Strona główna / Literatura polska / Kara

Aktualności

16.10.2018

Spotkanie z Ewą Karwan-Jastrzębską i Józefem Wilkoniem w Warszawie

We wtorek 13 listopada o godz.18.00 zapraszamy do Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy (ul. Koszykowa 26/28) na spotkanie z Ewą Karwan-Jastrzębską i Józefem Wilkoniem, autorami książki "Krowa kolorowa".

Wywiady

16.10.2018

"Chciałabym, aby moje bohaterki były przede wszystkim prawdziwe!"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk autorką serii "Cukiernia Pod Amorem"

Posłuchaj i zobacz

15.10.2018

Pisarka, malarka, rzeźbiarka. Siła kreacji w twórczości Małgorzaty Wardy

Zapraszamy do obejrzenia wywiadu z Małgorzatą Wardą, autorką książki "Dziewczyna z gór"

Bestsellery

TOP 20

  1. Na marginesie życia Stanisław Grzesiuk
  2. Pamiętnik znaleziony w Katyniu Maria Nurowska
  3. Wszystko nie tak! Izabella Frączyk

Fotogaleria

więcej »

Kara

Maja Wolny

30 lat później, E-40, Jędrzychowice

Jest 29 listopada, za dwie minuty północ. Niebawem skończę trzydzieści lat. Jadę sto pięćdziesiąt na godzinę, może uda mi się przekroczyć granicę równo o dwunastej. Przede mną jeszcze jakieś 900 kilometrów, całą noc przejadę po lśniących od wilgoci niemieckich autostradach. Jeszcze słyszę polskie radio, ale pojawiają się już przygraniczne szmery: „Niedźwiedzie w rosyjskich obwodach kemerowskim i tomskim… – przerwa i szum - nie mogą na razie zapaść w sen zimowy. A wszystko z powodu anomalii pogodowych...” – szum, koniec.
Mam tylko jedną noc na opowiedzenie mojej historii, historii o miłości i autostradach. Jedna noc mi wystarczy, samotność w samochodzie nie sprzyja dłużyznom. Jadę w kierunku zachodzącego słońca, a to obiecuje lepsze życie. Ale teraz jest noc i słońca nie widać.
Polsko-niemiecka ziemia niczyja, trzeba zwolnić do osiemdziesięciu. Jest ślisko. Wskazówka licznika opada, kapituluje, wie, że nie dodam gazu. Teraz tylko sześćdziesiąt, czterdzieści kilometrów na godzinę. Silnik krztusi się ze zdziwienia. Redukuję bieg. Krótkie spojrzenie urzędnika w budce. Macha na mnie przyzwlajaco. Zagłębia się ponownie w przerwanej lekturze gazety. Udało się. Jestem po drugiej stronie. Na którymś tam tysiącu autostrady E40, najdłuższej drogi Europy, trasy wschód-zachód, rozciągającej się od granicy kazachsko-chińskiej do Kanału La Manche. E40 jest prawie dwa razy dłuższa od legendarnej trasy 66 w Stanach, liczy sobie blisko 8 tysięcy kilometrów.
Wschód-zachód. Krakow-Bruksela, Józef – Marie, Jan i... ja, ja i Igor. Zaraz, to za szybko. Wyprzedzam fakty, podaję imiona. Muszę zwolnić. Włączam wycieraczki. Ich miarowy ślizg działa na mnie uspokajająco. Tamtej jesieni też cały czas lało. Siedem lat temu po raz pierwszy jechałam tą trasą. Drogi były o wiele gorsze, nasz samochód też. Wyjechaliśmy z Krakowa parę dni po tym, jak pokwitowałam polecony i drżącą ręką rozerwałam szarą kopertę: Studentka III roku nauk politycznych i dziennikarstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, Karolina Drajcher, wytypowana na 6 miesięczny pobyt stypendialny na Université Libre de Bruxelles w ramach programu Erazmus. A więc spakowałam walizki, słowniki francuski, niderlandzki i angielski. Najlepsze ciuchy. Laptopa. Czarny notes Moleskine, gdzie miałam wszystko zapisywać, każdy szmer uliczny, który może kiedyś zmieni się w repotraż. Kozaki na szpilkach ledwo zmieściły się do walizki. Wyglądam w nich dobrze, czułam się w nich dojrzałą kobietą - tak, te buty musiały pojechać ze mną za granicę.
