Strona główna / Biografie, wspomnienia / Hotel Europa. Rozmowy

Aktualności

22.05.2020

Premiera online nowej książki Piotra Borlika

We wtorek 2 czerwca o godz. 19.30 zapraszamy na premierę online najnowszej książki Piotra Borlika "Zapłacz dla mnie".

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.04.2020

Krzysztof Gosztyła czyta MAŁY WIELKI TYDZIEŃ

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Mały wielki tydzień" autorstwa Darka Milewskiego w znakomitej interpretacji Krzysztofa Gosztyły.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jest krew... Stephen King
  2. Zaginione arabskie księżniczki Marcin Margielewski
  3. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

Hotel Europa. Rozmowy

Remigiusz Grzela

BYŁAM W NIEBIE, BYŁAM W PIEKLE
Rozmowa z Urszulą Dudziak

Mieszkasz to w Nowym Jorku, to w Warszawie, to w Szwecji, a ciągle śpiewasz o Straconce. Co to za miejsce?
Moje miejsce mityczne. W wiosce Straconce mieszkałam do czwartego roku życia (dziś to podobno ekskluzywna dzielnica Bielska-Białej). Z okna naszego domu widziałam górę. Byłam pewna, że po drugiej stronie jest państwo założone przez dzieci i że one nie muszą chodzić do szkoły. Właśnie o tej górze napisałam piosenkę. Mówię w niej, że zawsze chciałam sprawdzić, co tam jest. Nie sprawdziłam, ale nie przestałam marzyć. Może tam był Nowy Jork? Straconka pachniała czereśnią. Może kiedyś, kiedy będę stara, wybuduję sobie domek i posadzę czereśnie... Czy to będzie w Straconce? Nie wiem. Raczej nie. Chciałam tam znów pojechać, ale bałam się, że zburzę swoje wyobrażenia. Może przez lata wymyśliłam sobie Straconkę?

Ze Straconki wyprowadziliście się do Czarnowic, potem do Gubina...
W Gubinie zamieszkaliśmy w poniemieckiej willi. Niedawno skończyła się wojna; widziałam bunkry, okopy, broń... Wybuchające miny zabijały moje koleżanki. Kiedy czytałam powieść Pawła Huelle „Weiser Dawidek”, zobaczyłam na nowo tamte czasy. Jakby Huelle opisał moje dzieciństwo. W Gubinie też była góra, którą miejscowi nazywali Górą Śmierci. W czasie wojny toczyły się tam zaciekłe walki, stąd ta nazwa. Mieszkaliśmy w jej pobliżu. Śniła mi się przez lata. W tych snach prowadzono mnie tam na spalenie.

Te miejsca są też w Twojej muzyce. Kiedy na płycie „To i Hola” śpiewasz z Grażyną Auguścik piosenki ludowe, jesteś strasznie wesoła, na przykład w „Dwóch serduszkach”. To taka radość „z przyjazdu do domu”. A na płycie „Malowany ptak” dedykowanej Jerzemu Kosińskiemu tę samą piosenkę śpiewasz jak tren. Opłakujesz bliską osobę, której już nie ma - jak czyniono na wsiach, w takich Straconkach...
Jerzy zmarł w maju 1991, „Malowanego ptaka” zaczęłam nagrywać trzy lata później. Długo trwało, zanim zdecydowałam się wyśpiewać mój ból.
W książeczce dołączonej do płyty zamieściłam Jego słowa: „Urszulo, czuję się jak wypalone ognisko... Jesteś dla mnie metafizyczną klapą bezpieczeństwa. Musisz mnie cały czas inspirować, bo inaczej zacznę pisać książkę telefoniczną nieistniejącego miasta. Przynosisz mi ulgę, ale dlaczego jest mi tak ciężko na sercu? Jak byłem małym dzieckiem, wszystko czułem, a nic nie wiedziałem. Teraz wszystko wiem, a nic nie czuję...”. Po śmierci Jerzego moja dusza była przerażająco smutna, rozdygotana, wędrowała gdzieś daleko. A na płycie z Grażyną jestem taką jowialną chłopką ze Straconki.

Kiedy poznałaś Kosińskiego?
Zobaczyłam go po raz pierwszy w 1978 roku na 57. Ulicy, przy której mieszkał. Ja mieszkałam wtedy przy 58. Wiedziałam, kim jest. Występował w popularnych talk show, był bardzo dowcipny... A więc zauważyłam go idącego w moją stronę. Bardzo chciałam powiedzieć: „Dzień dobry, nazywam się Urszula Dudziak. Jestem wokalistką jazzową z Polski”. Ale kiedy zbliżyliśmy się do siebie, ostentacyjnie spuścił głowę. To mnie onieśmieliło. Kiedy po latach opowiedziałam mu tę historię, żałował, że go nie zatrzymałam. Mówił, że jego życie potoczyłoby się inaczej.
Poznałam go dziesięć lat później, ale było mi wstyd, bo nie znałam jego książek. Więc zaraz przeczytałam „Malowanego ptaka” i zaczęłam patrzeć na Jurka inaczej. Nie mieściło mi się w głowie, że tyle przeżył. Kiedyś poszliśmy na plażę, zaczęłam mu się przyglądać... Może chciałam zobaczyć na jego ciele ślady strasznego dzieciństwa? Zaraz się jednak skarciłam: „Nie będę szukać dowodów”.

