Strona główna / Literatura polska / Jasienica. Powrót / Myśli o dawnej Polsce

Aktualności

12.07.2019

Nominacja dla książki Sashy Marianny Salzmann!

Książka Sashy Marianny Salzmann "Poza siebie" znalazła się wsród 14 tytułów nominowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Miłość '44. 44 prawdziwe historie powstańczej miłości Agnieszka Cubała
  2. Macho. Instrukcja obsługi Andrzej Gryżewski, Artur Górski
  3. Muszę wiedzieć Kasia Bulicz-Kasprzak

Fotogaleria

więcej »

Myśli o dawnej Polsce

Paweł Jasienica

ZMIANA KURSU

III


W publicystyce historycznej wprost niepodobna obejść się bez okrzyczanego „gdybania”, które jest ostatecznie jedynym sposobem budowania hipotez.
A więc – co by było, gdyby w roku 1223 ruscy książęta posłuchali Tatarów? Wiedzieli od chana połowieckiego, Kotiana, o pojawieniu się w stepach konnego wojska i zanim się z nim starli, ujrzeli u siebie jego posłów. Tatarzy mówili: Bóg posłał nas na „chłopów i koniuchów” naszych, na przeklętych Połowców. Nie zajęliśmy ziem ani miast waszych, zachowajcie pokój z nami.
Posłów wybito, drużyny południoworuskich książąt ruszyły na wschód. Wezwany na pomoc Jerzy Wsiewołodowicz z Suzdala nie przyszedł. Główną rolę grali w wyprawie władcy najbardziej zachodnich połaci Rusi. Mścisław Udały był właściwie księciem toropieckim, Halicz objął wskutek kombinacji politycznych, między innymi Leszka Białego. Druga z wybijających się postaci to znany nam już z krakowskiej wizyty Daniel Romanowicz, dziedzic Włodzimierza Wołyńskiego, po kądzieli prawnuk Krzywoustego. Kronikarz pisze, że Daniel był ognisty i chrobry, a od stóp do głów nie było na nim skazy. W chwili wyprawy na Tatarów miał dwadzieścia dwa lata.
Jedno pewne – Rusini nie przeczuwali, z kim sprawa. Nowogrodzki latopis zawiera uwagi, których forma oraz prastara słowiańszczyzna wydają mi się tak piękne, że będę cytował oryginał:
Tom że letie po griechom naszym pridosza jazyci nieznajemi, ichże dobre niktoż nie wiest: kto sut’ i otkole izydosza, i kto jazyk ich, i kotorogo plemieni sut’, i czto wiera ich. A zowut ja tatary, a iniji głagolut taurmieni, a druzi pieczeniezi... Bog jedin wiest, kto sut’ i otkole izydosza; premudrji mużi wiediat’ ja dobrie, kto knigi razumiejet; my że ich nie wiemy, kto sut’....
Mścisław i Daniel pierwsi przeprawili się przez Dniepr, rozbili czołowe podjazdy tatarskie. Przez osiem dni wojsko ruskie parło na wschód, ani się domyślając, że uciekają przed nim ubezpieczenia, a w głębi stepów jest jeszcze cała armia o takiej sile, organizacji i dyscyplinie, o jakiej nie słyszano w Europie aż po Atlantyk. Katastrofa nastąpiła 16 czerwca 1223 roku nad rzeką Kałką w pobliżu Morza Azowskiego. Mścisław z Danielem działali zaczepnie i odznaczyli się bardzo. Reszta książąt patrzyła na starcie z wałów obwarowanego obozu, który po krótkim oblężeniu poddał się Tatarom na słowo. Zwykli wojownicy zginęli wymordowani w sposób zwyczajny, książąt oczekiwał inny rodzaj śmierci. „I tam rozdawlen kak kamar, zadami tjażkimi Tatar” – napisał o tej kaźni Puszkin. Skazańca kładło się pod deskę, na której siadała kupa Mongołów.
