Strona główna / Literatura faktu, historia / Z cienia Mao. Walka o duszę nowych Chin

Aktualności

30.05.2022

PIKNIK NA SKRAJU DROGI I INNE UTWORY z Nagrodą Nowej Fantastyki

Z przyjemnością ogłaszamy, że książka "Piknik na skraju drogi i inne utwory" Arkadija i Borisa Strugackich otrzymała Nagrodę „Nowej Fantastyki” w kategorii Wznowienie Roku.

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Ziobranoc, Europo Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Kłamstwa arabskich szejków Marcin Margielewski
  3. Osiedle Sielanka. Bomba Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Z cienia Mao. Walka o duszę nowych Chin

Philip P. Pan

Rozdział 7. BOSS PARTYJNY

Rankiem 3 kwietnia 1994 roku mieszkańców wioski Wangying obudził dźwięk syren policyjnych i dobywający się z megafonu trzeszczący głos, który nakazywał im nieopuszczanie miejscowości. Mieszkańcy wioski po części spodziewali się takiego obrotu spraw, ponieważ od kilku miesięcy wielu z nich zaangażowanych było w bunt podatkowy skierowany przeciwko lokalnym politykom. Spodziewali się konsekwencji. Nie byli jednak przygotowani na widok ośmiu wozów policyjnych z karabinami maszynowymi na dachu, wjeżdżających do ich zakurzonej wioski w prowincji Anhui, czy oddziału ponad stu policjantów w pełnym rynsztunku przewożonych na ciężarówkach. Jeszcze zanim policja zaczęła okładać ludzi, większość chłopów złapała swoje dzieci i zaczęła uciekać w popłochu przez pola cebuli w kierunku pobliskiej granicy prowincji. Ci, którzy pozostali w wiosce, sądzili, że nie mają się czego obawiać, bo byli starzy lub zniedołężniali lub nie brali udziału w protestach swoich sąsiadów przeciwko nielegalnemu opodatkowaniu. Ale mylili się. Gdy policja opuściła Wangying, jeden staruszek konał na ziemi, a kilkunastu innych mieszkańców krwawiło lub było posiniaczonych. Kilkanaścioro ludzi, z których nikt nie brał udziału w protestach podatkowych, zabrano na komisariat policji, gdzie byli bici i torturowani. Jednemu mężczyźnie policja wylała na głowę dzbanek wrzącej herbaty, a innych zmusiła do biegania w kółko po dziedzińcu z kostkami spiętymi kajdankami.
Mieszkańcy wioski Wangying nie mieli wątpliwości, kto stał za tym atakiem i co chciał w ten sposób zakomunikować. Rozzłościli najpotężniejszego człowieka w powiecie Linquan, sekretarza partii Zhanga Xide. Miesiąc wcześniej stu chłopów pojechało do siedziby władz hrabstwa traktorami i ciężarówkami i spotkali się z Zhangiem przed jego biurem, żądając zwrotu nielegalnie nałożonych podatków, które ściągnęli jego podwładni. Chłopi już raz podważyli jego autorytet pod koniec 1993 roku, nie przychodząc bezpośrednio do niego, lecz prosząc o pomoc w Pekinie. Gdy policja wtargnęła do wioski, policjanci poszukiwali mężczyzn, którzy poprowadzili tę akcję. Wszyscy uciekli, policja splądrowała i zrujnowała ich domy, zabierając po drodze wszystko, co przedstawiało sobą jakąkolwiek wartość i niszcząc resztę. Gdy jeden z mężczyzn wrócił, okazało się, że wsypali nawet trutkę na szczury do jego silosu ze zbożem i wymieszali to wszystko łopatami. Zebrane plony były do wyrzucenia.
Później partia przeprowadziła dochodzenie w sprawie wydarzeń w wiosce Wangying i potwierdziła, że to Zheng wydał policji rozkaz ataku. Ale kolejne oficjalne raporty stwierdzały, że postąpił właściwie. Partia nazwała ten epizod „incydent z 2 kwietnia”, ponieważ zgodnie z oficjalną wersją wydarzeń, policja weszła do Wangyingu, żeby uratować policjanta, który był tam przetrzymywany i zgubił poprzedniej nocy swoją broń. „Reakcja na incydent z 2 kwietnia była zorganizowana we właściwym czasie i dobrze skoordynowana” – twierdziły władze w liście otwartym do mieszkańców. „Żadna krytyka nie powinna mieć miejsca. Interwencję powinno się traktować jako działanie pozytywne. Komitet powiatowy bardzo dokładnie przeanalizował sytuację i postąpił zgodnie z prawem. W tej kwestii… władze na szczeblu prowincji i lokalnym dało pełne poparcie”.
Przez wiele lat mieszkańcy wioski Wangying milczeli na temat tego werdyktu i niewielu ludzi, spoza tej oddalonej od pozostałych wiosek ubogiej miejscowości, słyszało o incydencie z 2 kwietnia. Chłopi tłumili swą wściekłość i oburzenie, policji uszło to na sucho, a szef partii dostał awans. Ale w 2003 roku historia o tym, co się stało w wiosce Wangying, została opublikowana w magazynie literackim, a potem w książce. W całym kraju ludzie kiwali głowami ze smutkiem i frustracją, czytając o wiosce Wangying i sekretarzu Zhangu Xide. Wydawało się, że w ten sposób chłopi mieli ostatnie słowo.