„Malowany ptak” opisuje los małego żydowskiego chłopca w czasie wojny, którego nikt nie chce przyjąć pod swój dach. Dla wielu osób ta powieść to historia dzieciństwa jej autora. Czy rozmawialiście o dzieciństwie?
Opowiadałam mu o moim dzieciństwie, bardzo się tym interesował. O ojcu, który był agronomem, i o mamie, która dbała o dom i wychowanie naszej trójki (mam jeszcze siostrę Danusię, która jest radioterapeutką, i brata Leszka, muzyka jazzowego - oboje mieszkają w Szwecji). O sobie Jurek mówił mi niewiele. Więcej opowiedział mojej córce Kasi. Kiedy miała jedenaście lat, wróciła ze szkoły z nietypowym zadaniem: miała przeprowadzić wywiad z jakąś sławną postacią. Wybrała Jerzego. Ale to historia tylko na jej użytek.

Czy dawał Ci do czytania swoje teksty?
Miał w sobie dużo próżności, ale był równocześnie bardzo wrażliwy i delikatny. Nie prosił mnie, żebym czytała jego książki, tak jak ja nie przepytywałam go ze swojej muzyki. Nie był żadnym demonem, czarną postacią, jak próbują go niektórzy pokazać. Chciałabym, aby kiedyś został w Polsce zrozumiany... Nie byliśmy wzajemnie zafascynowani naszą twórczością. Bycie ze sobą było dla nas rodzajem terapii. Może również inspiracją, ale nie intelektualną, raczej psychiczną. Byliśmy dwiema zawieruszonymi duszami, które potrzebowały siebie. Żeby tworzyć, odchodziliśmy od siebie.

Nie szukaliście w sobie spokoju?
O, nie. Szukaliśmy w sobie życia. Bywały momenty, kiedy nie czułam się bezpiecznie. Będąc z Jerzym, nigdy nie wiedziałam, na czym stoję. Bez przerwy mnie zaskakiwał.
Był dla mnie niebem i piekłem.

Byliście podobni?
Byliśmy różni, ale mieliśmy podobne potrzeby. Nawet gdyby Jurek pracował na poczcie, byłabym tak samo blisko niego.

Sporo kompozycji, które złożyły się na płytę „Malowany ptak”, stworzyłaś sama. Słyszymy w nich smutek, ale nie ogarnia on słuchacza, bo owijasz go jakby w aksamit. Jak wyglądała praca nad „Malowanym ptakiem”?
Ból. Właśnie tym słowem mogę opisać tę płytę. Pracowałam tak długo, aż ból został oswojony moim głosem.

W „Malowanym ptaku” właściwie śpiewasz bez słów - samym głosem potrafisz wyrazić najgłębsze emocje. Słowa, które czasem się pojawiają, są jedynie drogowskazami. Wędruje za nimi mały samotny chłopiec. Tej wędrówce nie towarzyszy nawet muzyka instrumentalna.
Myślę, że samymi emocjami, wrażliwością, można poruszyć niebo i ziemię. Bez słów i akompaniamentu. Czasem można poruszyć świat jednym tonem.

Czy pobyt w Ameryce kiedykolwiek traktowałaś jak emigrację?
Właściwie nie wiem, co to jest emigracja. O żadnym miejscu, w którym kiedykolwiek się znalazłam, nie myślałam, że jest moje na zawsze. Do Stanów pojechałam za Michałem [Urbaniakiem] we wrześniu 1973 roku. To była jego wizja naszej przyszłości. Oczywiście mnie też interesowała ta podróż, ale sama na pewno nie zdobyłabym się na taki krok. Nie jestem aż tak odważna. Kiedy tam zamieszkaliśmy, strasznie tęskniłam. Nie wyobrażałam sobie życia bez Polski. Przez kilka miesięcy bardzo na Amerykę Michałowi narzekałam. Dziwię się, że ze mną wytrzymał. Wciąż liczyłam, że pojadę gdzieś dalej. Dopiero kiedy urodziły się córki, zrozumiałam, że jestem do tego kraju przypisana.
Kiedy nie mogliśmy wrócić do Polski, słowo „emigracja” miało inne znaczenie. Teraz wystarczy wsiąść w samolot... Myślę, że czasy emigracji się skończyły.

Za czym najbardziej tęskniłaś?
Idąc polską ulicą, czuję się częścią tego kraju; wiem, że jestem u siebie. W Ameryce, jak tylko otworzę usta, będzie wiadomo, że jestem obca...

