Strona główna / Literatura polska / Na rozkaz serca

Aktualności

10.03.2020

Opowieść o Jonaszu Kofcie Książką Roku 2019

Z przyjemnością informujemy, że książka "Jego portret. Opowieść o Jonaszu Kofcie" Piotra Derlatki zdobyła nagrodę dla najlepszej biografii w plebiscycie Książka Roku 2019 organizowanym przez serwis Granice.pl.

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

03.04.2020

Rozmowa z Izabellą Frączyk.

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Izabellą Frączyk, autorką książki "Wszystko nie tak! 2"

Bestsellery

TOP 20

  1. Zaginione arabskie księżniczki Marcin Margielewski
  2. Dymy nad Birkenau Seweryna Szmaglewska
  3. Wszystko nie tak! 2 Izabella Frączyk

Fotogaleria

więcej »

Na rozkaz serca

Adela Wyrwał

PROLOG
Berlin, wrzesień 2009
– Nie ma brzydkich kobiet. Są tylko niewłaściwie oświetlone – powiedział Horst i kazał Krystynie przesunąć się o dwa kroki.
Mechanicznie wykonała polecenie. Cały czas czuła zamęt w głowie. Dziś na ulicy zdawało się jej, że znów zobaczyła Karola.
Nie pierwszy raz jej się zdawało. Od czasu do czasu odnajdywała w kimś nieznajomym zarys jego sylwetki albo kształt twarzy w półprofilu lub nagle dostrzegała ten jego niesforny kosmyk, który pamiętała tak dobrze, wijący się nad uchem u kogoś siedzącego w kawiarni czy teatrze, idącego pod ramię z inną kobietą.
Wtedy, dawniej, biegła w tłumie, roztrącając niczego nierozumiejących przechodniów, myśląc, że odnalazła Karola. Ale to nigdy nie był on.
A czasem po prostu gapiła się na tego kogoś, myśląc znów o nim. O Karolu.
Często napotykała obojętne albo zdumione spojrzenie zaczepionego czy obserwowanego mężczyzny, czasem był to pretekst do wymiany kilku słów, innym razem padała propozycja wspólnej kawy czy kieliszka czegoś mocniejszego. Krystyna zawsze ją odrzucała.
Chciała Karola, szukała Karola. Nie kogoś, kto by go zastąpił.
To minęło, to ciągłe szukanie, tak jak minęły już lata od czasów Karola.
Ale dziś ten mężczyzna w oknie... To był on. Karol. Była pewna.
Gdy go zobaczyła, wszystko w jednej chwili wróciło. To całe opętanie.
Niekiedy, gdy sięgała myślą do tamtych lat, oczy jej się znów śmiały, tak po prostu, na samo wspomnienie jakichś jego słów, gestów. A czasem zasnuwały się mgłą. Wtedy uciekała od wspomnień. Zaczynała zmywać, pielić czy robić cokolwiek. Byle nie myśleć.
A teraz go zobaczyła.
Stał tam, w tej galerii, i poprzez wielkie okno wystawowe, przed którym się zatrzymała, aby poprawić apaszkę przed spotkaniem z Joanną, ujrzała Karola. Rozmawiał spokojnie z mężczyzną o pokaźnym brzuszku, ubranym w sztruksową marynarkę i z pretensjonalną fajką w zębach.
Krysi zdawało się, że rozmawiali o obrazie wiszącym na ścianie galerii. Wskazywali na niego i o coś się spierali.
To był Karol. To musiał być Karol. Patrzyła, widziała, ale nie wierzyła własnym oczom.
Był starszy. No, powinien być starszy. I miał szramę na twarzy. Ale… to był on. Tym razem była pewna.
Jednak odeszła. Tak po prostu.
Odwróciła się od tej wystawy i zniknęła w tłumie niezauważona, wmieszała się w różnobarwną rzeszę ludzi zapełniających pełną galerii Oranienburger Strasse, jedną z jej ulubionych ulic w Berlinie.
A on jej nie zauważył.
Karol.
Tym razem była pewna. To był właśnie on.
Horst znów wydał polecenie i Krystyna jak lalka machinalnie przybrała żądaną pozę i zamarła w bezruchu. W jej głowie kotłowały się myśli. Nie widziała ani studia, ani dekoracji, ani niczego. Robiła to, co jej kazano, bezwolnie i bezmyślnie.
Czemu odeszła? Straciła szansę. Może jedyną szansę, by dowiedzieć się, co wtedy się stało. W 1988 na wiosnę.

