Strona główna / Literatura światowa / Gra o wszystko

Aktualności

16.10.2018

Spotkanie z Ewą Karwan-Jastrzębską i Józefem Wilkoniem w Warszawie

We wtorek 13 listopada o godz.18.00 zapraszamy do Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy (ul. Koszykowa 26/28) na spotkanie z Ewą Karwan-Jastrzębską i Józefem Wilkoniem, autorami książki "Krowa kolorowa".

Wywiady

16.10.2018

"Chciałabym, aby moje bohaterki były przede wszystkim prawdziwe!"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk autorką serii "Cukiernia Pod Amorem"

Posłuchaj i zobacz

15.10.2018

Pisarka, malarka, rzeźbiarka. Siła kreacji w twórczości Małgorzaty Wardy

Zapraszamy do obejrzenia wywiadu z Małgorzatą Wardą, autorką książki "Dziewczyna z gór"

Bestsellery

TOP 20

  1. Na marginesie życia Stanisław Grzesiuk
  2. Pamiętnik znaleziony w Katyniu Maria Nurowska
  3. Wszystko nie tak! Izabella Frączyk

Fotogaleria

więcej »

Gra o wszystko

Julian Lees

CZĘŚĆ PIERWSZA

Wiosna 1928

[…]

Krople monsunowego deszczu uderzały w szybę. Stojąca przy oknie młoda kobieta bladła i wzdrygała się z obrzydzenia, gdy za szybą majaczył szary kształt, próbując wspiąć się szybko rurą ściekową. Wygładziła ciemne włosy i założyła je za uszy, dotykając przy tym gładkiej skóry na policzku. Szyba była wystarczająco ciemna, by pokazać lustrzane odbicie trzydziestolatki o szczupłej pięknej twarzy, z lekko zmarszczonymi brwiami. Oczy miała niebieskie jak skrawki bezchmurnego nieba. Potarła ramiona, a gdy pochyliła głowę, ukazała się subtelna linia szyi i fryzura na chłopczycę z grzywką z przodu i bardzo krótkimi włosami z tyłu. Wielkimi, smutnymi oczami spojrzała na kałuże wody ściekającej na podłogę i spróbowała wytrzeć je ręcznikiem. Gołymi palcami nóg wyczuła chłód wody. Podwinęła nad kolana brzeg sukienki z obniżonym stanem – wytartej i znoszonej pamiątki z czasów, gdy w pokoju ćwiczyła charlestona – i nucąc cichutko popularną amerykańską piosenkę, zdjęła z prawej ręki pierścionek. Zwykle inaczej wyglądały jej poniedziałkowe ranki, ale tej pracy nie można było odłożyć na później.
Pod ścianą stała palisandrowa umywalka z miedzianą miednicą. Kobieta podwinęła rękawy i zabrała się do roboty. W stojącym po jej lewej stronie cynkowym wiadrze pływały jakieś brudy. Wyżęła ręcznik i upchnęła go pod ramą okienną, tam gdzie tworzyły się kałuże. Wysiłek dodał koloru jej policzkom, wargi stały się pełniejsze. Gdy przecierała do sucha niewielkie szczeliny w oknie, usłyszała kroki na podeście. Instynktownie przesunęła dłonią po starej bliźnie biegnącej wzdłuż prawego ramienia i zaczęła opuszczać podwinięte rękawy.
W drzwiach pralni ukazała się nieznajoma młoda kobieta. W ręce trzymała „Diario de Lisboa” i magazyn filmowy. Włosy miała również obcięte z grzywką, nosiła luźną, opadającą swobodnie bawełnianą sukienkę, a na nogach pończochy ze sztucznego jedwabiu, ze szwem, i beżowe buty na niskim obcasie, z zakrytymi noskami. Fryzura nadawała jej chłopięcy wygląd, podkreślony dodatkowo przez spłaszczający piersi stanik. Kobiece były tylko wyskubane brwi, o łukach wyrysowanych czarną kredką. Gdy zbiegała po schodach, stare deski zaskrzypiały. Przeszła ostrożnie po śliskiej podłodze i zabrała się do sortowania wypełniających kosz poszewek na poduszki, prześcieradeł i ręczników. Na wygiętych ustach widać było nieco szminki, lecz dolna warga zgodnie z nakazami ówczesnej mody pozostała nieumalowana, co nadawało smagłej, śródziemnomorskiej cerze dziewczyny odcień jeszcze bardziej oliwkowy.
