Strona główna / Humanistyka / Antropologia władzy. Między Traktatem Lizbońskim a kryzysem

Aktualności

18.09.2019

Spotkanie z Katarzyną Puzyńską w Warszawie

W czwartek 10 października o godz. 18.00 zapraszamy do Empiku w Warszawie (ul. Marszałkowska 116/122) na przedpremierowe spotkanie z Katarzyną Puzyńską, autorką książki "Pokrzyk".

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jej drugie życie Manula Kalicka
  2. Nie mam więcej pytań Gillian McAllister
  3. Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi Julia Boyd

Fotogaleria

więcej »

Antropologia władzy. Między Traktatem Lizbońskim a kryzysem

Jadwiga Staniszkis

Wstęp

Książka, którą dziś oddaję czytelnikom pod osąd, w pewnym momencie przekroczyła (i zmieniła) mój pierwotny zamysł. Początkowo miała ona dotyczyć nowatorskiej metody radzenia sobie ze złożonością, zawartej w Trakta­cie Lizbońskim. A także, niezamierzonej zmiany cywilizacyjnej w tle, ze względu na wprowadzenie do Traktatu mechanizmów kontroli odwołują­cych się do logiki trójwartościowej. Stąd zresztą tytuł: Antropologia władzy. Zrozumienie powyższego zjawiska wymagało bowiem sięgnięcia do pojęć z pogranicza ontologii, epistemologii i – antropologii właśnie.
Potem pojawił się globalny kryzys i zaczął generować nowy typ porządku. Dotyczyło to także Unii Europejskiej, z coraz wyraźniejszym po­wrotem do hierarchicznej formuły władzy, osłabieniem – kluczowego dla Traktatu – momentu wspólnotowego i rosnącą dominacją tradycyjnej polityki, rozumianej jako walka państw narodowych o przywództwo. Co więcej, kryzys wymusił inny, niż w Traktacie Lizbońskim, sposób radzenia so­bie ze złożonością. Już nie, jak to było w TL, poprzez dostarcze­nie nowatorskich narzędzi (między innymi ekonomia norm) oraz – usubtelnienie sposobów istnienia prawa (co pozwalałoby poszczególnym państwom na bu­dowanie własnych, indywidualnych kombinacji norm w polu określonym przez nieprzekraczalne, minimalne standardy), ale – przez zamykanie się w bardziej jednorodnej przestrzeni „piętnastki”. I – w konsekwencji – wypychanie nowych członków Unii na peryferie, choćby przy pomocy stra­tegii „dwóch prędkości”.
Pojawienie się tych nowych tendencji zmusiło mnie do zmiany koncepcji książki. Zaczęłam się coraz bardziej koncentrować na tym, co dzieje się (i co może się wydarzyć) w polu krzyżujących się sił, wytwarzanym (i ograniczanym) przez te dwie, konkurencyjne logiki – każda z własną wizją porządku. Czyli – Traktat Lizboński z jednej strony, i – globalny kryzys ekonomiczny – z drugiej.
Nawet gdyby bowiem skupić się tylko na naszym regionie, czyli postkomunistycznej Europie Środkowo-
-Wschodniej, to można dostrzec trzy nowe tendencje, stanowiące efekt oddziaływania wspomnianego wy­żej pola krzyżujących się sił.
Mam tu na myśli po pierwsze, wydobycie przez kryzys całej gamy kosztów związanych z rozwojem zależnym. W przypadku krajów postkomuni­stycznych były to koszty podwójne. Najpierw – zmiany kierunku zależnoś­ci i otwarcia zdeformowanych przez komunizm gospodarek na nierówne współzawodnictwo z globalnym kapitałem. Współzawodnictwo, dodajmy, utrudnione jeszcze przez wstrzelenie w pokomunistyczną pustkę instytucjonalną rozwiązań z innej, niż owych krajów, fazy kapitalizmu. W re­zultacie ich zasoby (w tym – odłożony z czasów komunizmu popyt) zaczęły pracować, bardzo zresztą efektywnie, na rzecz rynków i ośrodków aku­mulacji, z których pochodziły owe rozwiązania. Ta, dyskretna, „przemoc strukturalna” była między innymi związana z warunkami integracji europejskiej rozumianej wtedy (Traktat Lizboński to zmienia) przede wszystkim jako ujednolicenie struktur. Koszty owej zmiany kierunku (i typu) zależnoś­ci to deindustrializacja i detechnizacja, i powrót całego regionu do poziomu produkcji z końca lat osiemdziesiątych dopiero ok. 2006 roku. A tak­że – pogorszenie relacji średniego dochodu na głowę w regionie ze średnim dochodem w unijnej „piętnastce”. Poprawa owej relacji miała na­stąpić dopiero w 2009 roku – i wtedy przyszedł kryzys.
