Strona główna / Literatura światowa / Śpij, kochanie, śpij

Aktualności

07.11.2019

Teraz nasze książki zamówisz w Inverso.pl

Zapraszamy do naszej nowej księgarni internetowej!

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pokrzyk Katarzyna Puzyńska
  2. Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  3. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Śpij, kochanie, śpij

Joanne Harris

Wprowadzenie
Rękopis z majątku Henry’ego Paula Chestera
styczeń 1881

Gdy spoglądam na litery układające się w moje imię oraz na dalsze znaki, tonę w czarnej otchłani. Zupełnie jakbym nie był Henrym Chesterem, malarzem którego dzieła dwukrotnie wystawiano w Royal Academy, lecz wypaczonym tworem chorej wyobraźni. Korkiem zatykającym flaszkę z dżinem, ze złym duchem, uosobieniem subtelnej niechęci, która przenika mnie na wskroś i przenosi do świata zuchwałych przygód, gdzie szukam swojego bladego i struchlałego wizerunku.
Złemu duchowi na imię chloral. Jest mrocznym towarzyszem godzin snu, czułym kompanem w sypialni. Stał się dokuczliwy, lecz jesteśmy razem zbyt długo, żebyśmy mogli się rozstać. Razem piszemy. Tylko czasu mi brak! Już teraz, gdy ostatnie pasma dnia gasną za horyzontem, wydaje mi się że z ciemnego kąta pokoju dobiega szelest skrzydeł czarnego anioła. Czeka cierpliwie, lecz anielska cierpliwość także ma swoje granice.
Bóg, najzmyślniejszy kat i oprawca, raczy dać mi jeszcze nieco czasu, bym spisał opowieść, którą zabiorę ze sobą do lodowatej celi pod ziemią... choć z pewnością nie jest tam zimniej, niż w tym ciele, w którym zamieszkałem, w tej ziejącej pustką duszy. Och, jakże zazdrosny jest Bóg! I bezlitosny, jak tylko pozbawiona litości może być istota nieśmiertelna. Gdy wzywałem Jego imię, cierpiąc w upokorzeniu, uśmiechał się do mnie i odpowiadał tymi samymi słowami, które skierował do Mojżesza z płonącego krzewu: „Jestem, który jestem”. W Jego chłodnym spojrzeniu nie znajdziesz śladu współczucia. Nie widać w nim szansy uzyskania odkupienia, próżno by szukać groźby kary – jest tylko obojętność. I obietnica zapomnienia. Jakże ja za nim tęsknię! Pragnę wsiąknąć w ziemię, by nawet owo wszystkowidzące spojrzenie mnie nie odnalazło... Chociaż równocześnie dziecko, które się kryje w mojej duszy, płacze ze strachu przed ciemnością, a moje biedne, pomarszczone ciało błaga o jeszcze odrobinę czasu. Jeszcze nie teraz... jeszcze jedna opowieść, jeszcze jedna rozgrywka.
Czarny anioł stawia kosę przy drzwiach i siada ze mną, to już ostatnie rozdanie.
Nie powinienem pisać po zmroku. Nocą słowa niosą fałsz, budzą lęk. Ale też właśnie wtedy mają największą siłę. Szeherezada nocami snuła tysiąc i jedną opowieść, a każda z nich stawała się drzwiami, przez które żona szacha ciągle na nowo umykała śmierci tropiącej ją krok w krok, niczym wygłodniały wilk. Mądra niewiasta znała potęgę słów. Gdybym nie zarzucił pogoni za kobietą doskonałą, powinienem się udać na poszukiwanie Szeherezady: istoty smukłej i wiotkiej, o cerze barwy chińskiej herbaty. Oczy ma czarne jak noc, chodzi boso, butna poganka, nieskrępowana moralnością ani poczuciem wstydu. A przy tym jest chytra jak lis: toczy bój ze śmiercią i wygrywa bitwę za bitwą, wciąż na nowo znajdując siły, by jej okrutny maż co noc spotkał nową Szeherezadę, nieznajomą która znika gdy wstaje słońce. Co rano władca budzi się i widzi ją w świetle dnia bladą i cichą. Poprzysięga sobie, że nie da się więcej omotać, lecz gdy tylko zapada zmierzch, kobieta znowu rozsnuwa pajęczą sieć opowieści, a małżonek myśli: jeszcze tylko jedna noc...
Dziś ja jestem Szeherezadą.

