Strona główna / Literatura polska / Melchior Wańkowicz. Dzieła / W ślady Kolumba. Atlantyk-Pacyfik

Aktualności

22.01.2021

Nie żyje Henryk Jerzy Chmielewski (Papcio Chmiel)

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że 22 stycznia 2021 r. zmarł Henryk Jerzy Chmielewski (Papcio Chmiel).

Wywiady

19.11.2020

Niksen jest jedną z form dbania o siebie

Czy wiecie, jak ważne jest to, by co jakiś czas wykroić sobie z codzienności chwilę na nicnierobienie? Niby ciągle mówią o tym psychologowie i coache, ale teraz mamy to czarno na białym: Agnieszka Drotkiewicz rozmawia o niezbędności lenistwa z Olgą Mecking, autorką książki o tajemniczym pojęciu "niksen".

Posłuchaj i zobacz

07.01.2021

Krzysztof Pyzia gościem Pytania na śniadanie

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Krzysztofem Pyzią, autorem książki "Stewardesy. Cała prawda o lataniu".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pięć Stawów. Dom bez adresu Beata Sabała-Zielińska
  2. Śreżoga Katarzyna Puzyńska
  3. Uciekłam z arabskiego burdelu Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

W ślady Kolumba. Atlantyk-Pacyfik

Melchior Wańkowicz

PRZEDMOWA

Od czasów Kolumba Ameryka raz po raz była odkrywana przez różne narody.
Czekałem na możność i polskiego przyłożenia się tyleż co Kolumb, który przez siedemnaście lat starał się, aż ktoś sfinansuje jego „bzdurny” projekt: płynąć w kierunku zachodnim, aby osiągnąć wschód. Wreszcie, kiedy już zrezyg­­nował i zaszył się w klasztorze, królowa Izabela przysłała sumkę o tyle dostateczną, aby się pozbyć łachmanów, ale tak małą, że podążał do królowej na ośle, żebrząc po drodze o pożywienie.
Przyjechałem do Ameryki w 1949 roku i jeżeli książka ukaże się w 1967, to czekałem takież same siedemnaście lat.
Od czasów Kolumba sami Amerykanie wciąż tę Amerykę odkrywają i odkrywają. Przecież w 1890 roku po raz ostatni bili się z Indianami, w 1900 ostatecznie i na dobre dołabudali się do Pacyfiku, w 1912 dopiero Arizona i Nowy Meksyk otrzymały prawa 47. i 48. stanu, a Alaska i Hawaje kolejno w 1959 i 1960.

Trzy książki, które wydaję, powstały z ciągłej włóczęgi. Zamiast osła miałem rozklekotane auto, a zamiast jałmużny – honoraria za odczyty w ogromnym zasięgu lądów Ameryki i Kanady.
Wreszcie te przypadkowe wagabundy uwieńczone zostały celową wyprawą tam i z powrotem: Atlantyk–Pacyfik–Atlantyk:
1800 km wzdłuż Atlantyku poprzez stany Nowy Jork, New Jersey, Delaware, Maryland, Wirginia, Karolina Północna, Karolina Południowa, Georgia.
1900 km wzdłuż Zatoki Meksykańskiej przez stany Missisipi, Luizjana, Teksas.
1800 km wzdłuż granicy meksykańskiej przez stany Nowy Meksyk i Arizona.
2000 km wzdłuż Pacyfiku przez terytorium Meksyku i przez stan Kalifornia.
5500 km wreszcie z powrotem nad Atlantyk, stanami środkowymi Stanów Zjednoczonych: Nevada, Utah, Kolorado, Kansas, Missouri, Indiana, Illinois, Michigan, Ohio, Pensylwania, Wirginia Zachodnia, Dystrykt Columbia.
Razem ze znanymi mi z poprzednich wielokrotnych wypadów stanami Minnesota, Wisconsin, Vermont, Maine, New Hampshire, Massachusetts, Connecticut i Floryda, do których raz po raz nawiązuję, relacjonuję 33 stany, drugi pobyt w Meksyku (pierwszy w 1926) i rezultat przebycia wielkiej ilości kilometrów, które nawet w przybliżeniu trudno mi jest obliczyć. Do tego należałoby dodać
18 000 km w Kanadzie od oceanu do oceanu, co poszerza perspektywy relacji.
W sumie przebywałem trasę Atlantyk–Pacyfik cztery razy: w 1950 przez Kanadę, w 1954, 1957 i 1961 przez Stany Zjednoczone.
„Kiedy byłem podrostkiem – pisze Steinbeck – mówiono mi, że dojrzałość wyleczy mnie z gorączki włóczęgowskiej. Kiedym dojrzał, przesuwano termin na średnie lata życia. Kiedym ich doszedł, twierdzono, że uspokoję się na starość. No i teraz, kiedy mam pięćdziesiąt osiem lat, muszę stwierdzić, że to swędzenie nie ustało”.
Okazało się, że to swędzenie trwa widać i poza siedemdziesiątkę, bo w tym właśnie wieku autor i jego Bogu ducha winna żona zabawili się w kolumbowanie.
Jeśli Kolumbowie nie umieją obracać językiem, to zdarza się im to, co się zdarzyło i samemu Krzysztofowi Kolumbowi: on odkrył, a ziemię odkrytą nazwano imieniem kartografa Amerigo Vespucciego.
O takim Bjarnim Herjulfsonie, który na pół tysiąca lat przed Kolumbem odbył drogę ku Ameryce, stara saga podaje, że rozgorączkowani Norwegowie byli zawiedzeni, bo nie umiał nic opowiedzieć.
Zdarza się to nawet laureatom Nobla.
Steinbeck przejechał moją trasę w tym samym roku, tylko w odwrotnym kierunku. Zapewne nasze wozy gdzieś się minęły. W rezultacie o jego książce (o ileż prędzej pracują amerykańscy autorzy i wydawcy) pisał „Time”: „Czy warto było poświęcić trzy miesiące i zrobić 10 000 mil, aby nie mieć nic do powiedzenia?”.
Caldwell, przebywszy 25 000 mil aeroplanem i wynajmowanymi na lotniskach wozami, napisał książkę Around about America, o której tenże sam „Time” napisał, że książka jest pełna banałów, a jego rozmowy z ludźmi are a strangely jaceless lot, zadziwiająco bezbarwne.
Z tego by wynikało, że beletrystom może powinąć się noga na reportażu.

