Strona główna / Literatura polska / Jasienica. Powrót / Tylko o historii

Aktualności

28.10.2021

Małgorzata Gutowska-Adamczyk w Mińsku Mazowieckim

W czwartek 28 października o godz. 18:30 zapraszamy do Miejskiej Biblioteki Publicznej w Mińsku Mazowieckim (ul. Piłsudskiego 1a) na spotkanie z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Osiedle Sielanka. Sąsiedzi".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

16.10.2021

Rozmowa z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Osiedle Sielanka. Sąsiedzi".

Bestsellery

TOP 20

  1. Billy Summers Stephen King
  2. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston
  3. Dubaj krwią zbudowany Marcin Margielewski

Tylko o historii

Paweł Jasienica

ZIEMIA JEST WSZYSTKIM WSPÓLNA

Już chyba od tygodnia biedzę się nad pierwszymi zdaniami tego rozdziału, obracam je w mózgu na wszystkie strony i jakoś nie mogę dojść do ładu. Trudno mi zdobyć się na bezstronny sąd i rozstrzygnąć, co bardziej wpłynęło na moje uznanie dla Sylwetek rzymskich profesora Stanisława Łosia – niezaprzeczalna wartość tej książki czy to, że należy ona do gatunku tak bardzo w Polsce rzadkiego.
Jest to zbiór kilkunastu szkiców (zwanych u nas z cudzoziemska, a więc dostojnie, esejami). Wszystkie razem układają się w historiozoficzną syntezę, w pasjonującą opowieść o jedynej w dziejach przygodzie plemienia, które stworzyło światowe państwo – o wzroście, rozkwicie i uwiądzie imperium.
Temat, o którym napisano biblioteki. Jak przystało na miłośnika kultury klasycznej, profesor Łoś zalicza dziejopisarstwo do literatury pięknej. Nie rozprawia o tym teoretycznie, ale świadczy czynem. Ani jednym słowem nie chwali się, że zwiedził owe księgozbiory dzieł fachowych, całą „kuchnię” chowa gdzieś w zakamarkach swego warsztatu. Chodzi sobie po tym Rzymie (z przyległościami) jak po własnym mieszkaniu, zna go o wiele lepiej niż ja Warszawę, o Scypionach, Katonach i Emiliuszach rozprawia niczym o kumach z przeciwka.
I jakże tu nie zachwycać się tą niezrównaną znajomością kanonu naszej kultury? Niedawno temu, w rozprawie pewnego polskiego naukowca, przeczytałem wspomnienie o wycieczce do Grecji. W teatrze Dionizosa „u stóp Akropolu” oglądał autor Antygonę Sofoklesa, graną na koturnach, z maskami i w togach... Równie dobrze można by napisać, że król Stefan Batory nosił czapę z czterdziestu soboli, a królowa Anna kokosznik.
Zanotujmy jako rzecz szczególnie ważną, że pomimo wszystkich sentymentów dla tematu autor Sylwetek rzymskich nie traci dystansu. Zawsze stać go na ironiczny uśmieszek. Jak się zdaje, bez tej umiejętności nie można być prawdziwym humanistą.

Legenda opowiada – wywodzi profesor – że założyciela Wiecznego Miasta wykarmiła swym mlekiem wilczyca. Historia stwierdzić może, że naród Kwirytów wyssał z mlekiem tej prakarmicielki – obok innych właściwości wilczych – nieodparty pociąg do wieprzowiny. Z niej to czerpał siły i rozkosz życia, a później nawet poetyckie natchnienie... Gdy w epoce wczesnorepublikańskiej wyruszały w pole rzymskie legiony, by walczyć pro aris et focis (za ołtarze i ogniska domowe), wiódł je do zasługi i sławy zatknięty na drągu łeb wieprzowy. Historycy pragnący ocalić dostojeństwo dziejów Rzymu utrzymują, że był to dzik.

Słynny orzeł rzymski zapanował na sztandarach późno, u samego schyłku II wieku przed Chrystusem.

Szpony orłowe – czytamy dalej – zdobyły imperium tylko w jakichś dwudziestu procentach. W tym samym co najmniej odsetku zdobył je łeb wieprzowy. Tak świadczy historia. W jeszcze wyższym niż przy zdobywaniu imperium stopniu zasłużył się ryj wieprzowy, gdy przyszło do zakorzeniania narodu Kwirytów na zdobytej mieczem ziemi. Kolonie mogły bogacić się na hodowli nierogacizny. Natomiast dzieje nie zapisały ani jednego wypadku, by ktokolwiek wzbogacił się na hodowli orłów.