I właśnie ów kryzys ujawnił koszty rozwoju zależnego, które można ok­reślić jako koszty drugiej generacji. Zwijanie się globalizacji pozostawia bowiem w krajach rozwoju zależnego pobojowisko, ze słabością wewnętrznych mechanizmów akumulacji kapitału i systemowymi barierami dla uruchomienia substytucji importu. W tej sytuacji osiągnięcie kruchej równowagi może się dokonać poprzez regres strukturalny. Innymi słowy – za zbliżoną wysokością PKB i innych parametrów może kryć się w przyszłości gospodarka jeszcze bardziej niż dziś odległa (w sensie technologicznym i logisty­cznym) od krajów najwyżej rozwiniętych.
Druga tendencja, rysująca się obecnie w polu oddziaływania dwóch konkurencyjnych logik (Traktatu i kryzysu) to kres „buntu mas”. Inaczej – kres fazy, gdy „masy”, już po „rewolucji” 1989 roku, niepewne czy prze­grały, czy – wygrały, w drodze rewanżu wymusiły na elitach, aby te były jak one. Zdroworozsądkowe („powrót do normalności” był hasłem dnia), ateoretyczne (a więc – ślepe na abstrakcję formy), przeżywające świat bezpośrednio i poza czasem, ze skokami myślowymi typu bricolage, gdy – jak w kalejdoskopie – kolejny obraz wymazuje wcześniejszy, kry­stalizując się wokół aktualnego doświadczenia. Kryzys kończy, moim zda­niem, tę fazę. „Masy” zaczynają dostrzegać, że o sukcesie w walce z kry­zysem zadecydują właściwe instytucje (a więc – forma), i widzą bez­radność w tym względzie obecnych elit. Elit – funkcjonujących w ramach demokracji medialnej, jakby były tylko segmentem „masy”. A ta, w imię własnego przetrwania, chciałaby dziś elit prawdziwych, bardziej pro­fesjonalnych.
Trzecia tendencja to, najkrócej, dokonujący się obecnie kolejny krok w ewolucji od dyktatu idei (czy to w formie ideologii, czy – przyjętego przez rządzących zobowiązania), przez postnominalistyczny dyktat for­my (najpełniej – jak pokażę dalej – reprezentowany przez Traktat Lizboń­ski) do rysującego się aktualnie, w związku z kryzysem – dyktatu mocy. Dyktatu, w którym siła staje się funkcjonalna i w związku z tym nie potrzebuje już zewnętrznych uzasadnień.
Dramatem jest asynchronia tych procesów. Gdy bowiem „masy” zaczynają dostrzegać autonomię formy (i jej wewnętrzną racjonalność), co – gdyby zdarzyło się wcześniej – mogłoby zapobiec „przemocy strukturalnej”, ne­gatywne efekty tej ostatniej są już w znacznym stopniu spetryfikowane. Ró­wnież „lizbońska” filozofia władzy, oparta na dyktacie formy, coraz wyraź­niej zderza się z nową, generowaną przez kryzys, hierarchią. I tutaj więc ta świeżo zdobyta przez „masy” wiedza o znaczeniu formy przycho­dzi za późno. Dostrzeżenie przez „masy” potrzeby wymiany elit na takie, które potraktują budowanie formy jako zadanie (a nie będą tylko, wystylizowanym przez demokrację medialną, segmentem masy) też się więc spóźniło. W tej sytuacji można tylko mieć nadzieję, że towarzyszące owej asynchronii napięcie, przyczyni się do – trudnego dziś do wyobrażenia – prze­łomu.
A w tle owych procesów rysują się dwa pytania, kluczowe dla przyszłości. Jaki będzie świat po kryzysie? I jaki będzie następny kryzys? To bowiem, co dzisiaj wydaje się remedium (np. – różne formy kapitalizmu państwowego i intensywne subsydiowanie gospodarek) może stanowić źródło przyszłych napięć. Co więcej, obecny kryzys ujawnił coś, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy z taką ostrością. Otóż wy­myślona przez Ojców Założycieli formuła integracji miała przede wszystkim na celu wygaszenie potencjalnych źródeł konfliktów w Europie (patrz chociażby przemówienie R. Schumanna z 9 maja 1950 roku, inaugu­rujące