatniej godzinie, wstaje jak gdyby nic ze świtem do obrządku. Patrzcie na nią! Zawiązała płachtę na piersiach, nasypała ziarnek i tam, koło dzikiej gruszy, gdzie najtłustsza ziemia, idzie, pszenicę ręką sieje! A któż to dziś ręką sieje? Tak siało się przed wiekami i nawet te łagodne dzieciaki na matkę się wnerwiły. Stasiek nie wytrzymał, podleciał i gada: I co się matka wygłupia? Ziemię i ziarnka marnując? A ona mu na to tak: Żałujesz? Tych paru skib ziemi? Kilku garsteczek zboża, dzieciaku mój? Mnie? Matce swojej? Do lata ja, Stasiu, nie doczekam, lecz moja pszenica mnie przeżyje, wyrośnie wysoka, sypnie hojnie ziarnem, a wy, moje dzieci, zbierzecie je z szacunkiem, ani jednego kłosa nie gubiąc, bo ja w każdym będę. A na Wigilię Ranka niechaj ziarno zmiele i chleb biały wypiecze. I będziecie się tym chlebem łamać, i ja w nim będę z wami, rozumiesz mnie, dzieciaku mój? Lecz jak tu taką wyrozumiej? Co ona wygaduje, ta Nosiorkowa, całkiem się jej po tym szpitalu odmieniło i nawet gada jakoś inaczej, nie tak jak wszyscy, i nikt nigdy w Zasławiu nie słyszał, żeby ktoś tak gadał. Ze szpitala wróciła uśmiechnięta, jakby jej tam nie kroili, tylko sam miód dawali; i tak uśmiechając się, do swoich dzieciaków siedmiorga powiedziała: Niedługo umierać będę, ale proszę bez kadzideł, gromnic i płaczów. Na każdego przychodzi jego czas, a ja ten swój ostatni chcę przeżyć pogodnie, radując się każdą chwilką, każdym oddechem i każdą trawką zieloną. Całe moje życie dotą jedna noc ponura, ale przecież zawsze po nocy musi nastać poranek, toteż nie płaczcie nade mną, dzieci moje, gdyż ja teraz dopiero jestem naprawdę szczęśliwa. Więc biedne dzieciaki Nosiorkowej głupiały doszczętnie od takiego gadania, i Jadźka, najmłodsza, ku matce rzuciła się obejmować, lecz Nosiorkowa odsunęła ją i powiedziała: Cichaj, dziecko, nie trzeba. Płacze się nad biednym, nad pokracznym, a ja już ani biedna, ani pokraczna, chociaż w szpitalu ostatni mój ząb wypadł. Zdążyłam wam postawić dom, dach nad oborą poprawić, chlew otynkować i zamiast skonać wśród obcych na obcym łóżku, do siebie wrócić. Czy to nie jest szczęście? Łaska wprost od Pana dana? To czego mi tu szlochać koło ucha? Cieszcie się razem ze mną. Śmiejcie się razem ze mną. Jeszcze jestem.
