Strona główna / Literatura światowa / Gra o wszystko

Aktualności

13.12.2018

Spotkanie z Beatą Sabałą-Zielińską w Warszawie

We wtorek 22 stycznia o godz. 19:00 zapraszamy do kina Wisła w Warszawie (pl. Wilsona 2) na spotkanie z Beatą Sabałą-Zielińską, autorką książki "TOPR. Żeby inni mogli przeżyć", oraz ratownikami - bohaterami jej książki.

Wywiady

01.12.2018

"Nie mówiłam ani po polsku, ani po niemiecku, po prostu się nie odzywałam"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Emilią Smechowski, autorką książki "My, superimigranci".

Posłuchaj i zobacz

04.12.2018

"Pogoda dla puchaczy. Zima"

Marcin Kozioł i Bartek Jędrzejak o książce "Pogoda dla puchaczy. Zima". Zapraszamy do obejrzenia nagrania!

Bestsellery

TOP 20

  1. Dawid Kwiatkowski. Optymistyczny kalendarz 2019 Dawid Kwiatkowski
  2. Jestem żoną terrorysty Laila Shukri
  3. TOPR. Żeby inni mogli przeżyć Beata Sabała-Zielińska

Fotogaleria

więcej »

Gra o wszystko

Julian Lees

CZĘŚĆ PIERWSZA

Wiosna 1928

[…]

