Strona główna / Literatura polska / Melchior Wańkowicz. Dzieła / W ślady Kolumba. Królik i oceany

Aktualności

30.09.2019

Film o Grzesiuku na Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

Z radością informujemy, że film dokumentalny o Stanisławie Grzesiuku "Grzesiuk. Ferajna wciąż gra” w reżyserii Jarosława Wiśniewskiego został zakwalifikowany do 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, który odbędzie się w dniach 9-24 listopada w Chicago.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski
  2. Białe kłamstwa Piotr Borlik
  3. I tak nie przestanę Cię kochać Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

W ślady Kolumba. Królik i oceany

Melchior Wańkowicz

PROWINCJONALNA AMERYKA

DLA ARTYSTÓW I PTAKÓW

Z Monterey bierzemy się od oceanu w głąb lądu. Nasza Fundacja Montalvo leży pięćdziesiąt kilometrów na południe od San Francisco, między miasteczkami Los Gatos i Saratogą, w centrum pasa kalifornijskich winnic.
Ujechawszy osiem kilometrów z Los Gatos, tuż pod samą Saratogą ujrzeliśmy przy drodze wjazd strzeżony przez dwa kute w kamieniu gryfy. Gryfy w sztuce sepulturalnej reprezentują zwycięstwo życia nad śmiercią. A że i ja mam zdrową zasadę, aby nowych przeżyć nie przyjmować z pustym żołądkiem, nacisnąłem więc gaz i pomknąłem spod tej heraldyki do restauracyjki w Saratodze.
Żując parówki, wystosowałem do Królika pouczające przemówienie: jako że przeminął wiek złoty Hartford Foundation i że w Montalvo każdy sobie sam pryczy.
Sam zaś znikam pod jakimś pretekstem i zjawiam się z łbem wygolonym brzytwą przy skórze i z zakupionymi prowiantami.
– Ty do rondla, a ja do pustelni!
Niebawem znowu byliśmy przy gryfach. Zaraz za nimi otwarła się droga pnąca się w górę tunelem wymyślnego parku. W pewnym miejscu musiałem zahamować – przez drogę dostojnie ciurkał sznureczek czubatych przepiórek kalifornijskich, świecąc misternymi pióropuszkami.
Ach, to te przepiórki, które tyle krwi napsuły Eisenhowerowi! Pracowitych Amerykanów od dawna kłuło w oczy, że starszy pan za wiele oddaje się grze w golfa. A tu nagle począł sobie latać na dodatek na polowania na przepiórki, stąd było wiele złej krwi.
Przepiórki nie są płochliwe.
Widać prawda, co czytałem o fundacji. Senator James Phelan, milioner, syn oberżysty zbogaconego na gorączce złota, prezydent San Francisco, zapisał w 1930 roku swój pałac z dodatkiem ćwierć miliona „ptakom i artystom”. W parku okalającym fundację naliczono siedemdziesiąt jeden odmian ptaków.
Bądźcie więc pozdrowione przepióreczki, pierwsi fellows, koledzy stypendyści.
Windując się nieustannie w górę, poprzez roślinność kunsztownie dobieraną wszelkimi odcieniami zieleni, od bladych listeczków sykomory do niemal czarnych cyprysów, podjeżdżamy pod pałac zbudowany w 1912 roku, przekazany teraz dla mnie i dla przepiórek.
Pałac, zbudowany hiszpańską modą z obszernymi tarasami-loggiami, spowija milczenie. Chmary drobnych ptasząt przefruwają z jednego egzotycznego drzewa na drugie, maleńtasy ekwilibrują po podniebnych gałązkach, podczas gdy w dole kolibry stoją nieruchomo nad kwiatami. Na próżno szturmuję frontowe zawarte wierzeje; poza wrzaskiem ptasim majestatyczna cisza stoi w tym zaklętym parku.