Pustelnik

Nie patrz na mnie w ten sposób, to nie do zniesienia! Myślisz o tym, jak bardzo się zmieniłem. Widzisz na obrazie młodego mężczyznę o gładkim czole, ciemnych lokach i śmiałym spojrzeniu. Zastanawiasz się, jakim cudem to ja. Śmiały rys szczęki, wysokie kości policzkowe. Długie, lekko szpiczaste palce u dłoni zdają się sugerować egzotyczne powinowactwo, choć rodowód angielski nie ulega wątpliwości. Tak wyglądałem, gdy miałem lat trzydzieści dziewięć. Przyjrzyj mi się uważnie i zapamiętaj. To mógłbyś być ty.
Mój ojciec pełnił funkcję pastora pod Oxfordem, matka była córką bogatego właściciela ziemskiego z Oxfordshire. Dzieciństwo upłynęło mi bez wstrząsów, w bezpiecznej, sielskiej atmosferze. Pamiętam wyprawy do kościoła w niedziele, śpiewanie w chórze, tęczowe światło spływające z witraży, na białe komże chórzystów jak deszcz barwnych płatków. zrozumienie
Czarny anioł porusza się nieznacznie, w jego oczach dostrzegam odbicie bezlitosną wiedzę, jaką znam ze wzroku Boga. Nie czas na nostalgię, Henry Paulu Chesterze. On ma dostać prawdę, nie wymysły. Chcesz zwodzić Boga?
Nie do wiary, że nadal kusi mnie oszustwo! Mnie, człowieka, który żył w fałszu przez czterdzieści lat z okładem. Prawda jest gorzka. Nie chcę jej przy tym ostatnim spotkaniu. A przecież, jestem, który jestem. Po raz pierwszy ośmielam się odnieść do siebie boskie słowa. I nie jest to przesłodzony fikcyjny wizerunek. Oto Henry Chester. Możesz mnie surowo osądzać, jeśli chcesz. Jestem, który jestem.
Oczywiście nie było idyllicznego dzieciństwa. Najmłodszych lat nie pamiętam wcale, wspomnienia sięgają mniej więcej ósmego, może siódmego roku życia, są nieczyste, zbrukane. Już wtedy wiedziałem, że gdzieś we mnie wzrasta podły gad. Nie przypominam sobie czasu gdy nie byłem świadomy swojej winy, gdy nie wiedziałem o grzechu. Nie mogła go ukryć żadna komża, choćby śnieżnobiała. Napełniał mnie nikczemnymi myślami, kazał się śmiać w kościele, okłamywać ojca i krzyżować palce z plecami, żeby nie ponosić za łgarstwa odpowiedzialności.
W moim domu rodzinnym w każdym pomieszczeniu wisiała makata, dzieło matki. Na wszystkich znajdowały się cytaty z Biblii. Jeszcze teraz mam je przed oczyma, zwłaszcza tę z mojego pokoju, ostrą plamę na białej ścianie naprzeciwko łóżka. „Jestem, który jestem”. Przez kolejne lata dzieciństwa, w chwilach spokoju i kontemplacji samotnych występków, dzień w dzień patrzyłem na tę makatę. A czasem we śnie wypłakiwałem sobie oczy przez straszną obojętność Boga. I zawsze otrzymywałem ten sam przekaz, wyryty już na wieki w mojej pamięci zawiłym deseniem. „Jestem, który jestem”.
Ojciec był człowiekiem bogobojnym, a dla mnie bardziej przerażającym, niż sam Bóg. Oczy miał smoliście czarne, głęboko osadzone i potrafił przejrzeć mnie na wylot, zaglądnąć w każdy zakątek mojej grzesznej duszy. Jego osąd był tak samo nielitościwy i obojętny jak boski, nieskażony ludzką wrażliwością. Wszystkie ciepłe uczucia przelał na kolekcję mechanicznych zabawek. Był poniekąd antykwariuszem, cały jeden pokój zajmowały jego bogate zbiory obejmujące całą gamę najróżniejszych przedmiotów, od najprostszych drewnianych figur działających na zasadzie przeciwwagi, po bajecznie precyzyjne chińskie organy z setką podskakujących karłów.