- Tylko uważaj, Kara, tam w Brukseli! Wiesz, co się mówi: Erazmus-orgasmus - żartował przed wyjazdem Konrad. Po raz pierwszy mieliśmy się rozstać na dłużej, właściwie na zawsze. Zapomniałam o nim tak łatwo, wykasowałam z pamięci wszystko, oprócz naszego pierwszego razu. Widać byliśmy dla siebie tylko inicjacją, nauką sztuki miłości, po szkole każde z nas poszło w swoją stronę.
Do Brukseli zawiózł mnie ojciec. Dla taty była to pierwsza w życiu podróż na Zachód (kiedyś był w NRD, ale to się nie liczy). Ten wyjazd był rekompensatą za ciężkie przejścia ostatnich miesięcy. Ojca zredukowali tuż przed wakacjami, zaproponowali zasiłek przedemerytalny i niewielką odprawę. Nie było dyskusji. Zakład został sprywatyzowany i najstarsi pracownicy nie byli nikomu potrzebni. Tata musiał pogodzić się z tym, że ma utrzymywać nas z tych paru groszy, nie licząc skromnych dochodów z napraw starego sprzętu. Czasy jego ukochanych rubinów, szarotek i junostów dawno już minęły. Dźwięczne słowiańskie nazwy zniknęły, zostały zastąpione przez najeźdźców z Japonii i innych dalekich krajów. „Samsungi i panasoniki opanowały rynek” – ojciec zagryzał nerwowo wargi z wąsem i kiwał smutno głową. Supermarketowe „japończyki” sprzedawały się tanio, dawały się na kredyt, poręczały za siebie, że nigdy się nie zepsują.
Trudno powiedzieć, czy ojciec bardziej tęsknił za radziecką zawodnością rubinów, czy raczej za swoim kierowniczym stanowiskiem w Zurcie. Od początku lat dziewięćdziesiątych codziennie odbywał podróż sentymentalną do PRL-u, a to dzięki swojej piwniczce wypełnionej po brzegi starym sprzętem RTV. Mama nazywała go dobrotliwie kustoszem. Muzeum techniki ojca było teoretycznie warsztatem naprawczym, ale że prawdziwi klienci dość rzadko do jego piwniczki zachodzili, nazwa „muzeum” wydawała się bardziej odpowiednia.
Na mój wyjazd do Brukseli ojciec poświęcił przedwojennego telefunkena, piękne stare radio, perłę swojej kolekcji. Jakiś inny fanatyk sprzętu znalazł ogłoszenie w „Wyborczej” i bez targowania się zapłacił żądaną cenę. Miałam w kieszeni trzydzieści pięć tysięcy franków belgijskich. I sporo wyrzutów sumienia.
- Powinno ci wystarczyć, córciu… - Tata próbował rozmawiać o czymś praktycznym; to zawsze tamuje wzruszenie. Rozumiałam doskonale, o co mu chodziło i postanowiłam nie przedłużać rozmowy w niebezpiecznych kierunkach. Już za nim tęskniłam, chciałam go pocałować tak jak wdzięczna córka.
-Tak, tak, tato. Dziękuje. I będę dzwonić.
Patrzyłam, jak wsiada do starego fiata regaty, nieprodukowanego już modelu w złotawym, niemodnym kolorze.
- Jedź ostrożnie, tato!