Polscy Kolumbowie napisali wiele książek o Ameryce, byli jednak handikapowani brakiem dewiz i czasu. Toteż czasem przypominają Enę Ferber, autorkę książki o Meksyku, o której jeden z krytyków napisał, że tylko przeleciała nad Meksykiem, poprosiwszy pilota, by leciał wolniej.
A ponieważ obcego kraju należy się uczyć, dając m.in. raz po raz buty do podzelowania, więc w rezultacie te nieraz z wielkim talentem pisane sprawozdania mogą na polskich Kolumbów ściągnąć zarzut, który profesor historii na Harvardzie, John Fisk, postawił samemu Kolumbowi: „Nie wiedział, dokąd płynie; kiedy dopłynął, nie wiedział, gdzie się znajduje; kiedy powrócił, nie wiedział, co odkrył”.
Też same trudności stoją przed odkrywcami i teraz. Nie jest łatwo pisać o kontynencie, którego największy stan jest 500 razy większy niż stan najmniejszy; najbardziej zaludniony liczy 105 razy więcej ludności niż najmniej zaludniony; najzimniejszy osiąga 50 stopni Celsjusza w dół, gdy najgorętszy tyleż w górę; są stany mające niewiele więcej wody niż Sahara i są takie, które jej otrzymują niewiele mniej niż bagna Amazonki; każdy stan ma inny układ gospodarczy i demograficzny, inne tradycje, inne prawodawstwo; każdy ma swój herb, sztandar, hymn, kapitol w swojej stolicy, swój przydomek i swoje godło – kwiat, drzewo, zwierzę.
Gunther, znakomity insider, autor szeregu książek zatytułowanych Inside, tzn. „wewnątrz” (Rosji, Azji, Afryki itd.), napisawszy książkę Inside America, wyznał: „To była najtrudniejsza z moich książek. Dla niej zużyłem trzynaście miesięcy na jazdę po wszystkich stanach. A mimo to główną wadą tej książki jest dysproporcja poszczególnych części”.
A więc nie tylko beletryści, ale i publicysta uległ niebezpieczeństwom „travelogu” – sprawozdania z podróży.
Cóż w tym dziwnego, kiedy w podróży poszatkowanej kilometrażem migają: młodzież i renciści, praca i zabawa, biali i czarni, bogactwo i bieda, supertechnika i klęski przyrody, purytanizm i perwersje, tchórzostwo i odwaga, epikureizm i sport, nauka i cwaniactwo, materializm i idealizm, religianctwo i ateizm, politykierstwo i biznes – wszędzie po strzępku.
Gunther, więcej publicysta niż reporter, korzysta z przywileju pozwalającego wdawać się w traktaty, które rozbijają reportaż.
Gunther dokumentuje, reporter oscyluje od dokumentu do groteski.
Gunther rozmawia z ludźmi „szczytowymi”, z każdej rozmowy wynika konkluzja. Reporter rozmawia i z ludźmi najbardziej szarymi, synteza może się nasunąć dopiero po szeregu rozmów.
Gunther chce uczyć o Ameryce – reporter pragnie, aby czytelnik poczuł się w Ameryce.
Przez to czytelnik zostaje tak zbliżony, że obmaca kolejno nogę i trąbę słonia i może nie wiedzieć, jak słoń wygląda.
Nie mam najmniejszej wątpliwości, że nie napisałem takiej książki, o jakiej bym marzył. Ale taką książkę może napisać tylko autor tkwiący lata w krwiobiegu amerykańskim, a przy tym zachowujący recepcję polską. Tylko los może zdarzyć polskiej literaturze taką gratkę. Moja książka zbliża temat, bo idę dołem drobnych spraw Ameryki. Ale, niestety, tkwi we mnie turysta.
Pocieszam się anegdotą o cennej perle, której żaden z fachowców nie śmiał przedziurawić; udało się to prostaczkowi, który to zrobił dlatego, że nie miał kompleksu.
Kompleksu nie miałem, bo i założenie nie było takie ambitne.
Nie lubię książek à thèse. Ale po napisaniu każdej z książek stawało się jasne, że teza sama wyszła. Widać była w duszy piszącego nieuświadamiana. Dlatego, nie lubiąc literatury a priori zaangażowanej, w rezultacie nie napisałem w życiu niczego, co by nie było zaangażowane.
Przyglądając się grubemu rękopisowi po jego ukończeniu, rozumiem, że przez Amerykę prowadziło mnie nieustanne zdumienie człowieka kultury organicznej, może nawet aż rustycznej, który ogląda życie technokratyczne wytwarzające kulturę nieorganiczną. Stąd w książce nieustanny zachwyt, olśnienie i skurcz, i rezerwa.
W epoce, kiedy świat idzie do kultury uniwersalnej, narody o kulturze organicznej starają się nadrobić zapóźnienia, a narody technokratyczne rozpaczliwie oglądają się za odtrutkami – może pewną wartość ma książka człowieka nurkującego z klimatu sobie przyrodzonego w głębie, w których ulega innym ciśnieniom.