Mścisław halicki, uchodząc na zachód, zniszczył wszystkie łodzie i promy na przeprawie. Tatarzy doszli do Dniepru, zawrócili i przepadli w stepach.
Pogibije mnogo bież czisła ludiej – głosi nowogrodzki latopisiec – i byst’ wopl i płacz i pieczal po gorodom i siełom... Tatari że wozwratisza sia ot rieki Dniepra. I nie swiedajem, otkuda sut’ priszli i gdzie że sia diesza opiat’.
Niedaleka przyszłość miała przekonać, że nie na długo Tatarzy „wozwratisza sia ot rieki Dniepra”.
W 1229 roku uderzyli na Bułgarów nadwołżańskich, którą to wyprawę należy raczej uważać za strategiczne badanie gruntu. W sześć lat później kurułtaj w Karakorum postanowił wielką wyprawę na zachód. Po odpowiednich przygotowaniach rozpoczęła się w roku 1237. Tatarzy nigdy nie działali na ślepo. Nie da się tego powiedzieć o ówczesnych władcach europejskich. Zaskoczenie, którego ofiarą padli, jest nawet dziwne, skoro o grożącym napadzie Mongołów dobrze wiedzieli misjonarze dominikańscy, którzy nie taili sensacji. Często tak bywa, że ludzie niezajmujący się polityką trafniej przewidują niż mężowie stanu.
Pierwsze uderzenie odczuło księstwo riazańskie. Tatarzy szli na północny zachód, chcąc widocznie pozbawić Ruś południową widoków pomocy. Nie pomogły próby pertraktacji. Syn władcy Riazania – Teodor – został w obozie tatarskim zamordowany, ponieważ odmówił żądaniu Batu-chana, który chciał „widzieć” urodę jego żony. W grudniu 1238 roku z Riazania zostały tylko „dym, ziemia i popiół”. Stąd armia Batu, drogą na Kołomnę i Moskwę, pociągnęła na księstwo włodzimiersko-suzdalskie. Moskwa, Włodzimierz i Suzdal padły jedno po drugim. 4 marca 1238 roku w bitwie nad rzeką Sit zginął książę Jerzy, założyciel Niżnego nad Wołgą. W śmiertelnym niebezpieczeństwie znalazł się Wielki Nowogród, ale ocalił go ten sam żywioł, który tak bardzo wzmógł jego handlową pomyślność – woda. Zaczęły się wiosenne roztopy i konne wojsko tatarskie musiało opuścić kraj, pocięty rzekami. W drodze na południowy zachód zdobyło Kozielsk, który wytrzymał siedmiotygodniowe oblężenie i zarobił sobie u Tatarów na sławę złego miasta.
W 1239 roku przyszła kolej na Ruś południową. Pierwszy dotarł do Kijowa zagon pod dowództwem Mengu-chana. Konny Tatarzyn długo przyglądał się ze wzgórza wspaniałemu miastu – „Widiew grad, udiwisja sia krasotie jego i wieliczestwu jego” – i postanowił je oszczędzić. Wyprawił posłów, których kijowianie zabili. Władający w tym czasie dawną stolicą Michał uszedł na Węgry, dowództwo załogi objął wojewoda z Halicza, Dymitr.
Wkrótce obległ Kijów sam Batu-chan na czele ogromnego wojska. Podobno w mieście ludzie nie słyszeli się nawzajem, a to „ot głasa skripanja tieleg jego, mnożestwa riewienija wielblud jego i rżanija ot głasa stad koń jego”. Kijów padł w grudniu 1240 roku, po zaciętej obronie. Zwycięzcy uczcili męstwo rannego wojewody Dymitra, darowali mu życie.
W kwietniu 1241 roku Batu-chan był już pod Legnicą, pobił polskie wojska, lecz grodu nie zdobył. Inne armie tatarskie niszczyły Węgry, podchodziły do Adriatyku. Odeszły stamtąd na wieść o śmierci wielkiego chana, Ögödeja. Ale nad ramieniem Wołgi, Achtubą, stanął Saraj, stolica Złotej albo Sinej Ordy, trzymającej w zależności całą Ruś.