Krople monsunowego deszczu uderzały w szybę. Stojąca przy oknie młoda kobieta bladła i wzdrygała się z obrzydzenia, gdy za szybą majaczył szary kształt, próbując wspiąć się szybko rurą ściekową. Wygładziła ciemne włosy i założyła je za uszy, dotykając przy tym gładkiej skóry na policzku. Szyba była wystarczająco ciemna, by pokazać lustrzane odbicie trzydziestolatki o szczupłej pięknej twarzy, z lekko zmarszczonymi brwiami. Oczy miała niebieskie jak skrawki bezchmurnego nieba. Potarła ramiona, a gdy pochyliła głowę, ukazała się subtelna linia szyi i fryzura na chłopczycę z grzywką z przodu i bardzo krótkimi włosami z tyłu. Wielkimi, smutnymi oczami spojrzała na kałuże wody ściekającej na podłogę i spróbowała wytrzeć je ręcznikiem. Gołymi palcami nóg wyczuła chłód wody. Podwinęła nad kolana brzeg sukienki z obniżonym stanem – wytartej i znoszonej pamiątki z czasów, gdy w pokoju ćwiczyła charlestona – i nucąc cichutko popularną amerykańską piosenkę, zdjęła z prawej ręki pierścionek. Zwykle inaczej wyglądały jej poniedziałkowe ranki, ale tej pracy nie można było odłożyć na później.
Pod ścianą stała palisandrowa umywalka z miedzianą miednicą. Kobieta podwinęła rękawy i zabrała się do roboty. W stojącym po jej lewej stronie cynkowym wiadrze pływały jakieś brudy. Wyżęła ręcznik i upchnęła go pod ramą okienną, tam gdzie tworzyły się kałuże. Wysiłek dodał koloru jej policzkom, wargi stały się pełniejsze. Gdy przecierała do sucha niewielkie szczeliny w oknie, usłyszała kroki na podeście. Instynktownie przesunęła dłonią po starej bliźnie biegnącej wzdłuż prawego ramienia i zaczęła opuszczać podwinięte rękawy.
W drzwiach pralni ukazała się nieznajoma młoda kobieta. W ręce trzymała „Diario de Lisboa” i magazyn filmowy. Włosy miała również obcięte z grzywką, nosiła luźną, opadającą swobodnie bawełnianą sukienkę, a na nogach pończochy ze sztucznego jedwabiu, ze szwem, i beżowe buty na niskim obcasie, z zakrytymi noskami. Fryzura nadawała jej chłopięcy wygląd, podkreślony dodatkowo przez spłaszczający piersi stanik. Kobiece były tylko wyskubane brwi, o łukach wyrysowanych czarną kredką. Gdy zbiegała po schodach, stare deski zaskrzypiały. Przeszła ostrożnie po śliskiej podłodze i zabrała się do sortowania wypełniających kosz poszewek na poduszki, prześcieradeł i ręczników. Na wygiętych ustach widać było nieco szminki, lecz dolna warga zgodnie z nakazami ówczesnej mody pozostała nieumalowana, co nadawało smagłej, śródziemnomorskiej cerze dziewczyny odcień jeszcze bardziej oliwkowy.
– Spleśniała! – powiedziała nieznajoma i wyjęła z kosza ciemną bawełnianą poszewkę jakby pokrytą pasmami mchu. Gdy rzuciła czasopismo na podłogę, ukazały się zdjęcia nowo zaprojektowanego sterowca Zeppelina. – Ta pogoda! Merda! Nigdy nie pojmę, jak można tu żyć! Ubrania nigdy nie wysychają, a wilgoć sączy się ze wszystkich ścian. Do tego jeszcze teraz parowce pocztowe osiadły na mieliźnie. Chcę wysłać listy do domu, aby ich zawiadomić o zmianie adresu.
Młoda kobieta przy oknie uśmiechnęła się uprzejmie, ale nie odpowiedziała. Pochyliła się i wyżęła kolejną porcję wody do wiadra. Nadal nuciła tę samą melodię. Miała lekko zaróżowione policzki, mały pieprzyk na podbródku, a pod niebieskimi oczami trochę rozsianych piegów. Półksiężycowa grzywka sięgała po bokach do policzków. Plisowany dół sukienki opadał nisko za biodra.
Dziewczyna z wyskubanymi brwiami milczała przez chwilę, po czym spytała:
– Czy mogę się przedstawić? – I szybko, biorąc głęboki oddech dodała: – Nazywam się Izabel Perera. W ostatnim tygodniu wprowadziliśmy się do mieszkania na najwyższym piętrze. Jesteśmy z Barreiro, trochę na południe od Lizbony. Dostanie się tutaj zajęło nam trzydzieści dwa dni. Po drodze, jak mówią, odwiedziliśmy siedem portów w tym Algier, Aden, Bombaj i Colombo; obrzydliwy jest ten Bombaj, rozpadający się i pełen ludzi zżeranych przez pchły. Płynęliśmy Peninsular-Oriental Line, spędziłam większość czasu na pokładzie słonecznym, pisząc listy i siorbiąc rosół z wołowiny. Kabiny przyjemne i czyste, ale jedzenie! – wykrzywiła się. – Kiełbasy, czerwona kapusta, pieczona wątróbka! O wiele za mało ryb. W Barreiro były wspaniałe ryby. W ogóle Barreiro jest wspaniałe. Byłaś tam kiedyś? To około dziesięciu kilometrów od Lizbony, nad samym morzem. Mamy tam śliczny plac przed kościołem i okazały ratusz z czerwonym dachem i takie piękne białe domy nad spokojnym portem. Zostawiliśmy tam dużą rodzinę, wielu kuzynów. Strasznie za nimi tęsknię, zwłaszcza za braćmi i siostrami i za kuzynką Anną.