I z tego założenia wywodzą się rozsiane po książce „polonica”. Nie tylko w podawanych konkretach, ale i w nastroju. To znaczy, że pisząc o tematyce najbardziej odległej, myślałem o Polakach. Siedząc na rodeo z kowbojami, czułem się, jakbym siedział między knajakami z polskiego stadionu i krzyczał wraz z nimi „sędzia kalosz”. Łapiąc grzechotnika, przeżywałem chłopięce emocje pogoni za zaskrońcami. Na młodzież patrzyłem przez pryzmat serc przeszytych strzałą wydrapanych na korze polskich drzew za moich sztubackich czasów. No i tak dalej – od rzemyczka do koniczka.

Steinbeck pisze w przedmowie do swojej książki o podróży dokoła Ameryki: „Jeśli Anglik, Francuz czy Włoch przejechałby moją trasą, to obrazy przez nich nagromadzone przybrałyby kształt nie tylko inny od mojego, ale też różniłyby się bardzo między sobą”.

Ale jeśli pojedzie Polak, to jego reportaż różnić się będzie jeszcze bardziej. Różnić się będzie całym obszarem cywilizacyjnym.
Polski reportaż wyrósł na pożywce rustycznej, europejski – na urbanistycznej. Stąd większa podmiotowość polskiego reportażu, większe zbliżenie tematyki do osobistych odczuwań odbiorcy.

