Strona główna / Literatura polska / 39 i pół. Jak poznałem Ankę

Aktualności

05.07.2022

Spotkanie z Piotrem Borlikiem w Gdańsku

W poniedziałek 18 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Nadbałtyckiego Centrum Kultury (ul. Korzenna 33/35, Gdańsk) na spotkanie z Piotrem Borlikiem, autorem książki "Labirynt".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

04.07.2022

Rozmowa z Marcinem Margielewskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Marcinem Margielewskim, autorem książki "Wyrwana z piekła talibów".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Wyrwana z piekła talibów Marcin Margielewski
  3. Arabska zdrajczyni Tanya Valko

39 i pół. Jak poznałem Ankę

Darek Jankowski

PROLOG
PATRYK STAJE SIĘ FACETEM

Pędzimy wielkim TIR-em, przed nami małe czerwone autko. Jeśli w życiu istnieją chwile, o których mówimy „pełne napięcia”, to to jest właśnie taka chwila – jedziemy i zaciskamy palce: uda się czy nie? Patryk nerwowo wbija pazury w tapicerkę. Jest stacja. Wyluzowany tirowiec przed chwilą nadał lewy komunikat przez CB. I teraz wszystko zależy od Mirka. Skręci? Nie skręci? Stacja benzynowa rośnie w oczach. Pojawia się prawy, dodatkowy pas. Jest! Skręca! Auto skręca i zatrzymuje się na parkingu.
Widzę, jak Mirek wysiada z samochodu, Joaśka też otwiera drzwi. Marta siedzi z tyłu, ani drgnie. Nasz tirowiec hamuje pełną parą, zamaszyście kręci kołem, znowu hamulce - zatrzymujemy się obok. Patryk wyskakuje z szoferki, biegnie w stronę toyoty.
- Marta!
- Patryk?!
Marta wyskakuje z samochodu, rzuca się Patrykowi w objęcia. Ojciec Marty stoi z miną idioty, jej matka uśmiecha się i widać na jej twarzy wielką, wielką ulgę. Wokół jest ciemno, ale tirowiec – cwana gapa - stanął tak, że jego światła oświetlają całą scenę. Wysiadam i widzę… Dżizas, co za scena! Że też Anka z nami nie pojechała! Że też jej tu nie ma! Że też nie ma radia, telewizji i gazet! Z drugiej strony wysiada tirowiec – i też patrzy jak urzeczony. Ale numer!
Chyba nawet ludzie na stacji benzynowej gapią się zaciekawieni – ale kogo teraz obchodzi, czy ktoś się gapi. Liczy się tylko tych dwoje na asfalcie. No i ten cholerny Mirosław. Wielki mi panczur. Punk Dulski. Żenada. Dno. Mina jakby połknął żabę. Oj, niefajnie… Za to Joanna – rozanielona… Może nie będzie tak źle?

No nie, jak Miras coś będzie nie teges, to sam mu wygarnę pod oko! Nie, on nie może tego zepsuć! Nie tego, nie teraz, nie tym razem! Mirek podchodzi do młodych, patrzy głęboko w oczy Marcie, patrzy na Patryka… i?