Mnie, rzecz jasna, nie wolno było niczego dotknąć, przedmioty miały zbyt wielką wartość, żeby je oddać w ręce dziecka. A mimo to, doskonale pamiętam tańczącą Kolombinę. Była to lalka nieomal wielkości trzyletniego dziecka, zrobiona ze szlachetnej porcelany. Któregoś razu, w rzadkim momencie familiarności, ojciec zdradził mi, że została stworzona przez ślepego francuskiego rzemieślnika w dekadenckich latach jeszcze przed rewolucją. Muskając dłonią lalczyny policzek bez skazy, opowiedział mi jej historię: z początku należała do rozpuszczonego królewskiego bastarda. W czasie rewolucji, gdy z karków spadały tak samo głowy niewinnych jak bezbożników, została samotna, porzucona między gnijącymi brokatami. Stamtąd ją zabrała jakaś żebraczka, uratowała rzemieślnicze cudeńko przed prymitywnymi sankiulotami. Dziecko tej nieszczęsnej umarło z głodu, więc w kołysce położyła Kolombinę. Tuliła ją do snu i śpiewała kołysanki. W końcu jednak inni znaleźli wariatkę - samotną, przymierającą głodem, szaloną - i zabrali ją do azylu. Tam zmarła.
Kolombina przetrwała. W roku moich narodzin trafiła do paryskiego antykwariatu. Mój ojciec, który akurat wracał z Lourdes, zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, choć zaniedbana i niewłaściwie traktowana oczy miała zapadnięte w głąb głowy, a jedwabną suknię przeżartą zgnilizną. Nakręcił ją kluczem, umieszczonym w dolnej części pleców zabawki. Zaczęła się poruszać: z początku sztywno, potem coraz płynniej, z nadludzką precyzją unosząc ramiona, kłaniając się w pas, zginając kolana, ukazując pulchne krągłości porcelanowych łydek pod zwiewną spódnicą. Gdy tylko ujrzał jej taniec, od razu się zorientował, że jest szczególna i natychmiast ją kupił. Po długich miesiącach starannej renowacji odzyskała urodę i w końcu zasiadła w całym przepychu białych i błękitnych atłasów jako część kolekcji mojego ojca, między indyjską pozytywką a perskim klaunem.
Mnie nigdy nie pozwolono jej nakręcić. Czasami, gdy leżałem rozbudzony w środku nocy, dobiegały mnie zza zamkniętych drzwi ledwo słyszalne nuty, ciche, intymne, prawie zmysłowe... Oczyma wyobraźni widziałem ojca w koszuli nocnej, z tańczącą Kolombiną w rękach. Obraz absurdalnie fascynujący. Nie potrafiłem uwolnić się od domysłów: jak ją trzymał? czy miał czelność wsuwać dłonie pod spienioną koronkę halek...?
Matkę widywałem rzadko. Zwykle była niedysponowana i wiele czasu spędzała w swoim pokoju, do którego ja wstęp miałem wzbroniony. Pozostawała dla mnie czarowną zagadką o ciemnych włosach i fiołkowych oczach. Gdy któregoś dnia zerknąłem ukradkiem do tajemniczego wnętrza, ujrzałem zwierciadło, klejnoty, apaszki oraz urokliwe suknie, rozłożone na łóżku. Wszystko spowijała woń jaśminu, aromat mojej matki, spływający na mnie, gdy pochylała się, by mnie pocałować na dobranoc, zapach jej płócien, które przytulałem do twarzy, gdy służąca suszyła je na sznurkach.
Wiedziałem od niani, że moja matka była pięknością. Wyszła za mąż wbrew woli rodziców, a co za tym idzie, nie utrzymywała kontaktu z rodziną. Może właśnie dlatego dostrzegałem w jej wzroku nutkę pogardy, może to była przyczyna, dla której najwyraźniej nie chciała mnie przytulać, a nawet dotykać. Wyidealizowałem ją. Zdawała się górować nade mną nieskończenie, była tak delikatna i czysta, że przytłoczony własną niedoskonałością nie potrafiłem wyrazić swego uwielbienia. Nigdy matki nie obwiniałem za czyny, które przez nią dokonałem. Długie lata przeklinałem własne robaczywe serce - podobnie jak Adam obwiniał węża za grzech Ewy.