Strona główna / Literatura polska / Melchior Wańkowicz. Dzieła / W ślady Kolumba. W pępku Ameryki

Aktualności

14.06.2019

Grzesiuk po niemiecku!

"Pięć lat kacetu" Stanisława Grzesiuka ukaże się (oczywiście w wersji bez cenzury) w języku niemieckim nakładem austriackiego wydawnictwa New Academic Press i tym samym będzie dostępne na całym niemieckojęzycznym rynku wydawniczym.

Wywiady

14.06.2019

"Dzieciństwo to mityczny okres w życiu większości z nas"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lucyną Olejniczak, autorką książki "Księżniczka".

Posłuchaj i zobacz

18.06.2019

Jak kochali powstańcy?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Agnieszki Cubały "Miłość '44. 44 prawdziwe historie powstańczej miłości".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabski raj Tanya Valko
  2. In vitro. Rozmowy intymne Małgorzata Rozenek-Majdan
  3. Miłe Natalii początki Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »

W ślady Kolumba. W pępku Ameryki

Melchior Wańkowicz

STRZĘPKI NA WICHRACH

POLARYZACJA

Jeszcze tylko Królik, zwabiony moją fotografią na pierwszej stronie, kupuje „The Indiana Daily Student”, aby się dowiedzieć, że mój odczyt to był łańcuch vivid, forceful world pictures, jeszcze rzucamy okiem na obolałe szpalty po wczorajszej porażce drużyny uniwersyteckiej i już myśl nasza przenosi się w przód, w nowy świat, w którym się znajdziemy. To już będą „znajome kąty”, bo dziś staniemy w Chicago, a Chicago jest odległe od Nowego Jorku o 1500 kilometrów. Toteż już w tym mieście, które znamy dobrze, skończy się dla nas egzotyka i nareszcie poszybujemy pełnym gazem nad Atlantyk.
Jedziemy na północ, a jesień posuwa się na południe, podobno po 25 kilometrów dziennie. Jeszcze do Bloomington jechaliśmy w orgii blasków listowia purpurowozłotego i wszelakich odcieniach zieleni. Dziś już tu i tam na tle nieba, po pagórkach rysują się drobniutkie obnażone gałązki.
Powietrze jest rześkie, ale teren staje się płaski i nudny. Te sznury wozów, które wraz z nami suną na północo-wschód, przypominają prąd idący z jednego przepustu w drugi. Ten przepust to powrót z Dzikiego Zachodu w zasiedziały Wschód.
Już zagęszczają się domy. Jak zawsze przy zbliżaniu się do każdego wielkiego miasta w Ameryce, długo nim się dojedzie, ma się z obu stron niemal nieprzerywające się szeregi domków i coraz gęstsze tablice ogłoszeniowe.
A przecież zbliżamy się do nie byle jakiego kolosa. Jeszcze w 1812 roku biali ewakuowali w popłochu przed Indianami licho sklecony fort. Jeszcze w 1830, kiedy Londyn był metropolią o 2 milionach mieszkańców, Chicago liczyło 100 głów. Dziś jest to drugie miasto Ameryki, największy węzeł kolejowy globu przyjmujący kilkakroć więcej pociągów niż największe miasta świata: 7 dworców, 41 torów, 1800 pociągów pasażerskich dziennie.
Amerykanie, kupując Chicago wraz z Luizjaną od Francuzów w 1812 roku, orientowali się, że jest to najlepszy punkt portowy na wielkim szlaku od Wielkich Jezior do Missisipi. Wykańczany obecnie szlak przez Rzekę Świętego Wawrzyńca i Wielkie Jeziora pozwoli parowcom transoceanicznym docierać w głąb aż do portu w Chicago.