Część pierwsza…
Warszawa, 23 grudnia 1986 roku
Śnieg padał wielkimi mokrymi płatkami na zasypane już prawie do wysokości metra ulice. Na rogu Targowej przy odśnieżaniu pracowała grupa więźniów ubranych w brunatne kufajki i gumofilce niezbyt, jak się zdawało, dopasowane, bo co i raz któryś z robotników, wrzucając śnieg na podstawioną ciężarówkę, gubił but.
Tuż obok pracującej nieśpiesznie ekipy zatrzymał się na przystanku tramwaj, brudny od błota, brunatno-czerwony i wyglądający tak, jakby za chwilę miał się rozpaść. Ludzie szybko wysypali się z niego i ze spuszczonymi głowami rozbiegli się niby stado spłoszonych mrówek, nie obdarzając pracujących ani jednym spojrzeniem.
Zapadał już mrok i wszyscy spieszyli się do domów, by obejrzeć kolejny odcinek „Powrotu do Edenu”. Cały kraj zdawał się kibicować losom Stefanii Harper alias Tary Wells, tak pięknej i tak nieszczęśliwej, którą co i raz nadgryzał jakiś krokodyl lub zgryzało jakoweś inne nieszczęście, zawsze jednak opakowane nader luksusowo. No i to australijskie słońce. Tak grzało.
A tu szaroburo i zimno.
Teraz pod wieczór zwały śniegu przypominały już zwały błota i zupełnie straciły poranną biel. W szarzejącym zmierzchu wydawało się, że więźniowie odkopują Warszawę z zaschniętego betonu.
Krystyna siedziała w zacisznym kącie tramwaju i miała cichą i dość paskudną w gruncie rzeczy nadzieję, że uda jej się utrzymać to miejsce aż do Śródmieścia. Żadnych staruszek ani ciężarówek, modliła się w duchu. Nogi odmawiały jej posłuszeństwa i była przemarznięta do szpiku kości, a tu rura umiejscowiona właśnie pod jej siedzeniem grzała tak przyjemnie, usypiała.
Cały dzień pozowała, zwieszając się z wybranych przez Jurka ze smakiem rusztowań, ramp i rur zdobiących halę fabryczną, zimną jak Antarktyda z Arktyką pospołu i równie rozległą. Ale nie tak czystą i jasną.
Było zimno, brudno i obleśnie, ale co było robić, skoro Jurek miał wizję, że suknie karnawałowe właśnie tu, w tej scenerii, będą się prezentować najlepiej.
Rano samochód, wysłużony mały fiacik, odmówił dalszej współpracy, pewnie zamarzł. Albo padł ostatecznie akumulator. Wolała o tym nie myśleć. Szukanie nowego akumulatora po sklepach było zaiste straceńczym przedsięwzięciem. Może Jerzy będzie miał jakieś dojścia. Nie chciała jednak o tym teraz myśleć. Rozkoszowała się miejscem siedzącym i ciepłą rurą.
Do szczęścia niewiele jej było trzeba.
O świtaniu trudno było coś zadziałać z tą nagłą, acz spodziewaną awarią, bo akumulator już od jakiegoś czasu sprawiał kłopoty, które uporczywie ignorowała. Wiedziała zaś też z góry, że szukanie taksówki o piątej rano było zadaniem beznadziejnym, wskoczyła do tramwaju i pojechała nim, w ścisku i zaduchu, na sesję fotograficzną w starej fabryce wódek.
Teraz wracała, zmęczona i zmordowana jak jakiś koń pociągowy. A wszyscy uważali pracę modelki za lekką, łatwą i przyjemną. Miłe złudzenia profanów – pomyślała – dzisiaj zachrzanialiśmy nie gorzej niż łódzkie szwaczki.Tramwaj stał, dość długo czekając na zmianę świateł, gdy jeden z więźniów wskoczył nagle do wagonu, może aby się przez moment rozgrzać, a może ot tak, by ludzi z bliska zobaczyć. Stanął na środku wagonu, popatrzył na gapiący się na niego tłumek i zagadał znienacka:
– No i jak? Czerwoni już się rozsypali?
Zapanowała nagła cisza. Wszyscy milczeli, ale on, niezrażony kontynuował:
– Życzę wam wszystkim, nam wszystkim, by w Nowym Roku ten burdel się rozsypał!!!
Krystyna uśmiechnęła się i odpowiedziała spontanicznie:
– Nawzajem! – I ku swojemu zdumieniu zauważyła, że nie tylko ona jedna tak odpowiedziała, całkiem zgodny i duży był chórek pasażerów, którym te same słowa przyszły do głowy i wymknęły się z ust.