– Spleśniała! – powiedziała nieznajoma i wyjęła z kosza ciemną bawełnianą poszewkę jakby pokrytą pasmami mchu. Gdy rzuciła czasopismo na podłogę, ukazały się zdjęcia nowo zaprojektowanego sterowca Zeppelina. – Ta pogoda! Merda! Nigdy nie pojmę, jak można tu żyć! Ubrania nigdy nie wysychają, a wilgoć sączy się ze wszystkich ścian. Do tego jeszcze teraz parowce pocztowe osiadły na mieliźnie. Chcę wysłać listy do domu, aby ich zawiadomić o zmianie adresu.
Młoda kobieta przy oknie uśmiechnęła się uprzejmie, ale nie odpowiedziała. Pochyliła się i wyżęła kolejną porcję wody do wiadra. Nadal nuciła tę samą melodię. Miała lekko zaróżowione policzki, mały pieprzyk na podbródku, a pod niebieskimi oczami trochę rozsianych piegów. Półksiężycowa grzywka sięgała po bokach do policzków. Plisowany dół sukienki opadał nisko za biodra.
Dziewczyna z wyskubanymi brwiami milczała przez chwilę, po czym spytała:
– Czy mogę się przedstawić? – I szybko, biorąc głęboki oddech dodała: – Nazywam się Izabel Perera. W ostatnim tygodniu wprowadziliśmy się do mieszkania na najwyższym piętrze. Jesteśmy z Barreiro, trochę na południe od Lizbony. Dostanie się tutaj zajęło nam trzydzieści dwa dni. Po drodze, jak mówią, odwiedziliśmy siedem portów w tym Algier, Aden, Bombaj i Colombo; obrzydliwy jest ten Bombaj, rozpadający się i pełen ludzi zżeranych przez pchły. Płynęliśmy Peninsular-Oriental Line, spędziłam większość czasu na pokładzie słonecznym, pisząc listy i siorbiąc rosół z wołowiny. Kabiny przyjemne i czyste, ale jedzenie! – wykrzywiła się. – Kiełbasy, czerwona kapusta, pieczona wątróbka! O wiele za mało ryb. W Barreiro były wspaniałe ryby. W ogóle Barreiro jest wspaniałe. Byłaś tam kiedyś? To około dziesięciu kilometrów od Lizbony, nad samym morzem. Mamy tam śliczny plac przed kościołem i okazały ratusz z czerwonym dachem i takie piękne białe domy nad spokojnym portem. Zostawiliśmy tam dużą rodzinę, wielu kuzynów. Strasznie za nimi tęsknię, zwłaszcza za braćmi i siostrami i za kuzynką Anną.
Zrobiła krótką pauzę dla nabrania oddechu.
– Mój mąż pracuje w eksporcie tekstyliów. Jego firma chce kupować jedwabie z Szantungu i Czenkiangu, a ponieważ Kanton jest uważany za centrum światowego handlu jedwabiem, wylądowaliśmy w Makao. A tak przy okazji, jak się nazywasz?
Kobiecie pod oknem kilka chwil zajęło przetrawienie tej zdumiewającej ilości informacji. W końcu powiedziała:
– Nadia, nazywam się Nadia Szaszkowa.
– Jesteś tu nową służącą?
Nadia, świadoma swych bosych stóp, uśmiechnęła się.
– Nie... mój wuj jest właścicielem budynku. Prowadzimy sklep tytoniowy po drugiej stronie ulicy i wynajmujemy mieszkania w tym domu. Kiedy go kupowaliśmy, poprzedni właściciel zapomniał powiedzieć o bajorze przed wejściem. Tworzy się zawsze po silnej burzy. Poznałaś już mego wuja Jewgienija?
– Nie, mój mąż Carlos wynajmował mieszkanie. – Spojrzała podejrzliwie na Nadię. – Nie jesteście Portugues?
– Russo – przyznała Nadia.
– Ale mówisz po portugalsku...
Nadia wyżęła następną porcję wody do wiadra.
– Uczyłam się w szkole. Trochę czasu minęło, nim nauczyłam się wszystkich przekleństw.