Zmierzcha się już, kiedy dojeżdżamy. Robi się coraz ciaśniej. Jestem z lekka ogłupiały, kiedy koło mnie z łomotem przelatują trzydziestotonowce, prowadzone z taką lekkością, wymijające z taką gracją, jakby były piórkiem. W pewnej chwili zwisa nade mną transporter, na który załadowano osiem wozów osobowych – tą drogą są odstawiane z fabryk do odbiorców.
Wszystko ratuje nudne, ale jak dla automobilisty błogosławione budownictwo w szachownicę. Odlicza się tyle kolejno numerowanych ulic, aż do danej avenue, rżnie się przez całe miasto, znowu się skręca w daną ulicę i już się jest... w polskiej dzielnicy przed trzeciorzędnym hotelikiem „Levis”, w którym mieszkałem przed wojną.
Hotelik to nędzny – wówczas miałem pokój ze wspólną łazienką sąsiedniego numeru. Z łazienki słychać było rozmowy dwu moich polskich sąsiadów, którzy rozprawiali o wyborach. Przeklinali trik, którym ich zwiedli przeciwnicy. Wystąpili mianowicie z przyjęciem, podpoili i kiedy zbliżała się godzina decydującego głosowania, zawieźli spojonych adwersarzy do domu publicznego. Teraz dwa nieszczęsne rozpustniki gryzły sobie palce: przerżnęli wybory.
Królik, stąpając lekką stópką po odrapanych schodach, bardzo kręci nosem – że brudno i że nie pachnie.
Zawsze to powtarzam, że Królikowi brak ducha pionierskiego. Ot, taka Róża z Cimarron... po sznurze spuściła się z piętra z karabinem i rewolwerem i przyszła w sukurs mężowi... Lew by szarżował na pustyni na mnie z jednej strony, krokodyl wciągał w bagno z drugiej, kobra gryzła z trzeciej, a jednocześnie ona z czwartej jojczyłaby, że nie ma lodówki, podczas kiedy inni mężowie...
Jak tylko poczyna się smrodek dydaktyczny, bronię się jak lew i jak młodsze pokolenie.
Krysia próbowała kiedyś sprawdzić, czy prawdą jest, co opowiadała jedna z ciotek uważana w rodzinie za nieco „kuku na muniu”, że jakoby jeden z przodków, w czasie wyprawy króla Olbrachta przez Wołoszynów pojman, został powieszony za żebro na haku na drzewie. Wołoszyny, naigrawając się, dały mu łuk i powiedziały: „Może i teraz jeszcze sobie postrzelamy?”. I wonczas ów przodek (na próżno tłumaczyłem, że raczej zadek, skoro został za nami w toku dziejów) łuk napiął i jednego z szyderców trupem położył.
Krysia więc, zwiesiwszy się z gałęzi na podkurczonych nogach w dół głową, napięła łuk domowej roboty, ale ze strzałą z gwoździem, i tak skutecznie postrzeliła młodszą siostrę, która biegała za Wołoszyna, że gwóźdź trafił nad samym okiem.
Kiedy Królik przemywał ranę wodą utlenioną i okadzał smrodkiem dydaktycznym, dziewczynki orzekły, że mama nie ma ducha przygodowego.
– Właśnie, nie masz ducha przygodowego – tłumaczyłem, wkraczając do pokoju, nad wszelkie spodziewanie obszernego, jednej z tych „stancji” sprzed 1871 roku, kiedy to krowa pani O’Leary kopnęła lampę stojącą przy skopku i spaliła 18 000 domów, to znaczy całe niemal ówczesne Chicago.
Obejrzałem się po tej stancji, wydobyłem zielony notes i czytam Królikowi:
– Oto, co jest powiedziane w przypowieści: „Lepiej jest z żoną („przygodową” – wtrącam od siebie) mieszkać w kącie pod dachem niźli z żoną swarliwą w domu przestronnym”.
Królik robi ruch ręką w kierunku torebki. Takim ruchem sięga się po rewolwer. Niebawem z zawodu na jej obliczu przekonywam się, że rewolwer okazał się nienabity: w torebce nie było pomarańczowego notesu, niebacznie umieszczonego w czeluściach walizy.
Nieuszkodzony więc, rozsiadam się wygodnie i opowiadam, jak to w 1939 roku, przyjechawszy do tegoż hotelu, musiałem na żądanie konsula przenieść się na jeden dzień do luksusowego „Sheraton Hotel”, w którym zająłem suite, to znaczy apartament za 50 dolarów dziennie, złożony z sypialnego i saloniku. Po nieudanym wywiadzie („Czy pan mówił z Hitlerem, czy pan mówił ze Stalinem?”) i wpisaniu się w księgę znakomitych gości, powróciłem do tego tu hoteliku za dwa i pół dolara, w którym mieszkałem przez trzy tygodnie.
– I co robiłeś? – pyta zaciekawiony Królik.
– Dużo się robi, jak się jest bez kuli u nogi. W dzień zwiedzałem rzeźnie chicagowskie (no widzisz, już czmychasz nosem), w nocy szantany murzyńskie i chińskie (znowu ci się nie podoba?), w dzień znowuż – więzienie w Jolliet (znowuś niezadowolona?).
– Kto ciebie oprowadzał po tym wszystkim?
– Urzędnik konsulatu i oficer policji w cywilu. W Jolliet wprowadzano mnie przez salę straceń na przyległy korytarz, wskazując na drzwi dwu cel zajętych przez idących jutro na egzekucję.
Wracając pod ciężkim wrażeniem ku katowni wąskim korytarzykiem, zobaczyłem w jego załomie przeciągniętą na drucie niedbale zasłonę; miała skryć trupa już usmażonego przed wzrokiem prowadzonego na fotel.
Chciałem już jak najprędzej przejść przez salę straceń, kiedy na krześle elektrycznym ujrzałem przykrępowanego urzędnika konsulatu; funkcjonariusz, uniósłszy wysoko jego nogawkę, nakładał na gołą łydkę metalową płytę.
Na twarzy urzędnika, łysawego starszego pana z zaokrąglonym brzuszkiem, rysowało się zadowolenie; smakował zawczasu opowiadanie w Polsce.
– A gdyby tak puścić słaby prądzik? – szepnąłem do naczelnika więzienia.
– Sułtan kazał skazańca uderzyć mokrym ręcznikiem zamiast toporem i delikwent skonał. Ale mieliśmy takiego, który widząc, że sierżantowi policji nakładającemu płytki drżą ręce, spytał: What is the matter, sarge? Sierżantuńciu, co z tobą? Po czym nachylił się i sam sobie przykrępował płytki.
Królik pomyślał i powiada:
– No, to dobrze, że już widziałeś te szantany i szlachtuzy, i krzesła elektryczne. Bobyś się nie uspokoił, póki byś nie zobaczył, do mnie jeszcze byś miał pretensję, że się nie zachwycam. Ale widziałam, że portierowi zapłaciłeś za tygodniowy pobyt.
– Bo taniej.
– Taniej, niżby nas kosztowały dwa dni?
– Kobieto, Polko!... Jesteś w największym polskim mieście na kuli ziemskiej. Dwa miliony Polaków! I chcesz to w dwa dni opędzić?