Październik w Brukseli upłynął mi na czytaniu i łażeniu po mieście. Rzadko pojawiałam się na zajęciach. Zaglądałam na uczelnię głównie w niepogodę. Nie wzięłam z domu parasola.
Bruksela przygnębiała jesienią. Z betonowych wieżowców punktualnie o siedemnastej wylewały się tłumy urzędników w popielatych garniturach, na rusztowaniach budujących się wieżowców porozklejano reklamy specjalnych linii telefonicznych dla niedoszłych samobójców. Brudne metro i nieufni emigranci. Kiedy padało, lepiej było zamknąć się w ograniczonej przestrzeni, do której ciężkie wyziewy miasta nie miały dostępu.
Spotykałam dwudziestoparoletnich Polaków w tanich garniturach i nienagannie przystrzyżonych włosach. Też mieli teczki, przemykali w okolicach ronda Schumana podekscytowani stażem, unią, euro, komisją. Wydawali się niezwykle zadowoleni z każdego kroku, dzwonka telefonu, z buta w kałuży.
Nie polubiłam Brukseli. Czy tutaj liczba dni słonecznych w roku przekracza czasem dziesięć? – zastanawiałam się, licząc wężyki deszczu na oknie A La Mort Subite, knajpy, do której chadzał kiedyś Jacques Brel. Gubiłam się w nazwach ulic, skomplikowanej sieci francusko-niderlandzkich pułapek; ulice zmieniały tożsamość w zależności od tego, kto o nich mówił. Chciałam wymawiać te wszystkie nazwy równie płynnie jak brukselscy taksówkarze, czarni chłopcy z byłych kolonii Belgii i Francji. Sunęli po mieście szybko i pewnie, jakby objeżdżali podbite ziemie. Oznaczali swoje terytoria spalinami i głośną orientalną muzyką. Hamowali z piskiem opon, strzelając z zadowolenia gumą do żucia, białą jak ich zęby. Chciałam się z nimi przejechać, ale przerażały mnie szybko obracające się liczniki. Gotówka topniała mi w portfelu jak pierwszy śnieg na Plantach. Pewnie nie wsiadłabym do kremowego mercedesa tamtego dnia, gdyby nie to, że znowu się zgubiłam.
Wsiadłam przez pomyłkę w 69 zamiast w 96 - tramwaj wywiózł mnie pod gigantyczną budowlę ze srebrnymi kulami, jakąś monumantalną cząstkę elementarną z wiązaniami atomowymi. Nie miałam czasu na zwiedzanie. Dochodziła jedenasta, zaraz miał się zacząć wykład.
Zbawienna taksówka zatrzymała się tuż koło przystanku tramwajowego. Miękka tapicerka starego mercedesa pachniała brukselską mżawką. Najważniejsze to zdążyć na uczelnię. Na tym wykładzie jeszcze się nie pojawiłam, choć był obowiązkowy, a już kończył się październik. Ostatnia szansa. Głupio wyszło, bo zarówno sam wykład, jak i wykładowca wydawał się bardzo interesujący. Dziewczyny z roku opowiadały o nim od początku roku akademickiego: Jan Maleque, znany ekspert od spraw migracji w Europie. Zajmuje się ponadto studentami z wymiany, sprawdza papiery, pomaga pozliczać punkty i kredyty. Słyszałam od Sylvie, znajomej Włoszki, że jest wymagający, ale i niezwykle „urrhoczy”... Użyję swojego wdzięku, żeby usprawiedliwić nieobecność na poprzednich trzech wykładach. Jeśli oczywiście zdążę. Bo jak nie zjawię się tam dzisiaj, to mogę zapomnieć o zaliczeniu semestru – myślałam, sunąc elegancką aleją Roosevelta.
Taksówkarz zahamował z piskiem opon przed bramą uniwersytetu. Wyciągnęłam siedemset franków i pobiegłam do auli. Otworzyłam masywne drzwi i weszłam do środka. Sala była szczelnie wypełniona. Rozpoznałam kilka znajomych twarzy. Miejsc siedzących już nie było, trudno. Usiadłam na podłodze, w pierwszym rzędzie.