Wspólnotę Węgla i Stali). Stąd nacisk na redukcję narodowych prze­wag gospodarczych, podział pracy rozumiany jako „robienie miejsca” dla dawnego konkurenta, „odpaństwawianie” i wyrównywanie poziomów socjalnych przez wysoce zbiurokratyzowaną, administracyjną redystrybucję. Ubocz­nym, niezamierzonym, skutkiem tej operacji było wygaszenie w Europie energii i woli. Także łatwy zysk, jaki „stara” Europa uzyskała, opanowując ryn­ki „nowych” krajów, stał się – jak to dziś widać – kolejną pułapką dla niej samej. Zastąpił bowiem mobilizację i innowacyjność, konieczne dla wygrywania w globalnym wyścigu. Widać to szczególnie dziś, gdy na tzw. wschodzących rynkach Bliskiego Wschodu, Azji i Ameryki Łacińskiej, i – w innej formie – w USA i Japonii, wyłaniają się agresywne in­stytucje kapitalizmu państwowego. UE dopiero teraz, chaotycznie, pró­buje podobnej drogi, nie posiada jednak ani dostatecznej motywacji ani energii. Dodatkowym problemem jest też osłabienie przez kryzys Komisji Europejskiej.
To, co w przeszłości było w Europie tak pociągające, czyli – narcys­tyczne skupienie się na samej sobie, z wymyślaniem się co kilka wieków na nowo (ale z równoczesnym zanikiem woli walki i ekspansji) w świe­cie pokryzysowym, może oznaczać przegraną. Zaś szczególny sekret Europy, kuszący dla koneserów i historyków idei, nie może – ze względu na swój elitarny charakter – zastąpić owej woli i energii, zredukowanej w toku integracji. Ów sekret wiąże się z paradoksem: różnice między europejskimi narodami można wyrazić tylko przez odwołanie się do tego, co je łączy. Trzeba bowiem najpierw pokazać wspólny dla całej Europy reper­tuar wartości (godność, wolność, sprawiedliwość, rozumność), aby póź­niej wydobyć indywidualne konfiguracje (i hierarchie) tych wartości w poszczególnych krajach. Chodzi o konfiguracje różniące się sposobem uzasadniania owych wartości, traktowanych bądź jako racjonalny wybór jednostek
– jak w liberalizmie, bądź – jako umocowane ontologicznie „prawa” osoby ludzkiej, uzasadniane jej partycypacją w Absolucie (tomistyczna wersja chrześcijaństwa). Konfiguracje, dodajmy, które różnią się również sposobem ulokowania tych wartości w społecznej przestrzeni. Traktują owe wartości bądź – jako cechy osób, bądź – jak w liberalnym konserwatyzmie Hegla – jako właściwości rozumnie zorganizowanej struktury. Europa jako całość ist­nieje tylko w tej wielości. A ową wielość da się wyrazić tylko przez odwołanie do wspólnego, etycznego fundamentu całości.
Traktat Lizboński w swojej konstrukcji odwołuje się do owego para­doksu szczególnej relacji między całością a wielością. Wprowadzając ekonomię norm i nową ontologię prawa (pozwalającą na różnorod­ność sposobów obecności danej normy w przestrzeni prawnej krajów członkowskich), Traktat nie wykorzystał jednak idącego jeszcze dalej, trzeciego po­mysłu na integrację w warunkach złożoności. Mam tu na myśli propozycję Aleksandra Stubba, zgłoszoną w czasie dyskusji nad sposobami głosowania w Radzie Europejskiej. Chodziło o uznanie, iż różnorodność interesów i tożsamości kulturowych jest w zjednoczonej Europie tak duża (i prowadząca do ciągłej zmiany przebiegu osi konfliktu, w zależności od problemu), że należałoby wprowadzić rozwiązanie pozwalające na ujaw­nianie owych konfliktów przez same procedury i na ciągłe aktualizowanie tej wiedzy. W tej sytuacji procedury miałyby nie tylko regulować, ale również pełnić rolę narzędzi poznawania. Stubb zaproponował więc, aby zalegalizować równoczesne obowiązywanie dwóch równoległych, odmiennych sposobów liczenia wagi głosów (przez podwójną większość i – przez pierwiastek z liczby ludności). Każda z tych metod jest korzystna dla pewnej grupy krajów: podwójna większość – dla dużych, pierwiastek – dla średnich.