Izabel roześmiała się, przy czym jej oliwkowe policzki poczerwieniały jak karminowy aksamit.
– Meu Deus. Przepraszam. Nie chciałam być niegrzeczna, nazywając cię służącą i narzekając na wilgotne ściany. W Portugalii jesteśmy przyzwyczajeni do suszy. Czasami miesiącami nie widzimy deszczu. Tutaj pada, odkąd przyjechaliśmy.
Spojrzała na Nadię jak opiekuńcza kwoka i widząc wodę wpływającą przez szpary przy zawiasach okien, powiedziała:
– Pozwól, że ci pomogę. – Schwyciła suchy ręcznik, podciągnęła luźną bawełnianą sukienkę i przykucnęła.
– Ależ nie, naprawdę nie trzeba.
– Nalegam – upierała się Izabel.
Strumyk wody opłynął jej wyglansowane beżowe buty. Zaczęła wycierać wodę, przyglądając się Nadii spod oka.
– Podoba mi się twoja sukienka. Jest elegancka!
– Dziękuję.
– Tu się urodziłaś? W Makao?
Nadia potrząsnęła głową.
– W Rosji.
Poczuła się zobowiązana do podania równie szczegółowych informacji jak usłyszane od Izabeli.
– We wsi w pobliży Tweru, ponad trzysta kilometrów na południe od Sankt Petersburga. Kiedy miałam siedem lat, przeprowadziliśmy się do kuzynów do Czelabińska, trochę na wschód od Uralu. Mieszkaliśmy tam przez cztery i pół roku, aż w końcu przyjechałam tu z matką, by zamieszkać z wujem Jewgienijem.
Jej głos przycichł, gdy wpatrywała się w małego ślimaka pełznącego po ścianie. Izabel wyprostowała się i podniosła prawie pełne wiadro. Klucząc wśród strumyków wody, podeszła do umywalki i wylała brudną wodę. Postawiwszy cynkowe wiadro z powrotem na podłodze, przekrzywiła głowę na prawe ramię i zamrugała oczami.
– Masz męża? – spytała. – Co robi?
Nadia nie potrafiła powstrzymać mimowolnego ruchu głową.
– Obawiam się, że nie mam – odparła wesoło.
– Co takiego? Taka ładna dziewczyna?
Nadia uśmiechnęła się, wzruszając ramionami.
– Samotna Helena, co? Tak jak moja kuzynka Anna. To po prostu wspaniale. – Izabel spojrzała przelotnie przez okno na jaśniejące niebo. – Pamiętam dni, gdy byłam panną, mnóstwo przyjęć i tańce do samego rana. Przy dwojgu małych dzieciakach to już tylko odległe wspomnienie. Carlos i ja wciąż rezerwujemy sobie kilka dni w miesiącu by od czasu do czasu pójść na tańce. Często wychodzisz wieczorami?
– Nie, zwykle siedzę w domu.
Izabela się skrzywiła.
– Musisz się strasznie nudzić.
– Nudzić? – zdziwiła się Nadia.
– Pewnie, taka ładna dziewczyna jak ty powinna uwodzić chłopców, pokazywać im modną krótką fryzurę, nogi i styl à la garçonne. Przecież na tym polega bycie panną na wydaniu, prawda? Trzeba się cieszyć i dobrze bawić. Nim zostałam dzieciatą mężatką, wiecznie nie było mnie w domu. Wesoło spędzałam czas z mężczyznami. – Szturchnęła Nadię łokciem. – Jak zabijasz nudę? – spytała.
– Czytam.
– Co? Czasopisma? Kocham czasopisma. – Spojrzała na magazyn na podłodze. – Czytałam teraz ten wspaniały artykuł o projektowaniu nowego zeppelina. Było dużo zdjęć. Czy wiesz, że zamierzają nawet wydawać własną gazetę pokładową?
– Nie, miałam na myśli książki, przede wszystkim najnowszych powieściopisarzy amerykańskich... Scotta Fitzgeralda, Sinclaira Lewisa, Sherwooda Andersona. Właśnie przeczytałam „Słońce też wschodzi” nowego, młodego autora Ernesta Hemingwaya. Czytałaś to?
– Merda, gdybym tylko miała czas! Moje dzieci to małe potwory. Po prostu nie wiem, skąd w nich tyle energii.