Zrobiła krótką pauzę dla nabrania oddechu.
– Mój mąż pracuje w eksporcie tekstyliów. Jego firma chce kupować jedwabie z Szantungu i Czenkiangu, a ponieważ Kanton jest uważany za centrum światowego handlu jedwabiem, wylądowaliśmy w Makao. A tak przy okazji, jak się nazywasz?
Kobiecie pod oknem kilka chwil zajęło przetrawienie tej zdumiewającej ilości informacji. W końcu powiedziała:
– Nadia, nazywam się Nadia Szaszkowa.
– Jesteś tu nową służącą?
Nadia, świadoma swych bosych stóp, uśmiechnęła się.
– Nie... mój wuj jest właścicielem budynku. Prowadzimy sklep tytoniowy po drugiej stronie ulicy i wynajmujemy mieszkania w tym domu. Kiedy go kupowaliśmy, poprzedni właściciel zapomniał powiedzieć o bajorze przed wejściem. Tworzy się zawsze po silnej burzy. Poznałaś już mego wuja Jewgienija?
– Nie, mój mąż Carlos wynajmował mieszkanie. – Spojrzała podejrzliwie na Nadię. – Nie jesteście Portugues?
– Russo – przyznała Nadia.
– Ale mówisz po portugalsku...
Nadia wyżęła następną porcję wody do wiadra.
– Uczyłam się w szkole. Trochę czasu minęło, nim nauczyłam się wszystkich przekleństw.
Izabel roześmiała się, przy czym jej oliwkowe policzki poczerwieniały jak karminowy aksamit.
– Meu Deus. Przepraszam. Nie chciałam być niegrzeczna, nazywając cię służącą i narzekając na wilgotne ściany. W Portugalii jesteśmy przyzwyczajeni do suszy. Czasami miesiącami nie widzimy deszczu. Tutaj pada, odkąd przyjechaliśmy.
Spojrzała na Nadię jak opiekuńcza kwoka i widząc wodę wpływającą przez szpary przy zawiasach okien, powiedziała:
– Pozwól, że ci pomogę. – Schwyciła suchy ręcznik, podciągnęła luźną bawełnianą sukienkę i przykucnęła.
– Ależ nie, naprawdę nie trzeba.
– Nalegam – upierała się Izabel.
Strumyk wody opłynął jej wyglansowane beżowe buty. Zaczęła wycierać wodę, przyglądając się Nadii spod oka.
– Podoba mi się twoja sukienka. Jest elegancka!
– Dziękuję.
– Tu się urodziłaś? W Makao?
Nadia potrząsnęła głową.
– W Rosji.
Poczuła się zobowiązana do podania równie szczegółowych informacji jak usłyszane od Izabeli.
– We wsi w pobliży Tweru, ponad trzysta kilometrów na południe od Sankt Petersburga. Kiedy miałam siedem lat, przeprowadziliśmy się do kuzynów do Czelabińska, trochę na wschód od Uralu. Mieszkaliśmy tam przez cztery i pół roku, aż w końcu przyjechałam tu z matką, by zamieszkać z wujem Jewgienijem.
Jej głos przycichł, gdy wpatrywała się w małego ślimaka pełznącego po ścianie. Izabel wyprostowała się i podniosła prawie pełne wiadro. Klucząc wśród strumyków wody, podeszła do umywalki i wylała brudną wodę. Postawiwszy cynkowe wiadro z powrotem na podłodze, przekrzywiła głowę na prawe ramię i zamrugała oczami.
– Masz męża? – spytała. – Co robi?
Nadia nie potrafiła powstrzymać mimowolnego ruchu głową.
– Obawiam się, że nie mam – odparła wesoło.
– Co takiego? Taka ładna dziewczyna?
Nadia uśmiechnęła się, wzruszając ramionami.
– Samotna Helena, co? Tak jak moja kuzynka Anna. To po prostu wspaniale. – Izabel spojrzała przelotnie przez okno na jaśniejące niebo. – Pamiętam dni, gdy byłam panną, mnóstwo przyjęć i tańce do samego rana. Przy dwojgu małych dzieciakach to już tylko odległe wspomnienie. Carlos i ja wciąż rezerwujemy sobie kilka dni w miesiącu by od czasu do czasu pójść na tańce. Często wychodzisz wieczorami?
– Nie, zwykle siedzę w domu.
Izabela się skrzywiła.
– Musisz się strasznie nudzić.
– Nudzić? – zdziwiła się Nadia.
– Pewnie, taka ładna dziewczyna jak ty powinna uwodzić chłopców, pokazywać im modną krótką fryzurę, nogi i styl à la garçonne. Przecież na tym polega bycie panną na wydaniu, prawda? Trzeba się cieszyć i dobrze bawić. Nim zostałam dzieciatą mężatką, wiecznie nie było mnie w domu. Wesoło spędzałam czas z mężczyznami. – Szturchnęła Nadię łokciem. – Jak zabijasz nudę? – spytała.