Tak im prawiła ta Nosiorkowa, i powiedziała również, że chce umierać po swojemu, lecz nikt w Zasławiu o takim umierania nie słyszał, to i Krysiakowa powiedziała do Jadźki: Ty, Jadźka, a jeśli ona was na tę śmierć jedynie nabiera? Dobrze radzę, jedź do szpitala, wywiedz się dokładnie, co i jak z tym umieraniem. Ale Teodorka powiedziała do Krysiakowej: A po jaką cholerę Jadźka ma jeździć i rozpytywać, skoro wystarczy na Nosiorkową spojrzeć i od razu widać, że dni ma policzone. No pewno, powiedziała zaraz Grzybowa, jeśli z tydzień wydoli, to będzie cud boski, bo wyschła na wiór, skóra pożółciła się gromnicznie. Ale Krysiakowa swoje: Przecież rak boli, nie? Jak stary Lewicki umierał na raka, to skowyczał i prosił, coby go dorżnąć, a Nosiorkowa ani zajęczy, ani nic. Teodorka rozeźliła się i powiedziała, że Krysiakowa to już taka głupia, że nie daj Boże, bo zapomniała o tych wszystkich latach, w których Nosiorkową raz po raz spierało i raz po raz charczała a charczała. I to była święta prawda, bardzo Nosiorkowa charczała od czasu, kiedy umarł jej Nosiorek. Jeszcze się godna stypa nie skończyła, na którą poszedł cały świniak i dwie skrzynki wódki, a już Nosiorkową sparło do charczenia. Wróciła do stołu i powiedziała: Pewno mi bigos zaszkodził. A później ją spierało co i rusz, a ona za każdym razem powtarzała, że głupstwo, przejdzie; i szalała w obejściu i polu, zmieniając wszystko po swoim świętej pamięci Nosiorku. Tam gdzie on żytko siał, ona posiała trawy, tam gdzie krowę pasał, posadziła kartofle, a trawa i kartofle udały się wprost nadzwyczajnie. I od tego się zaczął majątek Nosiorkowej. Matko ty nasza Boża, a kto by się spodziewał po niej, zahukanej, pokornej, bijanej trzy razy na dzień takiego rozumu? A jaka z niej baba wytrzymała a zacięta: zamiast do doktora, to ona do obory albo w pole. I nie wiadomo już, czy tak charczy od roboty ponad siły, czy od tego w środku spierania? Dom, powiada, postawię taki, jak Małomównej; na książeczkę tysiąców odłożę, wszystkie żywe dzieci wywianuję, a tamtym nieszczęśnikom zmarły postawię lśniące lastrikiem pomniki. Pada w bruździe, usta ręcami ściska, coby nie wyły, i dalej posuwa z haka. Bój się Boga, Nosiorkowo, a pofolguj sobie, po co ci ta machorka w polu, tyle buraków? Po co ci taki dom wielgachny jak Małomównej? Chcę, odpowiada, muszę, muszę! Za drzewo odchodzi, głową po pniu tłucze, wyje jak zwierzę zarzynane; ach, Matko Ty Boża, miłosierna, słuchać tego wycia nie idzie. Ty, Nosiorkowo, pluń na świnie, do lekarza jedź. A ona: Chcę domu jak Małomównej. Opętała ją ta nasza nieboszczka Małomówna Katarzyna ani chybi. Ty, Nosiorkowo, wspomnij: Małomówna, Panie świeć nad jej duszą, worek kartofli jedną ręką zarzucała na plecy, a ty ledwo pół wleczesz za sobą po ziemi. Samym rozumem ziemi nie ugryziesz, do niej trzeba siły. Ty, Nosiorkowo, zapomniałaś, jaki to los spotkał na koniec Małomówną, Panie świeć nad jej duszą. Tylko spójrz na to puste miejsce po jej domu, które osiem lat temu sczerniało od popiołów, a teraz obrosło dobrotliwymi chwastami. Chcę jak Małomówna! Uparta baba, i jak Małomówna kiedyś przy latarce zawieszonej na szyi haka te swoje buraki, machorkę; targa świniom kotły z kartoflami. Dom postawiła. Ma na książeczce tysiąców a tysiąców. I co jej po tym? Na dwa tygodnie przed Wigilią sparło ją tak, że nie zdążyła wypaść z kuchni. Upadła w progu. I z tego nowego progu w nowym domu zabrało ją pogotowie, żeby przed Trzema Królami odwieźć na powrót, a Nosiorkowa, której rak rozum odebrał, od razu do obory krowy głaskać, do chlewa świnie drapać za uszami i nawet do kurnika gęsi pieścić po czubach, żeby