Strona główna / Literatura polska / Melchior Wańkowicz. Dzieła / W ślady Kolumba. Królik i oceany

Aktualności

22.05.2020

Premiera online nowej książki Piotra Borlika

We wtorek 2 czerwca o godz. 19.30 zapraszamy na premierę online najnowszej książki Piotra Borlika "Zapłacz dla mnie".

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.04.2020

Krzysztof Gosztyła czyta MAŁY WIELKI TYDZIEŃ

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Mały wielki tydzień" autorstwa Darka Milewskiego w znakomitej interpretacji Krzysztofa Gosztyły.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jest krew... Stephen King
  2. Zaginione arabskie księżniczki Marcin Margielewski
  3. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

W ślady Kolumba. Królik i oceany

Melchior Wańkowicz

PROWINCJONALNA AMERYKA

DLA ARTYSTÓW I PTAKÓW

Z Monterey bierzemy się od oceanu w głąb lądu. Nasza Fundacja Montalvo leży pięćdziesiąt kilometrów na południe od San Francisco, między miasteczkami Los Gatos i Saratogą, w centrum pasa kalifornijskich winnic.
Ujechawszy osiem kilometrów z Los Gatos, tuż pod samą Saratogą ujrzeliśmy przy drodze wjazd strzeżony przez dwa kute w kamieniu gryfy. Gryfy w sztuce sepulturalnej reprezentują zwycięstwo życia nad śmiercią. A że i ja mam zdrową zasadę, aby nowych przeżyć nie przyjmować z pustym żołądkiem, nacisnąłem więc gaz i pomknąłem spod tej heraldyki do restauracyjki w Saratodze.
Żując parówki, wystosowałem do Królika pouczające przemówienie: jako że przeminął wiek złoty Hartford Foundation i że w Montalvo każdy sobie sam pryczy.
Sam zaś znikam pod jakimś pretekstem i zjawiam się z łbem wygolonym brzytwą przy skórze i z zakupionymi prowiantami.
– Ty do rondla, a ja do pustelni!
Niebawem znowu byliśmy przy gryfach. Zaraz za nimi otwarła się droga pnąca się w górę tunelem wymyślnego parku. W pewnym miejscu musiałem zahamować – przez drogę dostojnie ciurkał sznureczek czubatych przepiórek kalifornijskich, świecąc misternymi pióropuszkami.
Ach, to te przepiórki, które tyle krwi napsuły Eisenhowerowi! Pracowitych Amerykanów od dawna kłuło w oczy, że starszy pan za wiele oddaje się grze w golfa. A tu nagle począł sobie latać na dodatek na polowania na przepiórki, stąd było wiele złej krwi.
Przepiórki nie są płochliwe.
Widać prawda, co czytałem o fundacji. Senator James Phelan, milioner, syn oberżysty zbogaconego na gorączce złota, prezydent San Francisco, zapisał w 1930 roku swój pałac z dodatkiem ćwierć miliona „ptakom i artystom”. W parku okalającym fundację naliczono siedemdziesiąt jeden odmian ptaków.
Bądźcie więc pozdrowione przepióreczki, pierwsi fellows, koledzy stypendyści.
Windując się nieustannie w górę, poprzez roślinność kunsztownie dobieraną wszelkimi odcieniami zieleni, od bladych listeczków sykomory do niemal czarnych cyprysów, podjeżdżamy pod pałac zbudowany w 1912 roku, przekazany teraz dla mnie i dla przepiórek.
Pałac, zbudowany hiszpańską modą z obszernymi tarasami-loggiami, spowija milczenie. Chmary drobnych ptasząt przefruwają z jednego egzotycznego drzewa na drugie, maleńtasy ekwilibrują po podniebnych gałązkach, podczas gdy w dole kolibry stoją nieruchomo nad kwiatami. Na próżno szturmuję frontowe zawarte wierzeje; poza wrzaskiem ptasim majestatyczna cisza stoi w tym zaklętym parku.