– Czytam.
– Co? Czasopisma? Kocham czasopisma. – Spojrzała na magazyn na podłodze. – Czytałam teraz ten wspaniały artykuł o projektowaniu nowego zeppelina. Było dużo zdjęć. Czy wiesz, że zamierzają nawet wydawać własną gazetę pokładową?
– Nie, miałam na myśli książki, przede wszystkim najnowszych powieściopisarzy amerykańskich... Scotta Fitzgeralda, Sinclaira Lewisa, Sherwooda Andersona. Właśnie przeczytałam „Słońce też wschodzi” nowego, młodego autora Ernesta Hemingwaya. Czytałaś to?
– Merda, gdybym tylko miała czas! Moje dzieci to małe potwory. Po prostu nie wiem, skąd w nich tyle energii.
– Ile mają lat?
– Dwóch chłopaków, pięć i sześć lat. – Zamilkła na chwilę i rzuciła Nadii konspiracyjne spojrzenie. – Może powinniśmy gdzieś się wybrać. Ty, ja i Carlos.
– Wybrać?
– Tak, spróbować giggle water.
– Giggle water? Wody chichotu?
– To amerykańska slangowa nazwa alkoholu. Wzięłam to z jakiegoś pisma z życia gwiazd.
Nadia uśmiechnęła się nieco zaskoczona.
– W Makao wychodzenie z kobietami podlega ścis­łym zasadom...
– Bzdury – odpowiedziała Izabel, machając ręką. – Zasady są dla starych dam i bladych, wychudzonych mężczyzn, którzy czytają Oscara Wilde’a.
Nadal zaskoczona Nadia nie chciała wyjawić, że sama często czyta Oscara Wilde’a.
– Dobrana z nas para! Ja z dwoma bachorami i wieprzowatym mężem z Barreiro i ty, niezamężna pustelniczka z Rosji... I obie tutaj wycieramy wodę z Morza Południowochińskiego.
Nadia się roześmiała.
– Dlaczego tu przyjechałaś? Czemu spośród tylu miejsc na świecie trafiłaś do Makao?
– Moja mama chciała mieszkać ze swoim bratem, wujem Jewgienijem. Myślę, że chciała zacząć wszystko od początku. Czuła, że musi wyjechać z Rosji, zostawić przeszłość za sobą...
– Kiedy to było?
– W listopadzie tysiąc dziewięćset jedenastego roku.
– Przypłynęłyście tu statkiem? – spytała Izabela.
Nadia odrzuciła włosy z twarzy.
– Ostatni etap przebyłyśmy statkiem pasażerskim.
– To brzmi fantastycznie! – nawiasem mówiąc to kolejne amerykańskie wyrażenie – więc dojechałyście do Władywostoku i stamtąd przypłynęłyście statkiem. Zgaduję, że musiałaś szybko nauczyć się portugalskiego. Jakich słów najpierw się nauczyłaś, poza przekleństwami?
Nadia uśmiechnęła się na to wspomnienie.
– Jadłyśmy z mamą śniadania w niewielkiej kafejce tuż za rogiem. Właścicielem był mały człeczyna z wielkim nosem, mówiący wysokim, cienkim głosem. Szkoda, że wrócił do Porto. Każdego ranka zadawał nam to samo pytanie: czy mamy ochotę na jajka fritos czy escaldados. Więc pierwsze słowa, jakich się tu nauczyłam to: Fritos, por favor.
Izabel się roześmiała.
– Któregoś dnia musisz spróbować mojego omletu z Barreiro. Robię go z krewetkami i słodzonymi jabłkami.
Podtrzymując się za łokcie, pomogły sobie nawzajem wstać z podłogi. Z dala dobiegło miarowe bicie dzwonów kościelnych. Wydzwanianie godziny ustało akurat wtedy, gdy Nadia wycierała stopą resztki wody z podłogi.
– Siódma trzydzieści – powiedziała Izabel spoglądając w okno. – Przestało padać. Muszę obudzić swoje potwory.
Zaczęła iść po schodach. Małe muchy uciekały przed nią, gdy się zbliżała.
– Miło było cię poznać – powiedziała Izabel, opierając jedną rękę o drzwi.
Nadia odłożyła mokre ścierki i spojrzała w górę na
podest.
– Jutro z rana, jeżeli się przejaśni, w mieście odbędzie się parada ze sztucznymi ogniami i akrobacjami. Może nawet z tańcem lwa. Może się ze mną wybierzesz?
Izabel przystanęła na szczycie stopni i spojrzała na dół. Zamknęła oczy i roześmiała się, potrząsając chłopięcą fryzurą.
– Taniec lwa – powiedziała ciepło. – Czytywałam o tańcach lwów, gdy byłam mała.
– To jesteśmy umówione? – spytała Nadia.
– Muszę zapytać panią Lo z przeciwka, czy zaopiekuje się dziećmi... – Skinęła głową. – W porządku.
– Potem pójdziemy na wczesny lunch do kawiarenki za rogiem.
– I popatrzymy na akrobatów i żonglerów występujących na ulicach.
Jej słowa spłynęły w dół, przejmując Nadię miłym dreszczem.