– Ile mają lat?
– Dwóch chłopaków, pięć i sześć lat. – Zamilkła na chwilę i rzuciła Nadii konspiracyjne spojrzenie. – Może powinniśmy gdzieś się wybrać. Ty, ja i Carlos.
– Wybrać?
– Tak, spróbować giggle water.
– Giggle water? Wody chichotu?
– To amerykańska slangowa nazwa alkoholu. Wzięłam to z jakiegoś pisma z życia gwiazd.
Nadia uśmiechnęła się nieco zaskoczona.
– W Makao wychodzenie z kobietami podlega ścis­łym zasadom...
– Bzdury – odpowiedziała Izabel, machając ręką. – Zasady są dla starych dam i bladych, wychudzonych mężczyzn, którzy czytają Oscara Wilde’a.
Nadal zaskoczona Nadia nie chciała wyjawić, że sama często czyta Oscara Wilde’a.
– Dobrana z nas para! Ja z dwoma bachorami i wieprzowatym mężem z Barreiro i ty, niezamężna pustelniczka z Rosji... I obie tutaj wycieramy wodę z Morza Południowochińskiego.
Nadia się roześmiała.
– Dlaczego tu przyjechałaś? Czemu spośród tylu miejsc na świecie trafiłaś do Makao?
– Moja mama chciała mieszkać ze swoim bratem, wujem Jewgienijem. Myślę, że chciała zacząć wszystko od początku. Czuła, że musi wyjechać z Rosji, zostawić przeszłość za sobą...
– Kiedy to było?
– W listopadzie tysiąc dziewięćset jedenastego roku.
– Przypłynęłyście tu statkiem? – spytała Izabela.
Nadia odrzuciła włosy z twarzy.
– Ostatni etap przebyłyśmy statkiem pasażerskim.
– To brzmi fantastycznie! – nawiasem mówiąc to kolejne amerykańskie wyrażenie – więc dojechałyście do Władywostoku i stamtąd przypłynęłyście statkiem. Zgaduję, że musiałaś szybko nauczyć się portugalskiego. Jakich słów najpierw się nauczyłaś, poza przekleństwami?
Nadia uśmiechnęła się na to wspomnienie.
– Jadłyśmy z mamą śniadania w niewielkiej kafejce tuż za rogiem. Właścicielem był mały człeczyna z wielkim nosem, mówiący wysokim, cienkim głosem. Szkoda, że wrócił do Porto. Każdego ranka zadawał nam to samo pytanie: czy mamy ochotę na jajka fritos czy escaldados. Więc pierwsze słowa, jakich się tu nauczyłam to: Fritos, por favor.
Izabel się roześmiała.
– Któregoś dnia musisz spróbować mojego omletu z Barreiro. Robię go z krewetkami i słodzonymi jabłkami.
Podtrzymując się za łokcie, pomogły sobie nawzajem wstać z podłogi. Z dala dobiegło miarowe bicie dzwonów kościelnych. Wydzwanianie godziny ustało akurat wtedy, gdy Nadia wycierała stopą resztki wody z podłogi.
– Siódma trzydzieści – powiedziała Izabel spoglądając w okno. – Przestało padać. Muszę obudzić swoje potwory.
Zaczęła iść po schodach. Małe muchy uciekały przed nią, gdy się zbliżała.
– Miło było cię poznać – powiedziała Izabel, opierając jedną rękę o drzwi.
Nadia odłożyła mokre ścierki i spojrzała w górę na
podest.
– Jutro z rana, jeżeli się przejaśni, w mieście odbędzie się parada ze sztucznymi ogniami i akrobacjami. Może nawet z tańcem lwa. Może się ze mną wybierzesz?
Izabel przystanęła na szczycie stopni i spojrzała na dół. Zamknęła oczy i roześmiała się, potrząsając chłopięcą fryzurą.
– Taniec lwa – powiedziała ciepło. – Czytywałam o tańcach lwów, gdy byłam mała.
– To jesteśmy umówione? – spytała Nadia.
– Muszę zapytać panią Lo z przeciwka, czy zaopiekuje się dziećmi... – Skinęła głową. – W porządku.
– Potem pójdziemy na wczesny lunch do kawiarenki za rogiem.
– I popatrzymy na akrobatów i żonglerów występujących na ulicach.
Jej słowa spłynęły w dół, przejmując Nadię miłym dreszczem.