później w pole poczłapać. Stała tam w polu długo, później uklękła, a później krzyżem w śnieg upadła. To Krysiakowa powiedziała do Jadźki: Leć, matkę podnieś, do kościoła zawieź, w kościele, gdzie Bóg, niechaj krzyżem upada, a czego tutaj z siebie wobec ludzi widowisko robi. Ale Jadźka powiedziała, że nie, nie pójdzie matki podnieść, ponieważ matka zakazała do siebie się zbliżać, bo powiedziała, że pragnie w samotności ze swoją ziemią porozmawiać. Tak ci powiedziała? Przeżegnała sę Krysiakowa. O Matko Boża miłosierna, widać, że ten rak jej już aż do głowy doszedł, rozum zżera! Więc Teodorka powiedziała: Zamawiajcie czym prędzej trumnę u Tasławskiego, bo teraz, na przednówku, Tasławski ma czas i zbije wam ładną, liście porzeźbi, a potem, gdy wiosna przyjdzie, byle jaką ukleci; ale Jadźka powiedziała, że matka nie chce zawczasu ani trumny, ani żadnego przyodziewku; co świadczyło o tym, że rak z pół rozumu już Nosiorkowej pożarł i należy się stąd spodziewać rzeczy gorszących a grzesznych. I słowo ciałem się stało! Na trzeci dzień po szpitalu Nosiorkowa za kubeł i za szczotę, i jak dawniej idzie sprzątać szkołę; cztery klasy, kancelarię i sracz; taka na te nędzne grosze, jakie gmina płaci za sprzątanie, pazerna! Marne bo marne, ale jak Nosiorkową zabrała karetka, do tych marnych groszy było kilku chętnych i aż musiał godzić młodą Grzybową z Heńką Krysiakowej, ponieważ zaczęły się na korytarzu przed kancelarią obrzucać kurwami i innymi cholerami; a wiadomo, gdzie dwóch się kłóci, tam trzeci korzysta, i na sprzątanie załapała się Zośka Teodorki, więc Teodorka omal nie opluła Nosiorkowej za to, że wróciła do szkoły pracować. Zamiast mojej Zośce pozwolić zarobić na rajstopy, a sobie po ludzku trumnę szykować, wrzeszczała Teodorka, to ty gorzej niż świnia nienażarta! Toteż słuchając teraz zadyszanego la, la Nosiarkowej, myślał o tych wszystkich ludzkich gadaniach. Bo ludzie jak ludzie, plotą zawsze, a tym bardziej wtedy, gdy się im ktoś wymyka spod kontroli.
Nosiorkowa wymknęła się im całkowicie.
Zszedł na dół. Nosiorkowa uniosła głowę znad wiadra. Uśmiechnęła się. Co za radość, la, la, Prezesie, że deszcz. Wczoraj chodziłam oglądać swoją ostatnią w życiu pszenicę koło dzikiej gruszy i ona, tak jak ja, umierała. I nawet gdybym ją chciała podlać wszystkimi łzami z całego życia, też nie zwróciłabym jej zieloności. Lecz po tym deszczu, la, la! niechaj będzie błogosławiony! moja pszenica urośnie wysoka, zakołysze się ciężkimi kłosami, la, la! i ja tam w nich będę.
Patrzyła rozjaśnionymi radością oczami. Były takie jasne i takie czyste jak niebo, kiedy rozejdą się chmury i wyjrzy słońce.
Wyżęła ścierkę, wykonała posuwisty ruch szczotką po podłodze.
I ty, Prezesie, śpiewaj razem ze mną. Popatrz, jak to jest: po raz pierwszy w życiu śpiewam la, la! i taka jestem szczęśliwa, że jednak zdążyłam zaśpiewać swoje la, la!
To i on zaśpiewał: la, la, la! - a Nosiorkowa roześmiała się, pacnęła mokrą ścierką raz i drugi, sprawnie zgarniając rozmazany brud z podłogi. Przyglądał się jej szybkim, mimo urywanego oddechu, ruchom, jasnym oczom i myślał o tej radości życia, na którą nigdy nie jest za późno.
La, la, la - śpiewała Nosiorkowa.
Na szczycie schodów pojawiła się Anusia ze swoim zwykłym, bezradnym uśmiechem niemowy.
Będziecie mieć dziś dobry udój! - zawołała za nimi Nosiorkowa. - Szczęść wam Boże!
Deszcz ciągle padał. Krowy ściągały z pastwiska połyskliwe, obmyte ze skwaru, nareszcie syte. Włączył dojarkę. Tak, Nosiorkowa miała rację, ten wieczorny udój był naprawdę udany. Anusia przecedzała mleko. Krowy żuły leniwie.
Szczęśliwie kończył się majowy dzień w deszczu.