To wszystko w rozdziale „Homo Porcius”, traktującym o gospodarczym i społecznym podglebiu dziejów republiki. Przyznajmy, że po oceanach nudy na temat „bazy” ta metoda bardzo przecież uczonego wykładu działa jak łyk tlenu.
Szkice składające się na ten tom były ogłaszane w rozmaitych czasopismach. Wolno chyba przypuszczać, że autor pisał je, nie myśląc początkowo o wydaniu ich w jednej książce. Inaczej trudno by zrozumieć jej najpoważniejszy brak formalny, polegający na powtórzeniach. Te same tezy, nawet motywy i sformułowania, powracają w poszczególnych rozdziałach. Pomaga to czytelnikowi lepiej zapamiętać poszczególne kwestie, ale pięknu dzieła wyraźnie szkodzi. Istnieje zasada, że powtarzanie jest matką studiów rozumianych jako nauczanie. Artysta jednak ma tę cechę wspólną z dzielnym generałem, że woli jedno dobrze skoncentrowane uderzenie od tuzina wypadów cząstkowych.
Charakterystyczną i urzekającą cechą książki jest jej idealna zgodność z polską tradycją patrzenia na starożytny Rzym. Można oczywiście przypierać mnie do muru, żądając ścisłego dowodu w postaci cytatu, zdania albo twierdzenia wyrażonego wprost. Jednak od tego wszystkiego ważniejsza jest melodia przenikająca dzieło, rozkład cieni i świateł, zwykła zaduma autora nad tym właśnie, a nie innym fragmentem prawdy.
Istotą tej tradycji jest podświadomy nawyk utożsamiania się polskiego pisarza i czytelnika z bohaterami dziejów starożytnego, zwłaszcza republikańskiego, Rzymu, a nawet po prostu z nim samym.
To nam głęboko weszło w krew i wątpię, czy wśród wielbicieli Quo vadis znajdzie się choć jeden, który by czuł inaczej. Czytając o barbarii, która tylko wobec Rzymian udaje ludzi, lecz u siebie w domu chodzi jeszcze na czworakach, każdy utożsami się z szydercą – aczkolwiek logicznych powodów po temu brak.
Do powieści Sienkiewicza przyjdzie jeszcze powrócić, trudno bowiem zaczynać od niej, kiedy omówiona tradycja jest u nas zadziwiająco stara. Wspomnijmy mistrza Wincentego Kadłubka i jego gorącą miłość do starożytności... klasycznej wprawdzie, ale też pogańskiej. Miłość aż dziwną u człowieka, który był przecież pierwszym biskupem krakowskim wybranym w sposób kanoniczny. Jeśli wierzyć Kadłubkowi, w żyłach dynastów piastowskich płynęła domieszka krwi julijskiej, która to krzyżówka dała ze wszech miar wspaniałe rezultaty.
Oryginalnie się to układa: im młodszy w danej ziemi katolicyzm, tym silniejsze ciągoty do Wiecznego Miasta. Baśniami o rzymskim pochodzeniu szczególnie przejęło się rycerstwo Wielkiego Księstwa Litewskiego: my stara szlachta rimskaja, a wy – Lachowie – z chłopów...
Dla bezstronności wspomnijmy, że według Paprockiego dwadzieścia tysięcy szlachciców wywodziło się na Mazowszu z nasienia jednego jedynego patrycjusza rzymskiego, który tam kiedyś przybył – w świecie wyobraźni.
Cóż dziwnego, że stan o równie dostojnej genealogii tak kurczowo trzymał się łaciny.
W Rzymie – przypomina profesor Łoś – do nobilów zaliczał się każdy, kto osiągnął w senacie jedną z czterech głównych godności, przy czym tytuł dziedziczyli po nim męscy potomkowie w dwóch pierwszych pokoleniach. Dalsi, jeśli sami do senatu nie weszli, tylko przez grzeczność uważani byli za przynależnych do nobilitas.
W dawnej Polsce dostojeństwo rodu magnackiego zależało od liczby senatorów w jego dziejach. Na pierwszym miejscu stali więc Radziwiłłowie, którzy u schyłku Rzeczypospolitej liczyli ich czterdziestu. Sapiehowie mieli tylko o dwóch mniej. Magnat lub szlachcic, który sam się niczego nie dochrapał, zostawał jednak – antiquo more – wojewodzicem, kasztelanicem, podstolicem.
Nie ma cudu, że po takich i przez całe wieki trwających przygrywkach literatura polska wydała Quo vadis, gdzie owo utożsamianie się z Rzymianami osiągnęło szczyt.
Można przeciwko tej tezie wytaczać najcięższe kolubryny. Quo vadis to powieść programowo katolicka, kończąca się apologią Bazyliki Piotrowej, która „panuje dotąd z wyżyn watykańskich miastu i światu”. Rzym starożytny, czyli pogański, „wszechwładny jeszcze, ale bezduszny, uwieńczony i rozpasany, ale już gasnący”, autor potępia. Wszystko to prawda – ale czysto formalna.
Artysta wypowiada się do głębi dopiero przez postacie, które sam stworzył. Jeśli przyłożyć do Quo vadis tę miarę, okaże się, że Sienkiewicz całą duszą jest właśnie ze światem pogańskim, bo tylko ten żyje w powieści artystyczną prawdą. Po stronie chrześcijańskiej mamy w tej książce lukrowe kolorki i glicerynowe mydło (przy jakiejś innej okazji trzeba będzie zastanowić się nad tajemnicą tego dziwnego pisarza katolickiego, którego pióro d o b r z e kreśliło tylko typy z punktu widzenia moralności katolickiej najzupełniej amoralne).
Zresztą Sienkiewicz w wielce oryginalny sposób doprowadził do syntezy. Usunął przeszkody wynikające z przyczyn, jeśli wolno tak powiedzieć, formalno-wyznaniowych i pełnym głosem wyśpiewał pochwałę stylu życia rzymskiego patrycjusza. Uczynił to w ostatnim liście Winicjusza do Petroniusza:

