Strona główna / Literatura światowa / Śmierć Bunny'ego Munro

Aktualności

25.02.2020

O pokusach i pragnieniach w Faktycznym Domu Kultury

We wtorek 10 marca o godz. 19.00 zapraszamy do Faktycznego Domu Kultury w Warszawie (ul. Gałczyńskiego 12) na spotkanie wokół książki Gabrieli Wiener "Seksografie. Reportaż uczestniczący o pokusach i pragnieniach".

Wywiady

23.01.2020

Wszyscy mamy w sobie czynnik diabła.

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Craigem Russellem, autorem książki "Czynnik diabła"

Posłuchaj i zobacz

22.01.2020

Wstrząsająca prawda o życiu arabskich księżniczek.

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Marcina Margielewskiego "Zaginione arabskie księżniczki".

Bestsellery

TOP 20

  1. Dymy nad Birkenau Seweryna Szmaglewska
  2. Króliki z Ravensbrück Anna Ellory
  3. Oleńka. Panienka z Białego Dworu Wioletta Sawicka

Fotogaleria

więcej »

Śmierć Bunny'ego Munro

Nick Cave

CZĘŚĆ PIERWSZA: JEBAKA

ROZDZIAŁ PIERWSZY


„Jestem przeklęty,” myśli Bunny Munro w nagłym przebłysku samoświadomości, jaki zdarza się wyłącznie tym, którzy mają niebawem umrzeć. Czuje, że gdzieś po drodze popełnił poważny błąd, ale to przeświadczenie trwa zaledwie przez jedno zatrważające uderzenie serca i znika, zostawiając Bunny’ego - w samej bieliźnie, w pokoju hotelu „Grenville” - sam na sam ze sobą i własnymi żądzami. Bunny zamyka oczy i wyobraża sobie jakąś losowo wybraną waginę, później siada na skraju hotelowego łóżka i - w zwolnionym tempie - opiera plecy o wyściełany zagłówek. Przytrzymując brodą telefon komórkowy, odpieczętowuje zębami miniaturową buteleczkę brandy. Wlewa zawartość w gardło, ciska butelkę na drugi koniec pokoju, potem wzdryga się, krztusi i mówi do telefonu: - Nie martw się, kochanie, wszystko będzie dobrze.
- Boję się, Bunny - mówi Libby, jego żona.
- Czego się boisz? Nie ma się czego bać.
- Wszystkiego. Boję się wszystkiego.
Dopiero teraz Bunny zdaje sobie sprawę, że coś zmieniło się w głosie jego żony: zniknęły aksamitne tony wiolonczeli, a ich miejsce zajęły wysokie, zgrzytliwe dźwięki skrzypiec, na których gra jakaś zbiegła z zoo małpa lub coś w tym stylu. Bunny rejestruje tę zmianę, lecz jej znaczenie na razie mu umyka.
- Nie mów tak. Wiesz, że to donikąd nie prowadzi - powiada Bunny i zaciąga się dymem z Lambert&Butlera, głęboko, jak w miłosnym akcie. I to właśnie w tym momencie spada na niego zrozumienie - pawian grający na skrzypcach, nieukojone, spiralne opadanie dryfującej Libby - mówi więc: - Kurwa! - i wydmuchuje z nozdrzy dwie wściekłe smugi dymu, jak dwa błękitno-szare kły. - Odstawiłaś tegretol? Libby, powiedz, że nadal bierzesz tegretol!
Milczenie na drugim końcu linii, potem rwące się, dalekie szlochanie.
- Twój ojciec znów dzwonił. Nie wiem, co mam mu powiedzieć. Nie wiem, czego on chce. Krzyczy na mnie. Wścieka się - mówi Libby.
- Na miłość boską, Libby, wiesz, co powiedział doktor. Jeśli nie weźmiesz tegretolu, wpadniesz w depresję. Jak dobrze ci wiadomo, to dla ciebie niebezpieczne, gdy wpadasz w depresję. Ile jeszcze, kurwa, razy mamy przez to przechodzić?
Szloch powraca, oddala się i znów powraca, aż w końcu staje się cichym, żałosnym popłakiwaniem, które przypomina Bunny’emu o ich pierwszej wspólnej nocy - Libby, leżąc w jego ramionach w zapuszczonym hotelowym pokoiku w Eastbourne, wpadła w niewytłumaczalną płaczliwą chandrę. Zapamiętał, że spojrzała wówczas na niego i powiedziała: - Przepraszam, czasem zbyt łatwo się wzruszam. - Lub coś w tym stylu.
Bunny wpycha dłoń w krocze i zaciska palce, uwalniając do dolnej części kręgosłupa impuls rozkoszy.
- Po prostu weź ten zasrany tegretol - mówi, łagodniejszym nieco głosem.
- Boję się, Bunny. Ten facet wciąż grasuje, napada na kobiety.
- Co za facet?
- Maluje sobie twarz na czerwono i nosi na głowie diabelskie rogi z plastiku.
- Co takiego?
- Gdzieś na północy. Mówią o tym w telewizji.