Robi mi się nieswojo. Według podań greckich gryfy strzegły złota w krainie jednookich Arymaspów, na granicy dzielącej ich od północnych Hyperborejów, ludzi spokojnych, mających inklinacje do lutni i do jadła. To ja.
Poczynam się czuć w tej ciszy niespokojnie. A nuż mnie coś arymaspnie.
Obiegam pałac. Jednak przysadziste araukarie są kunsztownie strzyżone, ramblery buchają kwiatami – czyjaś ręka tu gospodaruje, u diabła!
Dzwonię w boczne drzwi. Słyszę człapanie, zgrzyt klucza, otwiera mi stary człowiek i z punktu pyta:
– Jak się pan ma, panie Wańkowicz?
Tak się mam, że nie jestem sam, i bagaż mam, i cały kram.
Stary prosi na górę. Idziemy schodami otaczającymi dębowy hall, zgrzytnął kluczem, rozwarł drzwi, z perspektywą na wielką komnatę. Alem się nie rozejrzał, bo posłyszałem oddalające się człapanie.
– Panie, panie! – wołałem za człapcem. Ale mi coś odpowiedział, zresztą życzliwie, że jego chata z kraja i mam się czuć jak u siebie.
Wwindowaliśmy z żoną rzeczy i byliśmy olśnieni. Mieliśmy wygodnie i dostojnie umeblowany pokój, łazienkę, kuchnię z kompletem naczyń i wielki taras do naszego rozporządzenia. Z tarasu, ponad morzem drzew parku, spływającym po zboczu przed nami, roztaczał się obszerny widok z łańcuchem gór bramujących horyzont. Zbliżał się wieczór i niebo robiło się miedziane.
Nie było jednak dostatecznie dużego biurka, co dla mnie jest rzeczą podstawową. Wyprawiłem się szukać kogoś w tym milczącym domu. Zeszedłem na dół. Wszedłem do sali z hallu w lewo – zobaczyłem długie szeregi wywieszonych obrazów i napis, że to wernisaż malarzy z okolicy. Za tą salą rozciągała się druga, koncertowa. Wyczytałem, że najbliższy koncert Stowarzyszenia Melomanów odbędzie się w piątek.
Cofnąłem się, przeszedłem na tamtą stronę hallu, znalazłem się w obszernej bibliotece; półki pod ścianami, stoły, głębokie fotele, biust marmurowy fundatora, senatora Phelana.
W końcu tej sali bibliotecznej przemknęło bezszelestnie coś szarego. Gdyby nie wymiary, myślałbym, że mysz, ale to była stara kobieta, cała szara, cała bezszelestna, istotnie przypominała mysz.
Kobieta-mysz nie spłoszyła się, jak i przepiórki. Bąknąłem, że szukam biurka. Najwidoczniej się ucieszyła. Zaproponowała, że ma biurko, mieszka na piętrze na wprost nas. Nazywa się Sally, jest dziennikarką. A ja jak się nazywam?
– Vanky.
No więc już, idąc z powrotem na górę jestem z Szarą Myszą na „ty”.
Uczepiwszy się dużego biurka, które stało w jej komnacie, wleczemy je, sapiąc, przez hall do mego „apartamentu”. Wyciągam butelkę whisky, na którą mysz patrzy z pojęciem. Siedzimy na tarasie we trójkę, gwiazdy się wyroiły, powietrze przecinają skośnym lotem nocne ptaki.
Sally pracowała w dzienniku w Detroit, wyszła za mąż, odeszła od zawodu, córkę wydała za mąż, owdowiała, chciałaby do dziennikarki wrócić, widać jej to nie bardzo idzie, siedzi tu już rok.
– A cóż to za zaklęty pałac?
Okazuje się, że nie miał kto zająć się fundacją, choć było to obowiązkiem Związku Literatów w San Francisco. Wreszcie przed kilku laty miejscowi obywatele stworzyli „Montalvo Association” i odtąd pałac służy miejscowym potrzebom kulturalnym. Zamieszkuje go tylko dwu stypendystów – ona i inna pisarka. Z dawnych tradycji zostało tylko 35 dolarów miesięcznie – resztka stypendium.