On właśnie wszedł do sali. Miał około czterdziestu lat, ciemne półdługie włosy bez śladu siwizny, czarny sweter założony na gołe ciało. Włączył komputer i rozejrzał się ciekawie dookoła. Spojrzał na mnie zdziwiony, moje wyciągnięte nogi w długich kozakach rzucały się w oczy.
– Je suis Karolina. Karolina Drajcher - powiedziałam.
Odszukał moje nazwisko na liście. Uśmiechnął się pobłażliwie, kiwnął przyzwalająco głową i zaczął wykład. A więc byłam przyjęta, profesor-ekspert wybaczył mi nieobecności. Poszło łatwiej, niż myślałam, żadnych pytań ani złośliwych komentarzy. W końcu nie było mnie na zajęciach prawie miesiąc. W ciągu kilku minut stałam się częścią tej nowej społeczności. Właśnie tamtego dnia o jedenastej piętnaście doszło do mikrowyładowania, które zapoczątkowało nowe życie. Wyjęłam zeszyt i zaczęłam notować. 24 października, jedenasta piętnaście. Historia współczesnych migracji zarobkowych. Poczułam, że drży mi ręka.
Profesor mówił szybko, każdą myśl puentował celnym komentarzem. Żadnych głupawych żarcików i taniego podkupowania publiczności. Co tu dużo mówić - był świetnym wykładowcą. I bardzo przystojnym facetem. Mógł się podobać Włoszkom, Belgijkom, Kongijkom. Każdej by się spodobał. Wtedy po raz pierwszy wyobraziłam go sobie nago.
Przemówił do mnie nagle, zadał pytanie, na które odpowiedzieć nie mogłam, dekoder się wyłączył, kompletna dekoncentracja, bardzo przepraszam, czy mógłby pan powtórzyć. Zrobił to na dodatek w moim języku, o którym myślałam, że miałam go na wyłączność. Niebywałe, tego nikt się nie spodziewał, że on, specjalista od spraw migracji, zna egzotyczne narzecza dalekiego wschodu Europy. Słuchacze wybuchnęli śmiechem; rozbawiła ich interwencja poligloty i moja konsternacja. Zaskoczona, poszukałam słów i odpowiedziałam mu w mojej najlepszej francuzczyźnie... Coś zaiskrzyło między nami już wtedy. Ale on wolał jeszcze trochę poczekać, policzyć sekundy, które spędzałam na oglądaniu jego dłoni, kiedy czarnym flamastrem zamalowywał tablicę wykresami wędrówek ludów i pracowników najemnych.
- Czy ma pani już plany na jutrzejszy wieczór, Caroline, Karolina?
Zrobił to wreszcie. Nie szukał pretekstów w bibliotece, nie kazał mi wypełniać dokumentów ani przygotowywać referatu. Zrobił to, wykorzystując znów ten język, język którego nigdy się nie uczył, dostał go – tak jak swoje oczy i szerokie ramiona - od ojca. Ten język osłaniał nas przed intruzami, był szyfrem dla innych niepojętym. Jego akcent uwiódł mnie zupełnie, ten francuskopolski, kompletna niezgodność paroksytoniczna.
A więc on, Jan Małek, syn Józefa, dzielnego polskiego żołnierza z dywizji pancernej generała Stanisława Maczka, zadurzył się w studentce. Złamał kampusowe zasady, umówił się na kolację ze swoją podopieczną. Zabrał mnie do Raju przy Rue de Louvain, cudownej hinduskiej restauracji, gdzie obsługiwały nas półnagie kelnerki. (Dziś tego miejsca już nie ma. Raj zamknięto za niepłacenie czynszu). Zatopieni w aksamitnych poduchach, wiedzieliśmy oboje, że ten wieczór nie zakończy się w taksówce. Jego dzielny ojciec, nieszczęśliwy w małżeństwie, całe życie myślał o tym, żeby jeszcze raz trzymać w ramionach Polkę. Jemu się nie udało, ale tobie tak, Janie Małku, i to za pierwszym podejściem. Dochodziła północ. Belgia przegrała ważny mecz z Niemcami dwa do zera.