To nie dolar nas wabił w zaraniu tego kraju. I nie awanturnictwo. Na Dzikich Polach mieliśmy dosyć ujścia dla instynktów pionierskich. Mityczny Franciszek Warnadziewicz, członek wyprawy Kolumba, ginący od strzały indiańskiej, to był wyjątek zabłąkany na Wyspy Bahama zamiast na Dzikie Pola. Różnowiercy nie potrzebowali też uciekać za morza z powodu swych przekonań religijnych. Polska była europejską Ameryką, do której chronili się prześladowani.
Pierwsi emigranci to drobinki dysydentów, emigrujących jednak nie z powodów religijnych, lecz politycznych, ludzie, którzy opowiedzieli się za szwedzkim najeźdźcą! To Olbracht Zaborowski, lądujący w 1662 roku, dający początek podotąd istniejącej rodzinie Zabriskie, to Sadowski lądujący w epoce królowej Anny, którego synowie – pionierzy docierający niespenetrowanymi szlakami wodnymi aż do Nowego Orleanu, zakładają Cincinnati i teraz kwitną rozrośniętym rodem Sandusky.
Słowiański „Mayflower” – polscy arianie, poplecznicy szwedzkiej inwazji, uchodzący po wyparciu Szwedów do Czech, zakładający Braci Morawskich, lądują w liczbie 4000 w początku XVIII wieku.
Jakby świadomi, że rozpoczynają trzy wieki polskiej tradycji, polscy smolarze, szklarze, majstrowie klepki, wańczosu, ługów i potaszów – specjaliści sprowadzeni przed Pielgrzymami, bo w 1609 roku, do ubogiego w technikę kraju, robią w roku 1620 pierwszy strajk polityczny w Stanach, nie stawiając się do roboty, zanim nie uzyskają prawa głosowania.
Pokolenie epoki Oświecenia w Polsce zwraca oczy na kraj, w którym już realizują się hasła mętnie dopiero pieszczone przez prekursorów zbliżającej się rewolucji francuskiej.
Tej popularności Ameryki towarzyszą czasem aż zabawne objawy polskiej sympatii, jak to wysłanie dla żołnierzy amerykańskich balsamu leczącego rany przez wojewodę Mostowskiego albo zwrócenie się Polskiego Zakonu Rycerzy Boskiej Opatrzności o listę kandydatów do odznaczeń, z którym to fantem demokratyczny Kongres nie wie, co począć.
(…)