I stąd w książce tej występuje – Królik.
Dobra to rzecz wziąć ze sobą w podróż żonę.
Zmiarkował to autor reportażu o Ameryce, Norweg Karlsefni, który w 1004 roku podał wieści o pierwszym jej odkrywcy, Leifie Ericssonie. Otóż Karlsefni pośpieszył za Ericssonem, biorąc ze sobą żonę. Odtąd ten zwyczaj trwa w jedynej flocie handlowej na świecie – norweskiej.
Jeszcze i w 1926 roku, na tajemniczym morzu Sargassa, wylegując się na szezlongu na pokładzie, na który od czasu do czasu padała latająca ryba, zobaczyłem przesuwający się norweski handlowiec, a pod masztem schludną staruszkę w fartuchu z koczkiem na głowie, robiącą na drutach – żonę ka­pitana.
Karlsefni wyprawił się między pływające lodowce (via Islandia-Grenlandia) z żoną w ciąży.
Caldwell, wprawdzie na mniej uciążliwe eskapady, zabierał ze sobą kolejne żony nałogowo. W 1940 jeździł z pierwszą żoną, po czym napisał pierwszą książkę z podróży. Niedawno z czwartą żoną znowu objechał USA i ponownie napisał książkę na tenże temat.
Wprawdzie nielitościwy „Time” napisał o zdobiących książkę rysunkach Caldwelliny, że są one na poziomie szkoły średniej. Tego się ustrzegę, idąc za wskazaniem Wacława Potockiego, zalecającego żonę cnotliwą, która „choć sama nie pisze, dość, że nie przeszkadza, nie kłóci, nie hałasi, mężowi dogadza”.
Otóż żona moja, ówże Królik (od tego królika, co to „zaczynał” z buldogiem, bo nosem ruszał), pada już jako drugie pokolenie ofiarą eksperymentów polskiego reportażu.
Córka moja, onże Tirliporek, po ukazaniu się Smętka orzekła: „Dułnia ze mnie złobiłeś, ale to dla Mazułów i dla litełatuły” (jako że mimo nakazywanych wierszyków o „krowie w kropki bordo kręcącej mordą” nie mogła tego „r” opanować).
Otóż żona moja powiada: „Dla kawału żonę byś sprzedał”.
Ale to nie dla kawału, tylko dla podcieplenia reportażu, zbliżenia tematyki do czytelnika i żeby zbytnio impulsywny puentylista, malujący kontrastowymi kropkami zamiast rozmazywania po palecie, miał bardziej zrównoważonego, zbalansowanego towarzysza. „Chłopek-Roztropek”, na którego los skazuję Wielce Szanowną Działaczkę i Osobę z Wyższym Wykształceniem, do której towarzyszki-społeczniczki zbiegają się z oburzonym „jak wy na to pozwalacie”, chroni mnie swymi uwagami przed czytelnikami dającymi bobu za uproszczenia.

Dodaję parę informacji warsztatowych.
Niejednokrotnie jest nieuwypuklona data. Jak wzmiankowałem, ośmiokrotnie przemierzyłem kontynent amerykański, tzn. czterokrotnie tam i z powrotem, fakty zaś poszerzające moje informacje wtłoczyłem w opis jednego przejazdu.
Dokładność i szczegółowość liczb zbieranych w przeprowadzonych rozmowach wypływa z trzech źródeł: magnetofonem posiłkowałem się najrzadziej, bo to peszy: ogromną ilość materiału zawdzięczam stenografii „domowej roboty”, którą sobie wyrobiłem w ciągu kilkudziesięciu lat; dopełniałem rozmowy lekturą; w takich wypadkach nie wahałem się dopełniać rozmowy liczbami tak esencjonalnymi dla zainteresowań moich rozmówców, że albo mi je sami podawali, albo, w każdym razie, musieli je znać.
W książce – poza nielicznymi wyjątkami – nie ma przypisów, odnośników itd. To by było pretensjonalne i paczyłoby zamierzenie artystyczne reportażu. Niemniej jednak wysiłek włożony w skompletowanie materiału przez studia nie był mniejszy od tego, który pociągnęło zbieranie informacji na miejscu. Przetopienie w jednym tyglu materiału wizualnego i teoretycznego wymagało dużej pracy. Nieraz poszukiwanie jakiejś analogii, korespondującej daty lub zdarzenia, porównania z innymi krajami, a zwłaszcza z Polską, nieraz wyszukanie jednej liczby zajmowało godziny w bibliotece albo pociągało szukanie telefonicznie, a nawet osobiście u specjalistów. Po czym następował wysiłek największy – zacierania śladów tej pracy.
Imiona amerykańskie, nieraz w tym samym zdaniu, są wymieniane jedne z inicjałami, inne – bez. Jones, Smith lub Brown przeważnie mają inicjały, ale żaden Washington lub Hemingway.
W wypadkach przekładu zbyt dowolnego podane są równorzędne zwroty w oryginale.
Zamiast nazwy Stany Zjednoczone książka posiłkuje się zwyczajową, acz nieprawidłową terminologią „Ameryka”.
W książce jest wiele liczb, zwykle starannie przesianych. Liczba celnie wybalansowana jest nie tylko dokumentem, ale stanowi sama w sobie czynnik emocjonalny i jest cennym walorem literackim.
Dane liczbowe są przeliczone na system metryczny ze szkodą dla plastyki, ale z pożytkiem dla wygody czytelnika i jego asocjacji.
Książka jest samodzielną całością o zamkniętej treści i oddzielnym tytule. Ale następne dwie książki, znów pod oddzielnymi tytułami, będą kontynuacją podróży.