Strona główna / Fantastyka / Poniedziałek zaczyna się w sobotę

Aktualności

26.10.2020

Najlepsza książka na jesień!

Z radością informujemy, że książka "Osiedle Sielanka. Nieznajoma" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk zdobyła nagrodę czytelników na najlepszą książkę na jesień 2020 w głosowaniu organizowanym przez serwis Granice.pl.

Wywiady

10.09.2020

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

26.11.2020

Czy prawdą jest, że kto usłyszy dźwięk wrzeciona kikimory, ten umrze?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Śreżoga".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska wendeta Tanya Valko
  2. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  3. Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca Lucyna Olejniczak

Fotogaleria

więcej »

Poniedziałek zaczyna się w sobotę

Arkadij i Borys Strugaccy

Dzwonił telefon. Przetarłem oczy, spojrzałem w okno (dąb rósł na swoim miejscu), popatrzyłem na wieszak (wieszak też wisiał na swoim miejscu). Telefon nadal dzwonił. Za ścianą w pokoju staruchy panowała cisza. Wstałem, otworzyłem drzwi (zasuwa również znajdowała się na swoim miejscu) i wyszedłem do sieni. Telefon nadal dzwonił. Stał na półeczce nad wielkim cebrzykiem – supernowoczesny aparat z białego plastiku. Widziałem taki jedynie na filmach i w gabinecie naszego dyrektora. Podniosłem słuchawkę.
– Halo…
– Kto mówi? – zapytał przenikliwy kobiecy głos.
– A z kim pani chce rozmawiać?
– Czy to chatnakurnóż?
– Co?
– Pytam, czy to chatka na kurzych nóżkach? Kto mówi?
– Tak jest – odparłem. – Tu chatka. Z kim pani chce rozmawiać?
– O, do diabła. Niech pan przyjmie telefonogram.
– Słucham.
– Niech pan zapisze.
– Jedną chwileczkę – odparłem. – Tylko wezmę ołówek i kartkę.
– O, do diabła…
Przyniosłem notes i ołówek automatyczny.
– Słucham.
– Telefonogram numer dwieście sześć – rzekł kobiecy głos. – Do obywatelki Nainy Kijewnej Gorynycz…
– Nie tak szybko… Kijewnej… Dalej?
– „Niniejszym prosimy o przybycie… w dniu dzisiejszym, dwudziestego siódmego lipca… bieżącego roku… o północy… na coroczny zlot republikański”. Zapisał pan?
– Zapisałem.
– „Pierwsze spotkanie odbędzie się na Łysej Górze. Obowiązują stroje wieczorowe. Transport… na koszt własny… podpis… szef kancelarii… Cha… Em… Wij”.
– Kto?
– Wij! Cha Em Wij.
– Nie rozumiem.
– Wij! Chronos Monadowicz! Nie zna pan szefa kancelarii czy co?
– Nie znam – powiedziałem. – Niech pani przeliteruje.
– Niech to licho! Dobrze, literuję: Wilkołak, Inkub, Jaga… Zapisał pan?
– Chyba tak – odparłem. – Wyszło mi Wij.
– Kto?
– Wij!
– Ma pan polipy czy co? Nie rozumiem!
– Władimir! Iwan! Jurij!
– Dobrze. Niech pan powtórzy telefonogram.
Powtórzyłem.
– Zgadza się. Nadała Onuczkina. Kto przyjął?
– Priwałow.
– Siemasz, Priwałow! Dawno służysz?
– Psy służą – mruknąłem gniewnie. – Ja pracuję.
– No to pracuj dalej. Do zobaczenia na zlocie.
Rozległ się urywany sygnał. Odłożyłem słuchawkę i wróciłem do swojego pokoju. Ranek był chłodny, szybko zrobiłem poranną gimnastykę i ubrałem się. To wszystko, co się tu działo, strasznie mnie zainteresowało. Telefonogram na pewno łączył się z nocnymi wydarzeniami, choć na razie nie wiedziałem jak. Zresztą pewne domysły już miałem, moja wyobraźnia była rozpalona do białości.