Nazajutrz, skoro dzień, lecimy patrzyć, gdzie jesteśmy. Idziemy zaczarowanymi dróżkami, trasowanymi w pnączach, przerzucającymi się przez strumyki powietrznymi mostkami. Na ich załomkach nieoczekiwanie wynurzają się rzeźby z kararyjskiego marmuru. Żona wspina się do popiersia fauna, prosząc, aby się przyznał, że to wszystko musiała stworzyć miłość, ale faun tylko porozumiewawczo się uśmiecha.
– Patrz na tę świątynkę – upiera się żona, wskazując na kolejną kolumnadę – przecież to tylko dla zakochanych.
Siadamy na ławeczce pod statuą Adama i Ewy. Na podium wyryto napis: ante peccatu, przed grzechem.
– Wypadło jedno „c” – mówię.
– Żeby to jedno „c”!… – grzmi jakiś głos.
Zza kępy magnolii wysuwa się Lewicki, dziennikarz mieszkający na pół drogi do San Francisco. Zwiedział się od kogoś z Monterey, że pojechaliśmy do Montalvo, i zjawia się. Tych Polaków jak nasiał, nawet u jednookich Arymaspów.
– Alem nie poznał pana – dziwuje się Lewicki, przyglądając się mojej dokumentnej łysinie – co pan obżałowuje jedno marne „c”. Patrz pan w tamten koniec ścieżki, tam stała taka sama statua z napisem: post peccatu – po grzechu. No i cóż? Nocą przyjechali ciężarówką, musiało być kilku ludzi, by taką marmurową grupę załadować nieuszkodzoną. Sprytni tu ludzie, co?... To z czasów, kiedy „raj dla artystów i ptaków” marniał bez nadzoru.
Umawiamy się z Lewickim, że zajedziemy do niego w drodze do San Francisco. Nęci nas jajami przepiórczymi, wędzonymi pasikonikami i pszczołami suszonymi w miodzie.
Wracamy ku pałacowi.
W jednej z loggii okalających patio, na wysokości pierwszego piętra coś się ruszyło – z bluszczu zasnuwającego prześwity loggii wyłania się smukła sylwetka w szlafroczku.
To Iris – jedyna, poza Sally, stypendystka fundacji. Autorka dobrej książki o Pulitzerze, słynnym dziennikarzu-wydawcy.
– No to teraz jesteśmy w trójkę – śmieje się. Śmiech ma miły, dobrze nam tu będzie z nią i z tą uczynną Sally.
– A cóż to wyczłapało, kiedyśmy przyjechali? – pytam z kolei.
– O, to Mr Heeks, zarządca raju. Dziwadło. Ale, bobym zapomniała, ma zwyczaj witać każdego przyjezdnego szampanem. Jesteśmy proszeni na wieczór.
Istotnie, pan Heeks zaprosił nas na szampana. Siedzieliśmy na tarasie przed jego mieszkaniem – Sally, Iris, Heeks i my – pięć drobinek z oceanu życia, każda drobinka nabrzmiała patosem przeżytych, rozbitych, zamąconych lat.
Na dalekich krańcach tonącej w ciemności panoramy palą się światła miast. Sally wyjaśnia, że to Los Gatos, San José, Santa Clara.
Co przypędziło tu te kobiety, obie mieszkające w Montalvo od roku? A ten Heeks?
Iris poczyna opowiadać melodyjnym głosem, skąd się wzięła nazwa tego pałacu – Montalvo.
W początku wieku szesnastego autor hiszpański, Garcia Ordonez de Montalvo, napisał powieść o bajecznie bogatym kraju obfitującym w złoto i drogie kamienie, zamieszkanym przez czarnych Amazonów...
– Masz ci los! – mówię, a perełki szampana, którego starannie dolewa mr Heeks, musują mi po mózgu. – To znaczy nie tylko jednoocy Arymaspowie. Tylko gdzie tu ludzi znajdziemy? – Spoglądam desperacko na szarą mysz, Sally, na Iris, która wydaje się mieć kuku na muniu, i na kulawego Heeksa.