Bunny chwyta za pilot leżący na nocnym stoliku i po krótkiej serii szermierczych pchnięć i odparowań włącza ustawiony na minibarku telewizor. Z wyciszonym dźwiękiem przeskakuje kolejne kanały, dopóki na ekranie nie pojawi się czarnobiały materiał z kamery przemysłowej, nagrany w centrum handlowym w Newcastle. Jakiś mężczyzna w spodniach od dresu, z obnażoną klatką piersiową kluczy pośród tłumu zatrwożonych klientów. Usta ma otwarte w bezgłośnym krzyku. Wygląda jakby miał na głowie diabelskie rogi i wymachuje czymś, co przypomina duży, czarny kij.
Bunny przeklina pod nosem i w tejże chwili opuszcza go wszelka energia, seksualna czy jakakolwiek inna. Rzuca pilotem w telewizor, odbiornik wyłącza się z sykiem wyładowań elektrostatycznych, a Bunny pozwala swej głowie bezwładnie opaść na zagłówek. Skupia uwagę na plamie wilgoci na suficie, ukształtowanej jak niewielki dzwon lub kobieca pierś.
Gdzieś na obrzeżach świadomości Bunny wyczuwa natrętną obecność szczebiotliwego dźwięku - jak pełne wściekłego sprzeciwu dzwonienie w uchu, elektronicznie brzmiące i straszne - ale nie potrafi rozpoznać jego źródła, zamiast tego słyszy głos swojej żony: - Bunny? Jesteś tam?
- Libby. Gdzie teraz jesteś?
- W łóżku.
Bunny spogląda na zegarek, przysuwa i odsuwa nadgarstek od oczu jak puzonista, ale nie może złapać ostrości.
- Chryste! A gdzie jest Bunny Junior?
- W swoim pokoju. Chyba.
- Posłuchaj, Libby, jeśli mój tato znów zadzwoni…
- On nosi przy sobie trójząb - mówi jego żona.
- Co?
- Widły ogrodnicze.
- Co takiego? Kto?
- Ten facet, na północy.
Bunny zdaje sobie sprawę, że wrzaskliwy, przypominający kwilenie dźwięk dobiega z zewnątrz. Słyszy go pomimo buczenia klimatyzacji; brzmi wystarczająco apokaliptycznie, by niemal pobudzić jego ciekawość. Jednak nie pobudza.
Ślad wilgoci na suficie rośnie, zmienia kształt - jest większą piersią, pośladkiem, seksownym kobiecym kolanem - pod nim formuje się kropelka, coraz dłuższa, drżąca, odrywa się od sufitu i spada swobodnie, eksplodując na klatce piersiowej Bunny’ego. Bunny głaszcze to miejsce, jakby wszystko działo się we śnie, i mówi: - Libby, skarbie, gdzie my mieszkamy?
- W Brighton.
- A gdzie leży Brighton? - pyta Bunny, przesuwa palcem po miniaturowych buteleczkach z trunkami, ustawionych w rząd na nocnym stoliku, i wybiera Smirnoffa.
- Na południu.
- A to znaczy, że jesteśmy tak oddaleni od „gdzieś na północy”, jak tylko się da bez wpadania do cholernego morza. Teraz posłuchaj, złotko, wyłącz telewizor, weź swój tegretol, weź pigułkę na sen - a niech to, weź dwie pigułki na sen - a ja będę z powrotem jutro rano. Wcześnie rano.
- Molo się pali - mówi Libby.
- Co?
- Zachodnie Molo się pali. Dym czuć aż tutaj.
- Zachodnie Molo?
Bunny wlewa w siebie zawartość buteleczki z wódką, zapala kolejnego papierosa, wstaje z łóżka. Ściany pokoju chwieją się i Bunny uświadamia sobie, jak bardzo jest pijany. Stąpając na palcach, z ramionami wyciągniętymi na boki, przemierza pokój niczym lunatyk, podchodzi do okna. Słania się, potyka, i nim złapie równowagę i ustabilizuje swe ciało, zawisa jak Tarzan na wyblakłych perkalowych zasłonach. Rozsuwa je szeroko, a wtedy zwulkanizowane, niemal dzienne światło oraz krzyk ptaków wdzierają się do pokoju siejąc w nim zamęt. Źrenice oczu zwężają się Bunny’emu boleśnie, gdy wykrzywia twarz do światła za oknem i widzi ciemną chmurę szpaków szczebioczących obłąkańczo nad płonącą i dymiącą bryłą Zachodniego Mola, które stoi, bezradne, wcinając się w morze naprzeciwko hotelu. Bunny zastanawia się, dlaczego nie zauważył tego wcześniej, a potem zastanawia się, jak długo już jest w tym pokoju, wreszcie przypomina sobie o swojej żonie i słyszy jej głos: - Jesteś tam, Bunny?
- No - odpowiada Bunny, zahipnotyzowany widokiem płonącego mola i tysięcy wrzeszczących ptaków.
- Szpaki oszalały. To coś okropnego. Ich maleństwa płoną w gniazdach. Nie mogę tego znieść, Bun - mówi Libby, piskliwy ton skrzypiec wznosi się coraz wyżej.