Wydarzenia te nie były dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Czytałem już o podobnych przypadkach, pamiętałem nawet, że zachowanie ludzi, którzy znaleźli się w analogicznych sytuacjach, zawsze wydawało mi się przeraźliwie, irytująco głupie. Zamiast jak najpełniej wykorzystać pasjonujące perspektywy, które otwarły się przed nimi dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, byli wystraszeni i za wszelką cenę starali się wrócić do zwyczajnego życia. Jakiś bohater zaklinał nawet czytelników, żeby trzymali się z dala od zasłony oddzielającej nasz świat od niewiadomego, strasząc fizycznymi i psychicznymi traumami. Nie miałem pojęcia, jak dalej potoczą się wydarzenia, ale już teraz byłem gotów rzucić się w ich wir.
Kręcąc się po pokoju w poszukiwaniu czerpaka albo kubka, rozmyślałem dalej. Ci tchórzliwi ludzie, myślałem sobie, przypominają niektórych naukowców eksperymentatorów – upartych i pracowitych, ale kompletnie pozbawionych wyobraźni i przez to bardzo ostrożnych. Otrzymując nagle niebanalny efekt, wycofują się w popłochu, pospiesznie objaśniają go błędem eksperymentu i tak naprawdę odrzucają to nowe, ponieważ za bardzo zżyli się ze starym, wygodnie mieszczącym się w koleinach autorytatywnej teorii… A ja już rozmyślałem nad eksperymentami z książką kameleonem (nadal leżała na parapecie i teraz była „Ostatnim wygnańcem” Aldridge’a), z mówiącym lustrem i cmykaniem. Miałem kilka pytań do kota Wasyla, a nawet do rusałki mieszkającej na dębie, która również była na swój sposób interesująca, choć czasem wydawało mi się, że rusałka jednak mi się przyśniła. Nie mam nic przeciwko rusałkom, ale nie wyobrażam sobie, jak mogłyby chodzić po drzewach… Chociaż, z drugiej strony, skąd łuska?…
Znalazłem wreszcie czerpak na stągwi pod telefonem, ale wody nie było. Poszedłem do studni. Słońce stało już dość wysoko, z oddali dobiegały odgłosy jeżdżących samochodów, zagwizdał milicyjny gwizdek, po niebie z ciężkim buczeniem przeleciał helikopter. Podszedłem do studni – na szczęście do łańcucha było przymocowane poobijane metalowe wiadro. Zacząłem kręcić korbą. Wiadro, uderzając o ściany, zjechało w czarną głębię, rozległ się plusk i łańcuch się napiął. Zacząłem kręcić korbą w drugą stronę, patrząc na swojego moskwicza. Pokryty pyłem samochód wyglądał na zmęczony, przednią szybę zalepiły rozbijające się o nią owady. Trzeba dolać wody do chłodnicy, pomyślałem. I w ogóle…
Wiadro było bardzo ciężkie. Gdy postawiłem je na zrębie, z wody wyłoniła się ogromna głowa szczupaka, zielona i jakby omszała. Zaskoczony, cofnąłem się gwałtownie.
– I znowu mnie na targ ciągniesz? – powiedział szczupak, wyraźnie akcentując „o”. – Dajże ty mi wreszcie spokój, nienasycona kobieto! Ile można? Ledwie zdążę się położyć, żeby sobie odpocząć, zdrzemnąć się – a ta już ciągnie! Przecież mam już swoje lata, jestem starszy od ciebie… i skrzela już nie te same…
Mówiący szczupak wyglądał co najmniej dziwnie. Zupełnie jak w teatrze kukiełkowym: otwierał i zamykał zębatą paszczę w zgrzytliwej niezgodzie z wydawanymi dźwiękami. Ostatnie zdanie wymówił, kurczowo zaciskając szczęki.
– Powietrze mi szkodzi… – klarował dalej. – A co zrobisz, jak zdechnę? Wszystko przez to twoje głupie skąpstwo… Ciułasz, ciułasz i po co ci to? Z ostatniej reformy z czym wyszłaś? Właśnie, właśnie! A katarzynki? Kufry nimi oklejałaś! A kierenki, kierenki? W piecu kierenkami paliłaś…
– Przepraszam – wtrąciłem się, odzyskując równowagę.
– Oj, a ktoś ty? – wystraszył się szczupak.
– Ja… ja tu jestem przypadkiem… chciałem się umyć…
– Umyć! A ja myślałem, że to znowu starucha… Słabo widzę, stary już jestem… i współczynnik załamania w powietrzu podobno zupełnie inny. Sprawiłem sobie nawet okulary, ale zgubiłem i już ich nie znajdę… Kim jesteś?
– Turysta – wyjaśniłem krótko.