Robi mi się nieswojo. Według podań greckich gryfy strzegły złota w krainie jednookich Arymaspów, na granicy dzielącej ich od północnych Hyperborejów, ludzi spokojnych, mających inklinacje do lutni i do jadła. To ja.
Poczynam się czuć w tej ciszy niespokojnie. A nuż mnie coś arymaspnie.
Obiegam pałac. Jednak przysadziste araukarie są kunsztownie strzyżone, ramblery buchają kwiatami – czyjaś ręka tu gospodaruje, u diabła!
Dzwonię w boczne drzwi. Słyszę człapanie, zgrzyt klucza, otwiera mi stary człowiek i z punktu pyta:
– Jak się pan ma, panie Wańkowicz?
Tak się mam, że nie jestem sam, i bagaż mam, i cały kram.
Stary prosi na górę. Idziemy schodami otaczającymi dębowy hall, zgrzytnął kluczem, rozwarł drzwi, z perspektywą na wielką komnatę. Alem się nie rozejrzał, bo posłyszałem oddalające się człapanie.
– Panie, panie! – wołałem za człapcem. Ale mi coś odpowiedział, zresztą życzliwie, że jego chata z kraja i mam się czuć jak u siebie.
Wwindowaliśmy z żoną rzeczy i byliśmy olśnieni. Mieliśmy wygodnie i dostojnie umeblowany pokój, łazienkę, kuchnię z kompletem naczyń i wielki taras do naszego rozporządzenia. Z tarasu, ponad morzem drzew parku, spływającym po zboczu przed nami, roztaczał się obszerny widok z łańcuchem gór bramujących horyzont. Zbliżał się wieczór i niebo robiło się miedziane.
Nie było jednak dostatecznie dużego biurka, co dla mnie jest rzeczą podstawową. Wyprawiłem się szukać kogoś w tym milczącym domu. Zeszedłem na dół. Wszedłem do sali z hallu w lewo – zobaczyłem długie szeregi wywieszonych obrazów i napis, że to wernisaż malarzy z okolicy. Za tą salą rozciągała się druga, koncertowa. Wyczytałem, że najbliższy koncert Stowarzyszenia Melomanów odbędzie się w piątek.
Cofnąłem się, przeszedłem na tamtą stronę hallu, znalazłem się w obszernej bibliotece; półki pod ścianami, stoły, głębokie fotele, biust marmurowy fundatora, senatora Phelana.
W końcu tej sali bibliotecznej przemknęło bezszelestnie coś szarego. Gdyby nie wymiary, myślałbym, że mysz, ale to była stara kobieta, cała szara, cała bezszelestna, istotnie przypominała mysz.
Kobieta-mysz nie spłoszyła się, jak i przepiórki. Bąknąłem, że szukam biurka. Najwidoczniej się ucieszyła. Zaproponowała, że ma biurko, mieszka na piętrze na wprost nas. Nazywa się Sally, jest dziennikarką. A ja jak się nazywam?
– Vanky.
No więc już, idąc z powrotem na górę jestem z Szarą Myszą na „ty”.
Uczepiwszy się dużego biurka, które stało w jej komnacie, wleczemy je, sapiąc, przez hall do mego „apartamentu”. Wyciągam butelkę whisky, na którą mysz patrzy z pojęciem. Siedzimy na tarasie we trójkę, gwiazdy się wyroiły, powietrze przecinają skośnym lotem nocne ptaki.
Sally pracowała w dzienniku w Detroit, wyszła za mąż, odeszła od zawodu, córkę wydała za mąż, owdowiała, chciałaby do dziennikarki wrócić, widać jej to nie bardzo idzie, siedzi tu już rok.
– A cóż to za zaklęty pałac?
Okazuje się, że nie miał kto zająć się fundacją, choć było to obowiązkiem Związku Literatów w San Francisco. Wreszcie przed kilku laty miejscowi obywatele stworzyli „Montalvo Association” i odtąd pałac służy miejscowym potrzebom kulturalnym. Zamieszkuje go tylko dwu stypendystów – ona i inna pisarka. Z dawnych tradycji zostało tylko 35 dolarów miesięcznie – resztka stypendium.