Bunny wraca na łóżko i słyszy, jak jego żona płacze na drugim końcu telefonicznej linii. Dziesięć lat, myśli, dziesięć lat, a te łzy wciąż na niego działają - te turkusowe oczy, ta radosna cipka, ach stary!, i ten niezgłębiony szloch - i Bunny opiera się o zagłówek, i poklepuje się po genitaliach jak małpa, mówiąc: - Wrócę jutro, kochanie, wcześnie rano.
- Kochasz mnie, Bun? - pyta Libby.
- Wiesz, że tak.
- Przysięgasz na swoje życie?
- Na Chrystusa i wszystkich świętych. Kocham cię caluteńką, łącznie z twoimi maleńkimi stópkami, skarbie.
- Nie możesz wrócić do domu dziś wieczorem?
- Wróciłbym, gdybym mógł - odpowiada Bunny, wiercąc się na łóżku w poszukiwaniu papierosów - ale jestem wiele mil od domu.
- Och, Bunny… ty pieprzony kłamco…
Martwa cisza zapada w słuchawce, więc Bunny mówi: - Libby? Lib?
Patrzy zdziwiony na telefon, jakby dopiero teraz odkrył, że trzyma go w dłoni, zatrzaskuje klapkę w chwili, gdy kolejna kropla wody rozpryskuje się na jego klatce piersiowej. Bunny formuje usta w małe „O” i wciska w nie papierosa. Przypala go zapalniczką firmy Zippo, zaciąga się głęboko, następnie emituje do atmosfery pełną zadumy smugę szarego dymu.
- Masz tam pełne ręce roboty, skarbie.
Z wielkim wysiłkiem Bunny odwraca głowę i spogląda na stojącą w drzwiach do łazienki prostytutkę. Jej fluorescencyjne majtki pulsują różową barwą na tle czekoladowej skóry. Dziewczyna drapie się po głowie ozdobionej drobnymi warkoczykami, a plasterek pomarańczowego ciała wyziera zza jej lekko opadniętej od narkotyku dolnej wargi. Bunny’emu przychodzi na myśl, że sutki dziewczyny wyglądają jak detonatory min morskich, używanych w czasie wojny do wysadzania w powietrze statków, lub coś w tym stylu, i już ma jej o tym powiedzieć, ale zapomina sobie, zamiast tego zaciąga się papierosem i mówi: - To była moja żona. Cierpi na depresję.
- Nie ona jedna, skarbie - stwierdza prostytutka, przemierzając niepewnym krokiem krzykliwy pseudo-turecki dywan z Axminster; jasnoróżowy czubek języka sterczy spomiędzy jej warg. Potem dziewczyna opada na kolana i bierze w usta kutas Bunny’ego.
- Nie, nie. To u niej to depresja endogenna, taka choroba. Moja żona bierze leki.
- Ja też, kochanie - oznajmia dziewczyna z wysokości podbrzusza Bunny’ego.
On zdaje się poważnie zastanawiać nad tą odpowiedzią, manewrując równocześnie biodrami. Miękka, czarna dłoń spoczywa na jego brzuchu i Bunny, spoglądając w dół, widzi, że na każdym paznokciu wymalowano szczegółowy widok zachodu słońca gdzieś w tropikach.
- Czasami jest naprawdę źle - mówi Bunny.
- Dlatego nazywają to chandrą, skarbie - ripostuje dziewczyna, ale on ledwo słyszy jej słowa, gdyż dochodzą w postaci niskiego, niezrozumiałego chrypienia. Dłoń na jego brzuchu zaczyna drgać, a chwilę później podskakiwać.
- Hej! Co jest? - woła, zasysając powietrze przez zęby; nagle robi szybki wdech i znów nachodzi go, eksplodując z samego dna serca, ta myśl na koniec czasu, na koniec wszystkiego: „jestem przeklęty”, i Bunny przysłania ramieniem oczy, a jego ciało wygina się lekko w łuk.
- Wszystko gra, kochanie? - pyta prostytutka.
- Wydaje mi się, że na piętrze nad nami przepełniła się wanna - mówi Bunny.
- Bądź cicho, skarbie.
Dziewczyna unosi głowę i spogląda przelotnie na Bunny’ego, a on próbuje dostrzec centralne punkty jej czarnych oczu, wiele mówiące punkciki źrenic, ale jego wzrok traci ostrość widzenia i obraz się rozmywa. Bunny kładzie dłoń na głowie prostytutki, wyczuwa wilgotną połyskliwość na jej karku.
- Bądź cicho, skarbie - powtarza ona.
- Mów mi Bunny - prosi on i widzi jak kolejna kropelka wody drży na suficie.
- Mogę nazywać cię każdym cholernym imieniem, jakiego sobie zażyczysz, kochanie.
Bunny zamyka oczy i naciska dłonią na szorstkie sznurki włosów dziewczyny. Czuje na swej klatce piersiowej delikatną eksplozję wilgoci, jak płacz.
- Nie, nie każdym. Mów mi Bunny - szepcze.