– A, turysta… a ja myślałem, że to znowu babka. Co ona ze mną wyprawia! Wyciąga, zanosi na targ i sprzedaje, niby to na uchę. No i co mi pozostaje? Mówię kupującemu: Tak i tak, wypuść mnie do moich małych dziatek – chociaż jakie tam małe dziatki, jeśli które jeszcze żyją, to już nie dziatki, ale dziadki! Ty mnie wypuścisz, a ja ci posłużę, wystarczy, że powiesz: „Na szczupaka rozkazanie, tak jak zechcę, niech się stanie”. No i puszczają. Jedni ze strachu, inni z dobroci serca, jeszcze inni z chciwości… Popływam sobie w rzece, popływam, robi mi się zimno, reumatyzm dokucza, no to wskakuję znowu do studni, a starucha z wiadrem już się czai… – Szczupak schował się w wodzie, zabulgotał i znów się wychylił. – No to o co będziesz prosił, żołnierzu? Tylko o coś prostego, bo proszą o jakieś telewizory, tranzystory… Jeden to już zupełnie zwariował: „Wypełnij za mnie, mówi, plan roczny w tartaku”. A ja za stary jestem, żeby drzewo ciąć.
– Aha, czyli telewizora nie możesz dać?
– Nie – wyznał uczciwie szczupak. – Telewizora nie mogę. I… no, wieży grającej też nie mogę. No nie wierzę ja w to wszystko… Wymyśl coś prostego. Dajmy na to buty siedmiomilowe albo czapkę niewidkę. Co?
Nadzieja na wymiganie się od smarowania moskwicza umarła śmiercią naturalną.
– Nie przejmuj się – powiedziałem. – Właściwie to niczego nie potrzebuję. Zaraz cię wypuszczę.
– A to i dobrze – odparł spokojnie szczupak. – Lubię takich ludzi. Kiedyś też… kupił mnie jakiś na targu, obiecałem mu królewską córkę. Płynę rzeką, płynę, wstyd taki, że nie wiem, gdzie oczy podziać. I wpakowałem się w sieci. Wyciągają mnie, no, myślę sobie, znów trzeba będzie kłamać. A ten mnie łapie w poprzek zębów tak, że nawet bym pyska nie otworzył! Oho, myślę, wybiła moja ostatnia godzina, jednak mnie ugotują. A tu nie… Zacisnął mi tylko coś na płetwie i wrzucił z powrotem do rzeki. O! – Szczupak wychylił się z wiadra i pokazał płetwę, na której widniał metalowy zacisk. Na zacisku przeczytałem: „Egzemplarz wpuszczono do rzeki Sołowy w 1854 roku. Dostarczyć do Carskiej Akademii Nauk, SPb”. – Tylko starej nic nie mów – ostrzegł mnie szczupak. – Bo razem z płetwą oderwie. Chciwa ona jest, skąpa…
O co by go poprosić? – zastanawiałem się gorączkowo.
– Jak robisz te swoje cuda?
– Jakie znowu cuda?
– No, to spełnianie życzeń…
– Ach, to… A jak mam robić… Nauczyli mnie, jak byłem mały, to i robię, skąd mogę wiedzieć jak… Złota rybka nie takie rzeczy robiła, a i tak już po niej… Taki los…
Wydawało mi się, że szczupak westchnął.
– Zmarła ze starości?
– Z jakiej tam starości! Młoda była, krzepka… Spuścili na nią, żołnierzu, bombę głębinową. I złota rybka zaczęła pływać brzuchem do góry, i jakiś okręt podwodny, co obok przepływał, też utonął. A przecież by się wykupiła, ale nie, o nic nie pytali, zobaczyli i od razu bombą… Tak to bywa… – Zamilkł. – To co, puszczasz mnie? Duszno coś, burza idzie…
– Oczywiście, oczywiście – zakrzątnąłem się. – Tylko jak, wrzucić cię do wody czy spuścić w wiadrze?
– A rzucaj, żołnierzu, rzucaj.
Ostrożnie włożyłem ręce do wiadra i wyjąłem szczupaka, ważył chyba z osiem kilo.
– No, a gdyby latający dywan czy stoliczku, nakryj się, to wiesz, gdzie mnie szukać. U mnie ci nie przepadnie… – mamrotał.
– Do widzenia – powiedziałem i rozłożyłem ręce. Rozległ się głośny plusk.
Przez jakiś czas stałem, patrząc na swoje brudne, zielone dłonie. Dziwnie się czułem. Od czasu do czasu, niczym podmuch wiatru, napływało wrażenie, że siedzę w pokoju na kanapie, ale gdy potrząsnąłem głową, znów byłem przy studni. Potem wrażenie minęło. Umyłem się w lodowatej wodzie, ogoliłem i dolałem wody do chłodnicy. Starucha się nie zjawiała. Byłem głodny i musiałem iść na pocztę, gdzie, być może, czekali już na mnie przyjaciele. Zamknąłem samochód i wyszedłem za bramę.