1
Parę godzin później, kiedy już pogodnie idziemy sobie ulicą Franciszkańską, dwóch dorosłych facetów, bo Patryk jest już dorosły, jest dorosły od paru godzin, kiedy więc idziemy tą Franciszkańską i skręcamy we Freta, żeby dojść do Styropianu i napić się pierwszego dorosłego piwa w naszym wspólnym dorosłym życiu, które trwa raptem od paru godzin, idę i opowiadam mojemu synowi taką jedną scenkę, którą ujrzałem, gdy pewnego styczniowego wieczora, może z tydzień temu, zamknąłem na chwilę oczy. Wygląda to tak: …podgłaśniam sprzęt. Basy dają czadu, aż motylkuje w brzuchu. Odwracam się do Niewielkiej Istoty i… no tak… Wrzask oraz:
- Tato, tato! A dziadek Darek znowu mi puszcza Sex Pistols!
Oczywiście natychmiast wchodzi syn mój jedyny, Patryk, ma już trzydzieści lat, jest doskonałym pracownikiem doskonałej korporacji, wiadomo: garniak, krawat, spinki, mankiety, wiocha jak trzeba. Jednym ruchem dłoni ucisza Johnny’ego Rottena.
- Tato, no weź! Prosiłem!
- Synu mój jedyny Patryku, zrozum że moja wnuczka…
- Tato, przestań ją katować tym smęceniem!
- Ale to są wielcy Pistolsi!
- Wielcy? Może dla ciebie, nie dla niej!
- Mała, no sama powiedz! Nie kręci cię ta muza?
- Te smęty? – pyta Niewielka Istota. – Weź, dziadek… Ja to lubię muzę z wykopem, a nie te jakieś twoje… Sex Pistols. Co to jest Sex Pistols, dziadku? Sex Pistols, Wilki, Mieczysław Fogg…
Niewielka Istota z godnością opuszcza pokój. Patryk patrzy ironicznie:
- No co? Mamy rok 2022. Nie 1982, jeśli o to chodzi! Było ci przyjemnie, jak twoja babcia dręczyła cię Mieczysławem Foggiem?

- Możesz mi nie uwierzyć, ale taki właśnie sen mi się wyśnił, jeszcze w szpitalu. W szpitalu, gdy leżałem płaski jak naleśnik, z rozbitą głową, po nie do końca udanym skoku z wiaduktu na beton. Z wiaduktu skoczyłem, gdyż:
a)się poślizgnąłem;
b)czegoś mi było smutno.

Wybierz sobie, drogi Patryku, swój ulubiony wariant. Mogłem się poślizgnąć, bo było ślisko. A smutno mi być mogło, bo ukochana kobieta znowu mnie zostawiła, a ja już miałem dosyć tradycyjnego wyszywania czapek z dalekich komet. No ile można? A sen mi się wyśnił, bo?... bo tak już ze mną jest, że miewam prorocze sny. No dobra, obudziłem się – i ulga – nie mamy na szczęście roku 2022, ale sen okazał się jednak jakoś tam proroczy, a proroctwo było zajebiste na maksa, gdyż dosłownie dwa tygodnie później, drogi mój synu jedyny, Patryku - wydałeś stosowny komunikat: tato, jestem w ciąży. I ona też. Znaczy się Marta.
- Ja tak nie powiedziałem. Inaczej powiedziałem.
- Nieważne, ważne że sens był właśnie taki. Minęły dwie sekundy, spojrzałem na Ankę – i w tym momencie przypomniał mi się ten właśnie - szpitalnie i poziomo, z owiązaną głową - wyśniony sen. Sen o dziadku Darku. O babuni Ani. I o tacie Patryku.
- No.

Co powinien zrobić porządny rodzic, kiedy się dowiaduje, że jego pierworodny w wieku osiemnastu lat pogodnie sobie zachodzi w ciążę z przygodnie poznaną fanką Falubazu? Oczywiście – wiadomo, co powinien. To jest głęboko osadzone w naszej kulturze, prawda? Odpowiedzialny ojciec powinien otóż rozedrzeć szaty, wykonać wokalizę rannego łosia tudzież wskoczyć pierworodnemu na klatkę piersiową, wrzeszcząc, żeby najpierw się nauczył przestać garbić i ogryzać paznokcie, a dopiero potem ewentualnie może się zacząć rozmnażać. I niech jeszcze najpierw chociaż maturę zda, no tak czy nie?
I może bym nawet (jako znany w końcu wokalista) stosowną wokalizę wykonał. Tyle że… cóż, ja raptem parę dni wcześniej przejechałem się nieomal na tamten świat i – nie ukrywam - deczko mi się zmieniła optyka. Bo optyka się zmienia pod wpływem takich historii jak miłość. Albo jak śmierć. A nie da się ukryć: o śmierć się prawie otarłem. Z miłości, a jak! Jak w filmach!
I zgodnie z tą nową optyką pomyślałem sobie: no dobra, przesrane. Ale też z drugiej strony miał być pogrzeb, prawda? A tu się szykują chrzciny – i to podwójne. To coś jakby po czternastu biegach przegrywać w Gorzowie 40:43, a w ostatnim wygrać 5:1 i cały mecz jednym punktem – totalna zmiana sytuacji, co nie? Dżizas, to chyba znacznie lepiej, że nowych ludzi do kochania ma przybyć niż gdyby ich miało ubywać?