– Nie przeszkadzaj, Vanky – mówi Iris (masz ci los, to i z nią jesteśmy na „ty”? W Polsce kochałem się w miłej panience trzy lata, pół tego czasu całowaliśmy się i dotąd z tą siwowłosą babcią jesteśmy na „pan”) – ten kraj leżał na wyspie, którą Garcia Ordonez nazwał Kalifornią. Nad tą wyspą miała panować królowa czarnych Amazonów, dosiadająca skrzydlatego gryfa. Wiadomo, że gryfy strzegą skarbów; zmarły Phelan osadził tu skarb niezwykłej urody i ponastawiał gryfów, aby go strzegły.
Heeks stęknął, przesuwając chorą nogą po stołeczku.
– On nie lubi, kiedy się mówi o miłostkach starego Phelana.
I słusznie – pokwapiła się Sally – zawdzięczamy mu pobyt w raju. A jeśli będziemy mącić jego zagrobowy spokój...
– To co, to co? – dopytywała się Iris.
– To będziemy go przywoływać na ziemię. Sama widziałam, jak przesuwał się w bibliotece.
Mr Heeks jęknął ponownie.
– Znowu się irytujesz, Heeks? – pytała Iris.
– Noga dolega – odpowiedział wykrętnie.
– Wiesz, Heeks, poradź się tego Perle’a Saveleya w Lemoore – mówi Iris.
Heeks ścina sarkastycznie wąskie usta:
– Już siedzi w mamrze. Przyszli do niego w przebraniu dwaj agenci, przyprowadzili kobietę z brodawką na ramieniu. Saveley orzekł, że to rak, który już się rozrósł na trzy i pół cala. Poszedł za to do paki, a sąd nakazał, aby wypłacił indemnizację po dwieście pięćdziesiat dolarów każdemu ze swych pacjentów.
Kiedyśmy wracali do siebie, Szara Mysz wyjaśniała:
– Heeks nie bez kozery mówi z goryczą o znachorach. Leczył się u niejakiego Franklina Lee w dolinie San Joaquin. Ten znachor zbijał ogromne pieniądze, przyjmując po siedemdziesięciu pięciu pacjentów dziennie – po trzech naraz, dwudziestu pięciu zmianami. Taki sobie wyznaczył kontyngent, bo miałby pacjentów bez końca. Nie ma co tak bardzo winić Heeksa, do tego znachora zjeżdżali wysoko postawieni ludzie.
– Jakże on leczył Heeksa?
– Maszyna, którą nazywał „ozonową”, miała siedem rurek, każda wydzielała inne światło. Skonstatował w tej nodze raka, zaordynował na każdorazowy seans 47 jednostek niebieskiego błyśnięcia, 31 zielonego i 22 żółtego. Drogo to kosztowało, Heeks więc ucieszył się, kiedy Lee sprzedał mu taką maszynę za 300 dolarów, bo odtąd mógł się leczyć w domu. Ale, niestety, podszedł Franklina D. Lee agent z ukrytym magnetofonem i wsadzono go na rok do więzienia. Wtedy Heeks, tylko się nie zdradźcie, że to wiemy, pokazał „ozonową” machinę elektrykowi; okazało się, że było w niej całej parady siedem żarówek, każda innego koloru.
– Ale ty nie wierzysz w znachorów, Sally?
– Ja i w doktorów nie wierzę. Patrz – pokazała mi krzywy palec – skruszyłam go we drzwiach, mając szesnaście lat. Miał na mnie wielki wpływ wyznawca Christian Science („Wiedza Chrześcijańska” – kierunek religijny Church of Christ). On mi zabronił wzywać lekarza, tylko się modlić kazał. I widzisz, że się zrósł.
– Ale krzywo.
– A skąd wiesz, że lekarze nie wpędziliby go w gangrenę? Dam ci książkę założycielki naszego kierunku w 1879 roku, Mary Baker Eddy. Nie, nasza wiara zabrania nam absolutnie wzywać lekarzy.
– Sally, masz małego wnuczka. Przypuśćmy, że zachoruje na ślepą kiszkę. Czyż nie wezwiesz chirurga?
– Nie, będę się modlić.
Do późna w noc czytam książkę założycieli sekty. Hm... Niech tam sobie Mary Baker. Małoż to dziwactw w tym kraju?

Dobrze tu nam się poczęło mieszkać w tym rezerwacie „dla ptaków i artystów”. (…)