W Nowym Jorku właściwie każdy jest „spoza”. Mimo to miałaś poczucie obcości?
Może to była moja wina? Kiedy w 1964 roku wyjeżdżaliśmy z Polski po raz pierwszy, do Szwecji, mieliśmy poczucie, że jedziemy do obcego kraju. Dwa lata mieszkaliśmy w Niemczech, dwa w Szwajcarii, pięć w Szwecji, Norwegii, Danii. Może to wykształciło we mnie poczucie obcości? Za granicą staram się nie mówić, że coś mi się nie podoba. Kilka razy już usłyszałam:
„Nie podoba ci się? Wracaj do siebie”.
Z drugiej strony, kiedy przyjeżdżam do Polski, słyszę: „Źle ci tam było? Wróciłaś na stałe? Jak długo będziesz w Polsce? Mieszkasz jeszcze w Nowym Jorku?”.

Może pytanie, czy mieszkasz w Nowym Jorku, tak naprawdę jest pytaniem, czy udało Ci się w Ameryce?
Ja nie muszę nic udowadniać. Wiem, że się udało. Ale może ktoś chce usłyszeć, że już się zmęczyłam, że już swoje zrobiłam i nic nowego nie mam do powiedzenia, że przyjechałam do Polski zmienić zawód. Otóż nie, drodzy państwo, ja dopiero zaczynam.

W Nowym Jorku trafiłaś na złoty polski okres - przyjechali tu m.in.: Ryszard Horowitz, Janusz Głowacki, Rafał Olbiński, Elżbieta Czyżewska. Jakie to było środowisko?
Zawodowo obracaliśmy się głównie w środowisku amerykańskim, towarzysko - również w polskim. Nasz dom odwiedzali przyjeżdżający z kraju artyści, pisarze. Dopiero w Stanach poznałam Tadeusza Konwickiego, Czesława Miłosza czy Stanisława Dygata. Kiedyś zaprosiłam na urodziny około sześćdziesięciu osób i pomyślałam, że mamy wspaniałe towarzystwo ludzi zdolnych, ambitnych, z poczuciem humoru. Byłam z nich dumna.

Jak wyglądały Twoje pierwsze dni w Ameryce?
Byłam załamana. Michał zupełnie inaczej przedstawiał mi ten kraj. Mówił o Nowym Jorku jak o mieście-raju - o cudownych ludziach, wielkich artystach. Że całe miasto jest jazzem, tylko i wyłącznie muzyką. Kiedy przyjechaliśmy, panował upał. Przytłaczał mnie ten zaduch, wysokie domy i rzeka ludzi. Wcześniej mieszkaliśmy w domku w Szwajcarii, w niskich Alpach. Kocham wieś i tamto miejsce było moim światem. No i nagle znalazłam się w mieście-piekle.
Zaczęłam rozumieć Nowy Jork dopiero po paru miesiącach. Później zaczęłam się w nim nawet lekko podkochiwać. Zajęli się nami Ania i Rysiu Horowitzowie, uczyli nas tego miasta. Rozczarowania jednak wracały. Któregoś razu poszłam do klubu, w którym grał Sonny Rollins, nasz bóg. Na występ przyszły ze trzy osoby. A ja, idąc tam, żałowałam, że nie zadzwoniłam tydzień wcześniej, żeby zarezerwować bilety!

Baliście się porażki?
Przyjechaliśmy do Ameryki trochę jak zielone ogórki, bez żadnego pojęcia o konkurencji. Michał był jednak bardzo pewny siebie i swojej muzyki. Poznałam go w 1963 roku, należał do zespołu Krzysztofa Komedy. Sporadycznie z nimi śpiewałam. Rok później wyjechali na koncerty do Skandynawii, wkrótce dołączyłam do nich i ja. Występowaliśmy na festiwalach, jeździliśmy po Europie. Kilka wytwórni zaproponowało nam nagranie płyty. Michał wybrał niemiecki CBS, dziecko wytwórni Columbia z Nowego Jorku. Kiedy tylko płyta wyszła, wziął ją pod pachę i zorganizował nasz wyjazd do Nowego Jorku. Szefom Columbii tłumaczył, że płyta jest najlepsza na świecie, nowatorska, rewolucyjna, że powinni ją wydać w Stanach. Ujął ich bezpośredniością i wiarą. Columbia dbała o nas jak o swoje wyjątkowo uzdolnione dzieci. Kiedy Michał mówił, że potrzebuje pieniędzy na instrumenty, bez pytania wypisywali czek. Zorganizowali nam trasę po największych miastach Stanów i Kanady; jeździliśmy z ich najlepszymi zespołami. Otwieraliśmy np. koncerty Chicka Corei, Weather Report, Head Hunters, Herbie Hancocka. Nasze utwory grało 450 amerykańskich stacji radiowych.

[...]