ZHANG XIDE, NISKI, PRZYSADZISTY, łysiejący mężczyzna o wąskich oczkach, pracował w dowództwie partyjnym miasta Fuyang, niedaleko swojego dawnego rejonu, powiatu Linquan, gdy ta historia opublikowana została w czasopiśmie literackim. „Powinieneś to przeczytać” – powiedział mu jeden ze współpracowników. „Piszą o tobie jakieś straszne rzeczy”. W owym czasie Xide był wiceprzewodniczącym miejskiej komórki Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej Chin, rytualnego ciała rządowego, które nie robiło nic poza organizowaniem bankietów i zwoływaniem zebrań. Praca ta dawała Zhangowi dostęp do biblioteki, z której kazał swoim podwładnym przynieść egzemplarz czasopisma. Ale wtedy jeszcze nie przejmował się zanadto. Czasopismo wydawało państwowe wydawnictwo, a cenzorzy byli całkiem dobrzy w ukrywaniu przed opinią publiczną nieprawości partii. Nie mogło więc chyba być aż tak źle.
Zhang przez prawie całe swoje dorosłe życie służył partii na terenach wiejskich wokół Fuyang, gdzie się urodził i wychował. W wieku pięćdziesięciu ośmiu lat z niecierpliwością czekał na partyjną emeryturę, należącą mu się po wygodnej, choć dość zwyczajnej, karierze w aparacie państwowym. Miejsca, w których pracował, nadal były biedne, ale wierzył, że pomógł promować wzrost gospodarczy i poprawił życie chłopów w okolicy. Jego rodzice byli analfabetami uprawiającymi pszenicę i fasolę, jednak jemu udało się do czegoś dojść i teraz miał syna sędziego i córkę, która pracowała w biurze podatkowym. Pod wieloma względami był typowym urzędnikiem partyjnym, jednym z miliona lojalnych i anonimowych szeregowych pracowników, który wierzył w państwo jednopartyjne, korzystał z niego i pomagał je utrzymać.
Trudno więc się dziwić, iż Zhang wpadł w złość, gdy zobaczył, jak przedstawiono go w zamieszczonym w czasopiśmie artykule. Artykuł zatytułowany był Powolna droga petycji i miał zostać opublikowany jako rozdział książki pod tytułem Studium chińskiego chłopstwa. Już na początku autorzy pisali, że Zhang „ponosił bezsprzeczną odpowiedzialność i odegrał głęboko haniebną rolę” w incydencie z 2 kwietnia. Potem było już tylko gorzej:
„Jeśli zaś chodzi o Zhao Xide, w powiecie Linquan wszyscy znali go z telewizji: był „po pięciokroć krótki”, miał dwie krótkie ręce, dwie krótkie nogi i krótką szyję – i lubił machać rękoma, gdy przemawiał. Raporty i przemówienia, które wygłaszał, z całą pewnością napisane były przez jego asystentów. Był całkiem dobrym mówcą, ale gdy tylko odchodził od przygotowanego tekstu, zaczynał mówić jak nieokrzesany prostak. Na jednym spotkaniu, gdy podkreślał, że robotnicy planujący powiększenie rodziny muszą pamiętać o tym, żeby liczba dzieci nie przekroczyła ustalonych norm, Zhang Xide pomachał pięścią i wybełkotał: »Wolałbym zobaczyć siedem nagrobków niż jedno nadmiarowe dziecko!«. Gdy to powiedział, wszyscy się skrzywili. Te mordercze słowa stały się znane, przeszywając dreszczem tych, którzy je usłyszeli…