Przeliczenie głosów przez obie procedury (i sytuacja, iż każda z nich dawała odmienny wynik) wskazywałoby na ukryty konflikt związany z wielkością danego kraju. Miałoby to zmuszać do powrotu do stołu negocjacyjnego. Proponuję określić tę metodę mianem „międzyproceduralnego liberalizmu”. To napięcie między odmiennymi procedurami, zastosowanymi w tej samej sprawie, miałoby umożliwić powstanie nowej wiedzy dotyczącej całości. Działoby się to (podobnie jak w Hayekowskiej wizji rynku) niezależnie od jakiegokolwiek centrum, przez sa­mą grę procedur, z których każda jest wychylona (biast) na rzecz pewnej grupy krajów. Znika tu moment władczy, bo ujawnienie konfliktu interesów nie jest skutkiem arbitralnej decyzji (politycznej lub biurokratycznej), ale stanowi automatyczny rezultat napięcia wbudowanego w ową podwójną regulację procesu liczenia głosów. Równoczesne obowiązywanie dwóch odmiennych procedur to właśnie mechanizm pozwalający na wygenerowanie wciąż nowej, aktualizowanej wiedzy o przebiegu osi konfliktowych w danej sprawie. Takie uznanie obowiązywania w tej samej sferze równoległych, odmiennych – a równocześnie – równoprawnych procedur jest jednak niesłychanie trudne przy zafiksowaniu się na hierarchicznym modelu regulacji. Również zaakceptowanie szczególnego, towarzyszącego tej konstrukcji, odcentrowienia i odpodmiotowienia (bo „stronami” są procedury, a źródłami wiedzy – ich zderzenie) jest trudne bez wcześniejszego odkrycia autonomii formy. Na tym przykładzie widać więc, że podziały, które zarysowały się w toku ratyfikacji Traktatu, dotyczą nie tylko odmienności interesów, ale – być może istotniejszych – odmienności tradycji intelektualnych w poszczególnych krajach członkowskich.
Konstrukcja prezentowanej czytelnikowi książki będzie następująca. Po wprowadzeniu, pokazującym zarys obu konkurujących ze sobą źródeł po­rządku (traktatowego i kryzysowego) w dwóch kolejnych esejach przedstawię filozofię władzy zawartą w Traktacie Lizbońskim. A także – widoczną w tle zmianę ontologii władzy (czyli – założeń jak obecnie, w warunkach złożoności i sieciowości, istnieje sam fenomen kontroli), oraz – jej podstaw epistemologicznych. Z pojawieniem się elementów logiki trójwartościowej włącznie, z jej paradoksalną dialektyką bez syntezy, ontologizacją czasu, synkretyzmem w sferze norm, naciskiem na „stawanie się”, a nie – bycie i nowym stosunkiem do konfliktu, stanowiącym obecnie nie tylko coś nieuchronnego, ale wręcz – zasadę konstru­kcyjną rozwiązań w sferze sterowania.
Pierwszą część książki zakończą rozważania dotyczące ewolucji – od dyktatu idei, przez dyktat formy, do obecnego dyktatu mocy.
Drugą część otworzy tekst pt. „Kryzys jako norma”, poświęcony antropologii kryzysu. Tu właśnie zajmę się końcem „buntu mas” i innymi, cy­wilizacyjnymi, konsekwencjami obecnego kryzysu.
Kolejny esej będzie przyczynkiem do antropologii komunizmu, ko­niecznym ze względu na szybkie zapominanie czym był tamten system. Zapominanie zakodowane
– jak pokażę – w sposobie, w jaki zrekonstruowano
myślowo komunizm w momencie jego odrzucania na poziomie świadomości potocznej.
A w zakończeniu zaryzykuję próbę odpowiedzi na dwa postawione wyżej pytania: o świat po kryzysie i o następny kryzys. A także – zarysuję koncepcję niedualistycznej (postkantowskiej) władzy, istniejącej już tylko jako „postulat” (założenie) przyjmowane przez samych poddanych. Być może bowiem nie ma już dyktatu idei, kryzys zdezorganizował dyktat formy, dyktat mocy nie jest w stanie osiągać postawionych celów i władza istnieje już tylko jako założenie (samosprawdzająca przepowiednia) w umysłach samych obywateli. I to właśnie założenie (oraz – przepływy wegetatywne związane z elementarnymi funkcjami samych społeczeństw) podtrzymują kruchy porządek. A reszta jest tylko spektaklem.

Jadwiga Staniszkis