- Tak, padre. Zaraz mi powiesz, że umarłeś ze szczęścia, co?
- Nie, nie powiem, że umarłem ze szczęścia. Od umierania ze szczęścia byłem jeszcze dalej niż od roku 2022. Ale spojrzałem w wielkie, sarnie oczy mojej podwójnej Żonie (byłej i przyszłej jednocześnie), która, jak doskonale pamiętasz, była wtedy z nami wszystkimi… i coś tam chyba w tych oczach wyczytałem, i coś tam się nam obojgu jakby przypomniało…

…coś tam… coś tam… coś tam – coś tam…


2
- No to prosimy dwa piwa.
- Tata, no co ty?
- Trudno. Od dzisiaj jesteś dorosły.
- To aż tak?
- Aż tak. Osiemnaście lat masz? Masz. Ojcem będziesz? Będziesz. Dziadkiem mnie zrobiłeś? Zrobiłeś. No to czas na browara. Ty, no nie mów mi, że piwa nie pijesz. Pamiętasz, jak cię policja przyprowadziła?
- Ale tak oficjalnie? W pubie? Z tatą?
- Mówię. Osiemnaście skończyłeś. Wolno.
- Ale wczoraj też miałem osiemnaście lat i…
- Ale wczoraj nie wykonałeś akcji na stacji benzynowej. A dzisiaj tak. To było lepsze niż akcja pod arsenałem. Trudno, kolego. Opijamy dorosłość i nie świruj mi tu jarzębiny, dobrze?
- Tatusiu, tatusiu, a ja nie mogę się bawić jak inne dzieci?
- Zamknij się, gówniarzu! Pij!
- No dobra…
- Bo rozumiesz… dzisiaj jest ten moment… skoro wiesz, kości rzucone, i tak dalej… no to sorry, ale musimy pogadać.
- To myśmy jeszcze nie pogadali?
- Nie. Jeszcze nie. Nie wiesz, stary, w co się pakujesz. Nie wiesz, co cię czeka. Nic nie wiesz. No to ci powiem.
Barman stawia dwa browary, tatuś i synek biorą łyka – i odlatują w czasie. Tym razem – w przeszłość.

- Od czego by tu zacząć…
- Od początku?
- Nie. Wolę od środka.