Fakt, iż cała wioska Wangying pojechała złożyć petycję do Pekinu, nie pozostał bez echa w powiecie Linquan. Sekretarz partii, Zhang Xide, spanikował. Jego pierwszą myślą nie było wcale to, jak może złagodzić oburzenie chłopów spowodowane ciężarem ponad siły. Przeciwnie, wciąż był święcie przekonany, że naciski, a nawet represje będą najskuteczniejszymi metodami, by stłumić protesty”.
Artykuł opowiadał o kampanii chłopów, którzy próbowali uzyskać zadośćuczynienie za zawyżone podatki między 1993 a 1996 rokiem – i o jego wysiłkach, by ją zatrzymać. Z każdą stroną Zhang coraz bardziej się wściekał. Nie żałował niczego w swojej karierze na stanowisku szefa partii w powiecie Linquan. Czuł, że się sprawdził i uważał się za jednego z najlepszych przywódców, jaki ten kraj kiedykolwiek posiadał. Tymczasem przedstawiano go jako wulgarnego tyrana, wystawiając na pośmiewisko i potępienie narodu. Doprowadzało go to do wściekłości. Rozpoznał nazwiska autorów. Już wcześniej miał sprzeczkę z jednym z nich i był pewien, że autor chce się zemścić. Ale w jego złości był jeszcze jeden element. Dziennikarze posunęli się za daleko – pomyślał. Ten artykuł nie był tylko atakiem na niego. To był atak na partię komunistyczną, na system polityczny, któremu poświęcił całe swoje życie i który według niego uczynił z Chin wielki naród. Sposób, w jaki przedstawiali partię jako niezdolną do zaspokojenia potrzeb ludu, w jaki oskarżali lokalnych urzędników o wykorzystywanie chłopów i ukrywanie swoich przestępstw, w jaki przedstawiali policję jako zbirów, którzy torturowali ludzi – dla Zhanga była to próba zdyskredytowania rządów jednopartyjnych i ukłon wobec tych, którzy uważali, że Chinom potrzeba demokracji.
„Ta książka podburza masy, publikując to wszystko” – powiedział mi Zhang gdy została wydana. „Wyraźnie widać w niej nastawienie przeciwko partii… schlebia tego rodzaju myśleniu i dlatego stała się tak popularna. To wszystko jest ewidentne”.
„Nie rozumiem tego” – kontynuował. „Z racjonalnego punktu widzenia, w czasie reformy i otwarcia dokonały się wielkie zmiany. Gospodarka planowa otworzyła się i nastąpił wielki postęp w kwestii wolności słowa, demokracji i rządów prawa. Nie rozumiem, po co ludzie sięgają po tę książkę… Wyraźnie odrzuca przywództwo partii komunistycznej”.
Po przeczytaniu artykułu Zhang poleciał do Pekinu i poszedł do redakcji czasopisma. Próbował przekonać redaktorów, żeby wycofali artykuł. Gdy się sprzeciwiali, spotkał się z redaktorem naczelnym wydawnictwa i namawiał go, by nie publikował książki, lub przynajmniej, by ją przerobił i usunął z niej jego nazwisko. Zachęcał redaktora, by wysłał ludzi do powiatu Linquan i przekonał się na własne oczy, czy książka jest zgodna z prawdą. Zaproponował, że udostępni archiwum powiatu i udzieli mu wszelkich informacji. Ale kilka dni później redaktor zadzwonił do niego i powiedział, że skonsultował to z autorami książki. Bronili jej i pokazali dowody na poparcie ich wersji historii z wioski Wangying. Tak więc wydawnictwo też stanie po ich stronie.
„Słuchałem i czułem, jak rośnie mój gniew” – powiedział Zhang. „Powiedziałem do niego: Do zobaczenia w sądzie. I odłożyłem słuchawkę”. (…)