Nazajutrz, skoro dzień, lecimy patrzyć, gdzie jesteśmy. Idziemy zaczarowanymi dróżkami, trasowanymi w pnączach, przerzucającymi się przez strumyki powietrznymi mostkami. Na ich załomkach nieoczekiwanie wynurzają się rzeźby z kararyjskiego marmuru. Żona wspina się do popiersia fauna, prosząc, aby się przyznał, że to wszystko musiała stworzyć miłość, ale faun tylko porozumiewawczo się uśmiecha.
– Patrz na tę świątynkę – upiera się żona, wskazując na kolejną kolumnadę – przecież to tylko dla zakochanych.
Siadamy na ławeczce pod statuą Adama i Ewy. Na podium wyryto napis: ante peccatu, przed grzechem.
– Wypadło jedno „c” – mówię.
– Żeby to jedno „c”!… – grzmi jakiś głos.
Zza kępy magnolii wysuwa się Lewicki, dziennikarz mieszkający na pół drogi do San Francisco. Zwiedział się od kogoś z Monterey, że pojechaliśmy do Montalvo, i zjawia się. Tych Polaków jak nasiał, nawet u jednookich Arymaspów.
– Alem nie poznał pana – dziwuje się Lewicki, przyglądając się mojej dokumentnej łysinie – co pan obżałowuje jedno marne „c”. Patrz pan w tamten koniec ścieżki, tam stała taka sama statua z napisem: post peccatu – po grzechu. No i cóż? Nocą przyjechali ciężarówką, musiało być kilku ludzi, by taką marmurową grupę załadować nieuszkodzoną. Sprytni tu ludzie, co?... To z czasów, kiedy „raj dla artystów i ptaków” marniał bez nadzoru.
Umawiamy się z Lewickim, że zajedziemy do niego w drodze do San Francisco. Nęci nas jajami przepiórczymi, wędzonymi pasikonikami i pszczołami suszonymi w miodzie.
Wracamy ku pałacowi.
W jednej z loggii okalających patio, na wysokości pierwszego piętra coś się ruszyło – z bluszczu zasnuwającego prześwity loggii wyłania się smukła sylwetka w szlafroczku.
To Iris – jedyna, poza Sally, stypendystka fundacji. Autorka dobrej książki o Pulitzerze, słynnym dziennikarzu-wydawcy.
– No to teraz jesteśmy w trójkę – śmieje się. Śmiech ma miły, dobrze nam tu będzie z nią i z tą uczynną Sally.
– A cóż to wyczłapało, kiedyśmy przyjechali? – pytam z kolei.
– O, to Mr Heeks, zarządca raju. Dziwadło. Ale, bobym zapomniała, ma zwyczaj witać każdego przyjezdnego szampanem. Jesteśmy proszeni na wieczór.
Istotnie, pan Heeks zaprosił nas na szampana. Siedzieliśmy na tarasie przed jego mieszkaniem – Sally, Iris, Heeks i my – pięć drobinek z oceanu życia, każda drobinka nabrzmiała patosem przeżytych, rozbitych, zamąconych lat.
Na dalekich krańcach tonącej w ciemności panoramy palą się światła miast. Sally wyjaśnia, że to Los Gatos, San José, Santa Clara.
Co przypędziło tu te kobiety, obie mieszkające w Montalvo od roku? A ten Heeks?
Iris poczyna opowiadać melodyjnym głosem, skąd się wzięła nazwa tego pałacu – Montalvo.
W początku wieku szesnastego autor hiszpański, Garcia Ordonez de Montalvo, napisał powieść o bajecznie bogatym kraju obfitującym w złoto i drogie kamienie, zamieszkanym przez czarnych Amazonów...
– Masz ci los! – mówię, a perełki szampana, którego starannie dolewa mr Heeks, musują mi po mózgu. – To znaczy nie tylko jednoocy Arymaspowie. Tylko gdzie tu ludzi znajdziemy? – Spoglądam desperacko na szarą mysz, Sally, na Iris, która wydaje się mieć kuku na muniu, i na kulawego Heeksa.