W środku zaś stoi dziadek Warcisław. Dziadek Warcisław jest Bardzo Starym Człowiekiem, ma pięćdziesiąt ileś tam lat, pewnie niedługo skończy sześćdziesiąt. Tacy ludzie z mojej perspektywy w zasadzie już prawie nie żyją – bo ja, Darek Jankowski, mam lat dwadzieścia jeden – ale on żyje, i to jak żyje! Ma się lepiej niż Związek Radziecki. Związek Radziecki padnie na sklerozę już za rok. A dziadek Warcisław? A gdzie tam! Jest listopad 1990 i dziadek Warcisław właśnie się dowiedział, że za moment będzie dziadkiem Warcisławem, więc chodzi jak lew po klatce i wykonuje tradycyjną ojcowską wokalizę rannego łosia. Niby głównie w stronę córki swej, Anny, ale na linii strzału stoję przede wszystkim ja.
Gdybyż dziadek Warcisław był równie śmieszny i bezbronny jak aktualnie bezbronny i śmieszny jest ZSRR… Ale nie jest – to my jesteśmy bezbronni – i chyba śmieszni. Ja, rozczochrany panczur w skórzanej papie i chuda, ruda Anka o szklistych sarnich oczach.
- W ciąży?! Aniu, co to znaczy, że jesteś w ciąży?!
- Wartek, przecież słyszałeś, dobrze wiesz, co to znaczy! – Przyszła babcia Krysia stara się racjonalizować, temperować, moderować. Ale ranny łoś ryczy z bólu jak u Szekspira:
- Kryśka, ja wiem, co to znaczy, tylko ja nie rozumiem! Anka, co to znaczy, że jesteś w ciąży?! Aneczka, no proszę, córeczko! Wytłumacz tatusiowi! Co to znaczy, że jesteś w ciąży?!
Anka nie może nic z siebie wydukać, no to może ja? Pocę się w tej swojej papie, na łbie mam lekko postawiony czub (bez fanatyzmu, ale jednak), trochę żyletek i agrafek – jak szaleć to szaleć. Nabieram powietrza:
- Proszę pana, chodzi o to, że…
- Młody człowieku, milcz, jak do mnie mówisz, ja o nic ciebie nie pytałem, prawda?
To jest bardzo słuszna koncepcja: jak się mówi do dziadka Wartka to najlepiej jest milczeć. Artykulacja nie ma tutaj sensu. Będę miał kilka dobrych lat na to, by nauczyć się gruntownie tej zasady.
- Mówicie, że który to miesiąc?!
- Trzeci.
- Więc nic już nie można zrobić, prawda?!
- Nic!!! – krzyczy Anka i widzę, że w tym momencie chętnie dokonałaby post-postnatalnej aborcji na własnym ojcu.
- Wartek, zlituj się, a co ty byś chciał zrobić, na Boga?!
- Nie wiesz, co? To ja ci pokażę, co!
Dziadek Wartek bierze strzelbę ze ściany, nabija ją i strzela mi prosto w łeb. Mój mózg, czy co to tam u mnie jest, rozbryzguje się na ścianie. Totalny punk rock i jazda na maksa (choć wtedy mówiło się raczej odlot, a nie jazda). Zadowolony dziadek odkłada strzelbę na ścianę i zaczyna tańczyć myśliwskie pogo. Obie panie oddychają z ulgą, choć trochę im w sumie żal.
- No dobrze. To połowa problemu z głowy…
- No dobrze, niech już będzie. Aniu?
- Okej. Dzięki, tato.
- Może trochę szkoda?
- Eeee tam! To kto sprząta?...

OK, wiem, strzelba nie może tak po prostu sobie wystrzelić już w pierwszym akcie, ale do dziś pamiętam ten błysk w oku przyszłego teścia, to tęskne łypnięcie na wiszącą na ścianie giwerę… żeby tak było można… żeby się dało… ale nie, nie wolno. Zabije się to coś i pójdzie się siedzieć jak za człowieka. Nie. Nie wolno. Szkoda. No to może ja sobie znowu ryknę? No to ryczy:
- Nie wiem, co można zrobić! Podanie napisać do komitetu?! Do „Trybuny Ludu”? Do „Gazety Wyborczej”? Nie wiem! Oni w to się wpakowali, niech oni decydują, co robić! – I wyszedł, i trzasnął drzwiami.
- Tato, ja go kocham!!! – wrzasnęła wtedy Kobieta Mojego Życia. Drzwi się leciutko uchyliły.
- Kogo kochasz?! Tego tu?...

Sru! Drzwi walnęły, aż tynk poszedł ze ścian. Nie wiem. Jeśli kiedyś ogłoszą konkurs na szczyt pogardy w głosie, to mam murowaną kandydaturę.
- Dzieci, zaczekajcie chwilę… - Babcia Krysia bierze za rękę Ankę i mnie. Ściska mocno te nasze dłonie i patrzy na mnie takim wzrokiem… takim wzrokiem, że później, po latach, tak strasznie mi będzie głupio, że ją też zawiodłem…