Więzień uśmiechnął się od ucha do ucha, podrzucił uszankę do góry, złapał i wyskoczył w ostatniej chwili z pojazdu, wołając:
– Cześć pracy! Rodacy!
Tramwaj ruszył, ale ludzie, przedtem zajęci tylko sobą, teraz się ożywili, patrzyli jakoś inaczej, a nawet wymieniali porozumiewawcze i przyjazne uśmiechy. Jakoś cieplej się zrobiło w tym zimnym tramwaju.
Krysia wyprostowała się i wtedy go zauważyła.
Stał naprzeciwko niej i się uśmiechał. Piękny był ten uśmiech, szeroki i radosny. Zęby miał tak białe, że aż lśniły. Był ubrany w zieloną militarną kurtkę i dość wysokie sznurowane buciory, wyglądał super.
Uśmiechał się do niej, właśnie do niej jednej, jedynej w tym tłumie, schowanej za obszerną kobitą w karakułach i panem w szarym kusym płaszczyku.
Jak ją wypatrzył w tym ścisku?
Wychyliła się odrobinę zza ławki i odpowiedziała na ten uśmiech, oczy błysnęły mu radośnie i nagle wszystko wokół niej zniknęło. Zatonęła w jego oczach, czarnych, a może błękitnych, wtedy nawet jeszcze nie wiedziała, ale już wiedziała jedno, że przepadła z kretesem.
To była miłość. W tym zimnym tramwaju spotkała miłość.

Berlin, wrzesień 2009 roku
Poranek następnego dnia
Krysia otworzyła lewe oko i zerknęła na komórkę. Dziewiąta. A niech to licho. Prawie zaspała.
Wczoraj tłukła się po nocy, kręciła i wierciła w łóżku, zupełnie bezrozumnie myśląc o przedpołudniowym spotkaniu.
Była pewna, że to był Karol.
Myśli goniły jedna drugą i z każdą następną była też coraz bardziej pewna, że jest kompletną idiotką i tchórzem. Powinna wtedy wejść do tej galerii. Stanąć przed nim i zapytać: „Dlaczego mi to zrobiłeś? Dlaczego!?”.
Bała się? Może i się bała. Prawdy. Zostawił ja samą. Opuścił. Zapomniał o niej. Gdyby chciał, przecież by ją odszukał. To nie było trudne. Jej rodzice mieszkali wciąż w tym samym bloku na Ursynowie. Gdyby chciał…
Ale widać nie chciał.
Więc po co miała go zaczepiać, pytać o to, co wiedziała, przeczuwała. Skoro był żywy i zdrowy, to widać zapomniał o niej, gdy tylko znalazł się w Niemczech. A ona przez dobre kilka lat żyła złudzeniami, że napisze, że zadzwoni, że ją zabierze do siebie. Nie podejmowała żadnych większych zobowiązań. Pracowała na pół gwizdka, a gdy ktoś proponował jej pokazy za pół roku, mówiła: „Nie wiem czy będę mogła…”.