Wrócili do domu. Wszędzie pachniało rozkwitającym bzem. To Nosiorkowa powstawiała do klas zielone bukiety z drżącymi kroplami dżdżu na liściach. I w swojej kuchni znaleźli bukiet. Stał pośrodku stołu, trzy gałązki unoszące liliowe krzyżyki, w których Anusia zaraz jęła szukać pięciopłatkowego szczęścia. Krojąc chleb do kolacji, rozmyślał o tej pszenicy koło dzikiej gruszy, która stanie się chlebem. Anusia rozlała pieniące się, jeszcze ciepłe mleko w kubki.
Chleb i mleko, czego więcej człowiekowi trzeba? Co za spokój: chleb i mleko. Jaka cisza: chleb i mleko. Więc zaśpiewał cichutko la, la! Anusia zaś odpowiedziała mu swoim bezradnym uśmiechem niemowy. Tak bardzo podobna do matki, jak matka drobna, chuda, z płaską piersią, szarymi włosami. Już czas, żeby do niej pójść. Wstał. Anusia posmarowała chleb masłem, ułożyła na talerzyku; pszli. Jak co dzień, jak każdego zmierzchu od ośmiu lat poszli do tej, która od ośmiu lat nie chciała żyć, umrzeć zaś nie potrafiła; palce Anusi delikatnie splatały szare włosy matki w nocny warkoczyk; obmywały twarz, szyję, płaskie piersi; a on, jak każdego zmierzchu od ośmiu lat brał swoją żonę w ramiona, układał w łóżku, okrywał kołdrą i życzył dobrego snu w płonnej nadziei, że usłyszy odpowiedź. Zamilkła osiem lat temu i milczała dotąd. To może dziś przemówi? Kiedy ten deszcz błogosławiony wciąż i wciąż? Ale oczy jego żony patrzyły nie widząc nikogo; puste, ciemne, zamarłe. Trzeba stąd odejść. Ręka Anusi dotknęła jego ręki: tak, trzeba stąd odejść; dziś jednak nie, lecz może jutro? Wyszli, zamykając cicho drzwi. Później siedzieli długo w milczeniu, jedno obok drugiego; tak siadywali razem każdego wieczoru. Potem dotknęli się ustami na pożegnanie dnia i Anusia odeszła w swoją kolejną noc z bezradnym uśmiechem niemowy, a on został ze swoją i nie mógł zasnąć. Koło północy deszcz ustał, niebo rozgwieździło się i nagle go zobaczył. Od razu pomyślał, że to syn Katarzyny: stał dokładnie w tym miejscu, gdzie kiedyś był dom; ręce trzymał opuszczone wzdłuż ciała, głowę pochylał nisko.
Więc jednak wrócił.
Poszedł do niego. Syn Katarzyny w świetle gwiazd miał bladą twarz i głębokie cienie przy ustach. W jego oczach, pięknych jak dawniej, trwało zdumienie. Wyglądał niczym wędrowiec, który nagle zabłądził na dobrze znajomym szlaku.
Umarła w trzy miesiące po twoim odejściu, powiedział mu bez wstępów.
Syn Katarzyny przygarbił się. Jego piękne oczy zmatowiały.
Twój ojciec umarł razem z nią, powiedział mu.
Syn Katarzyny pochylił się gwałtownie ku ziemi, jakby przywalony ogromnym, niespodziewanym ciężarem, i milczał bardzo długo, zanim zapytał: A dom? Co z domem?
Spopieliło się wszystko, powiedział mu ostro i dodał: Wróciłeś po należny ci spadek?
Syn Katarzyny pochylił się jeszcze niżej, a kiedy wreszcie uniósł głowę, w jego pięknych oczach była rozpacz. Więc jednak spóźniłem się, powiedział cicho syn Katarzyny. Z czym się spóźniłeś? - zapytał go, syn Katarzyny zaś odparł: Z prośbą o wybaczenie. I zapłakał.
Podszedł do niego blisko, objął mocno.
Kim pan jest, żeby mnie pocieszać? - zapytał syn Katarzyny, lecz nie odepchnął ani się nie uchylił, toteż mógł odpowiedzieć po prostu: Tak jak i ty. Tylko człowiekiem.