Władzę nad księstwem włodzimiersko-suzdalskim po zabitym nad rzeką Sit Jerzym objął jego młodszy brat, Jarosław Wsiewołodowicz. Rodzic ich cieszył się licznym potomstwem, skąd wziął się jego oryginalny przydomek „Wielkie Gniazdo”.
Polski badacz tych spraw, profesor Henryk Paszkiewicz, zwięźle i plastycznie maluje panujące stosunki:
Czy Batu od razu pozostawił na Rusi włodzimierskiej swoich „urzędników”, czy też po powrocie z Węgier w roku 1243 – źródła milczą. Wobec zdobywcy ogromnych terenów od Uralu po Karpaty i Bałkany Ruś pozostawała bezsilną. O zbrojnym oporze nie było co myśleć. Jedynie na drodze najbezwzględniejszej uległości i posłuszeństwa można było ocalić życie, mienie i władzę... Było w zwyczaju Tatarów, że każdy książę podbity musiał osobiście stawać przed chanem dla okazania mu hołdu i czci. Przyjęty z odpowiednim ceremoniałem, bardzo zresztą przykrym dla osobistej godności, na przykład rozmawiał z chanem w pozycji klęczącej, składał Batu i jego urzędnikom rozliczne dary.
Jarosław Wsiewołodowicz, obejmując rządy, był już mężem dobrze dojrzałym, miał czterdzieści siedem lat. Potrafił od razu zająć pozycję korzystną. Według świadectwa latopisa Batu miał mu powiedzieć: „Jarosławie, budi ty stariej wsiem kniaziam w Russkom jazyce”.O prawdzie tej wersji nie można wątpić, gdyż potwierdza ją inny dokument, dla odmiany spisany nie po rusku, lecz po łacinie. Poseł papieski, Giovanni da Pian del Carpine, był obecny przy uroczystości wstąpienia na tron wielkiego chana Gujuka. Do Karakorum zjechała ciżba podbitych władców azjatyckich i europejskich. Pierwsze miejsce wyznaczali zawsze Tatarzy przedstawicielowi papieża i Jarosławowi.
Wcale to nie przeszkodziło, że we wrześniu 1246 roku Jarosław zmarł u Tatarów, otruty podczas kolejnej wizyty – prawdopodobnie z namowy innych książąt ruskich, zazdrosnych o jego znaczenie. W każdym razie przewaga dzielnicy włodzimiersko-suzdalskiej nad pozostałymi zaczynała być niewątpliwa. Mniej ją odczuwał jeden tylko ośrodek dawnej Rusi – graniczące z Polską księstwo włodzimiersko-halickie.
Daniel Romanowicz wyniósł znad Kałki całą głowę. Wraz z młodszym bratem Wasylkiem przez lat przeszło czterdzieści stanowić mieli dobraną parę, rządzącą Haliczem i Włodzimierzem. W 1228 roku widzimy ich obu aż pod Kaliszem (drużyny ich jeszcze dalej, bo pod Miliczem, gdzie potężnie złupili okolicę). Zawędrowali tak daleko, walcząc przeciwko Władysławowi Laskonogiemu, lecz w zgodzie i miłości z Konradem Mazowieckim. Kalisza nie zdobyli, na zakończenie zaś „uczynili klątwę między sobą Ruś i Lachy, jeśli na potem będą jakie niesnaski między nimi, nie wojować Lachom ruskiej czeladzi, ani Rusi lackiej. Potem wrócili od Konrada z wielką czcią do domu...”, nie przeczuwając, że w niedługim czasie ktoś całkiem inny zacznie decydować o polsko-ruskich niesnaskach.
Złożona pod Kaliszem przysięga dotyczy sprawy ważnej, o której dowiadujemy się ze źródeł ruskich, bo nasze o niej milczą. Wśród polskich książąt istnieć miał zwyczaj oszczędzania „czeladzi”. Podczas walk domowych wolno było łupić, palić grody, ale ludzi nie zabierano do niewoli. Zasada całkiem oryginalna jak na średniowiecze. Przysięga kaliska mogła mieć na celu podporządkowanie jej i Rusinów, stałych sprzymierzeńców rozmaitych ścierających się w Polsce stron.