– Nie przeszkadzaj, Vanky – mówi Iris (masz ci los, to i z nią jesteśmy na „ty”? W Polsce kochałem się w miłej panience trzy lata, pół tego czasu całowaliśmy się i dotąd z tą siwowłosą babcią jesteśmy na „pan”) – ten kraj leżał na wyspie, którą Garcia Ordonez nazwał Kalifornią. Nad tą wyspą miała panować królowa czarnych Amazonów, dosiadająca skrzydlatego gryfa. Wiadomo, że gryfy strzegą skarbów; zmarły Phelan osadził tu skarb niezwykłej urody i ponastawiał gryfów, aby go strzegły.
Heeks stęknął, przesuwając chorą nogą po stołeczku.
– On nie lubi, kiedy się mówi o miłostkach starego Phelana.
I słusznie – pokwapiła się Sally – zawdzięczamy mu pobyt w raju. A jeśli będziemy mącić jego zagrobowy spokój...
– To co, to co? – dopytywała się Iris.
– To będziemy go przywoływać na ziemię. Sama widziałam, jak przesuwał się w bibliotece.
Mr Heeks jęknął ponownie.
– Znowu się irytujesz, Heeks? – pytała Iris.
– Noga dolega – odpowiedział wykrętnie.
– Wiesz, Heeks, poradź się tego Perle’a Saveleya w Lemoore – mówi Iris.
Heeks ścina sarkastycznie wąskie usta:
– Już siedzi w mamrze. Przyszli do niego w przebraniu dwaj agenci, przyprowadzili kobietę z brodawką na ramieniu. Saveley orzekł, że to rak, który już się rozrósł na trzy i pół cala. Poszedł za to do paki, a sąd nakazał, aby wypłacił indemnizację po dwieście pięćdziesiat dolarów każdemu ze swych pacjentów.
Kiedyśmy wracali do siebie, Szara Mysz wyjaśniała:
– Heeks nie bez kozery mówi z goryczą o znachorach. Leczył się u niejakiego Franklina Lee w dolinie San Joaquin. Ten znachor zbijał ogromne pieniądze, przyjmując po siedemdziesięciu pięciu pacjentów dziennie – po trzech naraz, dwudziestu pięciu zmianami. Taki sobie wyznaczył kontyngent, bo miałby pacjentów bez końca. Nie ma co tak bardzo winić Heeksa, do tego znachora zjeżdżali wysoko postawieni ludzie.
– Jakże on leczył Heeksa?
– Maszyna, którą nazywał „ozonową”, miała siedem rurek, każda wydzielała inne światło. Skonstatował w tej nodze raka, zaordynował na każdorazowy seans 47 jednostek niebieskiego błyśnięcia, 31 zielonego i 22 żółtego. Drogo to kosztowało, Heeks więc ucieszył się, kiedy Lee sprzedał mu taką maszynę za 300 dolarów, bo odtąd mógł się leczyć w domu. Ale, niestety, podszedł Franklina D. Lee agent z ukrytym magnetofonem i wsadzono go na rok do więzienia. Wtedy Heeks, tylko się nie zdradźcie, że to wiemy, pokazał „ozonową” machinę elektrykowi; okazało się, że było w niej całej parady siedem żarówek, każda innego koloru.
– Ale ty nie wierzysz w znachorów, Sally?
– Ja i w doktorów nie wierzę. Patrz – pokazała mi krzywy palec – skruszyłam go we drzwiach, mając szesnaście lat. Miał na mnie wielki wpływ wyznawca Christian Science („Wiedza Chrześcijańska” – kierunek religijny Church of Christ). On mi zabronił wzywać lekarza, tylko się modlić kazał. I widzisz, że się zrósł.
– Ale krzywo.
– A skąd wiesz, że lekarze nie wpędziliby go w gangrenę? Dam ci książkę założycielki naszego kierunku w 1879 roku, Mary Baker Eddy. Nie, nasza wiara zabrania nam absolutnie wzywać lekarzy.
– Sally, masz małego wnuczka. Przypuśćmy, że zachoruje na ślepą kiszkę. Czyż nie wezwiesz chirurga?
– Nie, będę się modlić.
Do późna w noc czytam książkę założycieli sekty. Hm... Niech tam sobie Mary Baker. Małoż to dziwactw w tym kraju?

Dobrze tu nam się poczęło mieszkać w tym rezerwacie „dla ptaków i artystów”. (…)