Oto w tej chwili z portyku, pod którym piszę, widzę naszą spokojną zatokę, a na niej Ursusa w łodzi, zapuszczającego sieć w jasne tonie. Żona moja przędzie czerwoną wełnę obok mnie, a w ogrodach pod cieniem drzew migdałowych śpiewają nasi niewolnicy. O, co za spokój, carissime, i jakie zapomnienie dawnych trwóg i boleści! Ale to nie Parki, jak piszesz, przędą tak słodko nić naszego żywota, to błogosławi nam Chrystus, umiłowany nasz Bóg i Zbawiciel... Słudzy nasi i niewolnicy wierzą również, jak i my, w Chrystusa, a że On miłość nakazał, więc miłujemy się wszyscy.

Doprawdy, trzeba nie mieć nosa, żeby nie poczuć w tych słowach zapachu Nagłowic – gdzie „wszystko czyście” – lub Soplicowa.
W gruncie rzeczy chodziło tylko o metrykę chrztu dla Winicjusza, na tym się wyczerpuje ideowy konflikt. Petroniusz odmówił jej przyjęcia. I czy to przypadek, że scenę jego samobójczej śmierci zapamiętają wszyscy, a Winicjuszowe sielanki na Sycylii nikogo nie obchodzą?
Profesor Łoś też pisze wyraźnie:

W sto lat po wojnach domowych nie pozostało nic z warstwy, która zbudowała imperium i która przez lat trzysta nie zamknęła złotej księgi swych dziejów. Ostatni jej synowie od Trazei do Petroniusza umieli pięknie umierać.


Sylwetki rzymskie doskonale współdźwięczą z tą połową Quo vadis, która zasługuje na nazwę wielkiego dzieła sztuki.
Bohaterem ostatniego szkicu jest rymotwórca z V wieku naszej ery, biskup Sydoniusz. Jednakże – mówi nam autor –

w pojęciu współczesnych biskup bynajmniej nie powinien był być stroniącym od świata i nienawidzącym świata ascetą. Miejscem ascetów była pustynia... Godność biskupia, żywe świadectwo znakomitości rodu i zalet osobistych, stawała się niemal dziedziczna. Pięknie to było być biskupem z dziada pradziada i kroniki zapisały wiele rodzin, w których infuła przez kilka pokoleń wieńczyła pełne pracy i zasług żywoty.

Jakoż i nasz Sydoniusz posiada pałace, rezydencje, pola, sady oliwkowe, winnice, łąki, lasy, stawy i zwierzyńce. W podsieniach jego domu rzędem stoją konterfekty przodków, lecz za to w oficynach kwaterują olbrzymi, jasnowłosi, cuchnący czosnkiem wojownicy burgundzcy i biedny poeta nie ma przez nich chwili spokojnej.
Ten Sydoniusz to też taki Petroniusz w pomniejszeniu, pozbawiony znamion wielkości może przede wszystkim dlatego, że przyszło mu żyć w czasach, kiedy już żaden pijany konsul nie mógł krzyczeć na sali biesiadnej: „Trzydzieści legij strzeże naszej pax romana!... A bodajże nawet trzydzieści dwie...”.
Tradycja, w której się tak dobrze mieszczą Sylwetki rzymskie, jest prastara, urocza, miła sercu – ale coraz wyraźniej brzmi w niej dysonans. Przeżycia ostatnich czasów sprawiły, że godzić się z nim dalej nie sposób.
Moje znajomości z antykiem zaczęły się, zanim jeszcze nakazał mi to program szkolny. Najpierw przeczytałem Iliadę w szacownym przekładzie eks-księdza Dmochowskiego, potem – mając lat trzynaście – Quo vadis. Zanurzyłem się z głową w Sienkiewiczowską atmosferę i nie wyobrażałem sobie, że można na sprawy Rzymu patrzyć inaczej. Zaskoczenie nastąpiło, kiedyśmy się zabrali w gimnazjum do Liwiusza w oryginale.
Wykładowcą łaciny był wtedy u nas – w Grodnie – Franciszek Dańko, syn chłopa z Małopolski, rozmiłowany w świecie klasycznym nad podziw. Zawsze porządnie ubrany, od modnych nowinek stronił, co mili wychowankowie objaśniali słowami: „Cycero getrów nie nosił, Cezar nie nosił i ja nie będę”.
Gdy doszło do drugiej wojny punickiej i opowiadania o Hannibalu, który puszczał na wolność jeńców z wojsk pomocniczych, lecz samych Rzymian tępił bez miłosierdzia, profesor przerwał wykład i zasępił się.
– Pochwalać nie można, ale i dziwić się też nie – powiedział. – Rzymianie byli Prusakami starożytności. (…)