Daniel i Wasylko dotrzymywali Mazowszu wiernej przyjaźni, spotykając się z budującą wzajemnością. Konrad Mazowiecki nie cieszy się w naszej historiografii dobrą sławą. Aż dziwnie czytać o nim słowa ruskiego latopisa: „Umre kniaź wielikij Ljadskij Kondrat, iże bie sławien i priedobr, sożalisia po nim Daniło i Wasilko”. Wzruszające jest to priedobr, napisane o wyjątkowym okrutniku. Bo też polityka zapatrzonego w Kraków Konrada była względem Rusi zdecydowanie przychylna. Nie znać żadnych usiłowań zdobyczy na wschodzie. W tej mierze Mazowsze jaskrawo różniło się od Małopolski, która za Leszka Białego próbowała ekspansji, zresztą bez powodzenia. Konrad żonaty był z Rusinką z Włodzimierza Wołyńskiego, Agafią, podobnie wyswatał dwóch synów: Bolesława z bratanicą Daniela, Anastazją, najmłodszego zaś, Ziemowita, z córką tegoż, Perejasławą.
Czas najazdu tatarskiego w 1241 roku spędził Daniel wraz z całą rodziną i Wasylkiem na Mazowszu, a mianowicie w Wyszogrodzie nad Wisłą.
Trudno mieć o to pretensje do niego. Ten człowiek miał już czterdzieści lat, nawojował się do syta i nad Kałką, i pod Kaliszem, musiał rozumieć, że po najeździe tatarskim też trzeba będzie jakoś żyć, to znaczy politykować. Wspomnienia znad Kałki pouczały go, czym na razie kończą się próby zwalczania Mongołów w polu (Henrykowi Pobożnemu tego doświadczenia zupełnie brakło). Rusi Halickiej nic by nie pomogła siła. Cały ratunek był w chytrości.
W 1246 roku Daniel jedzie do chana. Dobrze, jak na miejscowe obyczaje, przyjmowany bawi tam blisko miesiąc i wraca jako lennik tatarski. Ciężka to była zależność i słaba stąd pociecha, że na Rusi północnej działo się jeszcze gorzej. Oto obrazek z końcowych lat rządów i życia Daniela: na zamku we Włodzimierzu Wołyńskim odbywało się książęce wesele, kiedy nieoczekiwanie zjawili się tam nawet nie posłowie, lecz wysłannicy tatarscy. Nowy namiestnik chański, Burundaj, wzywał książąt przed swe oblicze, i to natychmiast, bez zwłoki. Daniel znowu zachował się w sposób niezbyt elegancki, ale przezorny. Nie pojechał, wyniósł się chwilowo do Polski. Powędrował za to do Tatarów Wasylko i musiał asystować Burundajowi w podróży od grodu do grodu po to, aby powtarzać załogom jego rozkaz burzenia umocnień. Nie oszczędzono samego Włodzimierza Wołyńskiego, o którym napisał kronikarz: „I tako czieriez nocz izgorie wieś”. Nazajutrz wymagający Burundaj polecił jeszcze rozkopać to, co ocalało z wałów.
Nie traćmy tylko z oczu tej okoliczności, że od Włodzimierza Wołyńskiego do najbliższego punktu granicy polskiej było wtedy osiemdziesiąt kilometrów i ani jednej przepaści po drodze.
Daniel pamiętał o bliskości Zachodu. W 1254 roku spotkał w Krakowie legata papieskiego Opizona, który wiózł halickiemu księciu koronę królewską. Władca, marzący o suwerenności, nie mógł dokonywać ceremonii w stolicy państwa przyjaznego wprawdzie, ale obcego. I w ogóle, jak się wydaje, Daniel długo rozmyślał nad rzymskim darem i trzymał legata w niepewności. Usiłował odgadnąć, jak zareagują Tatarzy. W końcu uległ namowom zięcia, Ziemowita mazowieckiego.