Strona główna / Literatura światowa / Włoskie wesele

Aktualności

15.04.2020

Mądra Książka Roku 2019

Z przyjemnością informujemy, że nasze książki nominowano w konkursie Mądra Książka Roku 2019. 

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.04.2020

Krzysztof Gosztyła czyta MAŁY WIELKI TYDZIEŃ

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Mały wielki tydzień" autorstwa Darka Milewskiego w znakomitej interpretacji Krzysztofa Gosztyły.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jest krew... Stephen King
  2. Zaginione arabskie księżniczki Marcin Margielewski
  3. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

Włoskie wesele

Nicky Pellegrino

Rozdział 2

– Proszę opisać, jak pani widzi swoje wesele. – Tak brzmiało pierwsze zdanie, które Pieta wygłaszała do każdej panny młodej. Odpowiedź zaś wskazywała jej, jaką suknię powinna zaprojektować.
Dzisiejsza panna młoda była blondynką o doskonałej cerze, choć miała zaledwie garść włosów i zbyt cofnięty podbródek, by uznać ją za piękność. Siedziała na samym brzegu białej sofy w Sali z Żyrandolem, oglądając manekiny w sukniach barwy kości słoniowej i wypełnione dodatkami półki, ustawione wzdłuż ścian. Pieta usiadła naprzeciw w fotelu o wysokim oparciu, z blokiem białego papieru na kolanach i ołówkiem w ręce.
– Och, spodziewałam się… – Panna młoda miała niepewny wyraz twarzy. – Czy już zaczynamy? Bo sądziłam, że poczekamy na Nikolasa Rose. Ja mogę zaczekać.
Pieta uśmiechnęła się lekko.
– Przepraszam, myślałam, że to zostało wyjaśnione. To ja zajmuję się pierwszą konsultacją i wstępnymi szkicami, a później Nikolas udoskonala projekt. Tak powstają wszystkie suknie Nikolasa Rose. Więc proszę mi powiedzieć, o jakim stylu pani myślała?
Panna młoda upiła łyk schłodzonego szampana, którego Pieta nalała jej do kieliszka.
– No cóż, mój narzeczony pochodzi z katolickiej rodziny, więc wesele będzie huczne, ślub w wielkim kościele, a później odbędzie się przyjęcie z muzyką i tańcami. Zgodnie z tradycją. Tylko że… – Napiła się jeszcze szampana.
– Chciałabym w dniu mojego ślubu wyglądać olśniewająco. Jak na czerwonym dywanie podczas wręczania Oscarów. Dlatego tu jestem, bo wszyscy mówią, że Nikolas Rose projektuje najelegantsze suknie.
Ołówek Piety poruszał się już po białej kartce.
– A zatem coś klasycznego, lecz przy tym seksownego – zauważyła z nutą zadumy. – Niezbyt duży dekolt, bez obnażonych ramion, ale suknia dopasowana do figury, prawda? Ma pani tak urocze kształty, że szkoda byłoby ich nie podkreślić.
Panna młoda sprawiała wrażenie nieco zdenerwowanej.
– Mam tu kilka ilustracji wyciętych z czasopism, ale nie wiem, czy pan Rose… – Zaczęła grzebać w swoje torebce i wydobyła teczkę pełną kolorowych kartek ze zdjęciami.
Pieta wsunęła teczkę pod swój blok do rysowania.
– Nic nie szkodzi – zapewniła, nie przestając pisać i szkicować. – Nikolas chętnie na to spojrzy. A jak wygląda kwestia kolorów? Czy zastanawiała się pani, jak mają być ubrane druhny? No i kwiaty. Co chciałaby pani mieć w ślubnym bukiecie?
– Ja… nie jestem pewna. O tylu rzeczach trzeba pomyśleć, prawda?
– Ależ to nic strasznego. Możemy pani podsunąć kilka rozwiązań, jeśli pani zechce. No a teraz muszę panią zmierzyć i zrobić kilka zdjęć. Gdy tylko naradzę się z Nikolasem, wyznaczymy następne spotkanie.
Zaledwie otoczyła talię panny młodej centymetrem krawieckim, usłyszała kroki Nikolasa. Sądził zapewne, że jest sama.
– Pieto, Pieto, Pieto! – nawoływał rozdrażnionym tonem. – Pieto, czy widziałaś moje…
Gdy zauważył klientkę, przystanął i skorygował wyraz twarzy. Miał na sobie wąskie spodnie w prążki, czarną koszulę i długą czarną marynarkę z czerwoną gerberą w butonierce. Płynnym krokiem przemierzył pokój, obrócił pannę młodą w stronę lustra, ujął w dłonie jej delikatne włosy, piętrząc je na jej głowie i przyjrzał się wspólnemu odbiciu.
– Urocza – przemówił. – Po prostu urocza.
– To jest pani Helene Sealy – poinformowała go Pieta.
– W lecie wychodzi za mąż i chce, by ją ubrał Nikolas Rose.
– Oczywiście, że chce. – Nikolas pozwolił, by włosy dziewczyny wysunęły się z jego palców i zerknął na szkice Piety. – Widzę ją w czymś miękkim, w tkaninie, która porusza się zgodnie z jej ruchami, nic nazbyt sztywnego i oficjalnego. Widzę bukiet białych orchidei związany ręcznie zwykłą jasnozieloną wstążką. Włosy może upięte do góry, jakieś białe kwiatki i bladozielone listki tutaj, przy uchu. Tak, to będzie urocze. Zostawiam cię z tym, Pieto. – Odwrócił się na pięcie i zniknął równie szybko, jak się pojawił.
– To był Nikolas Rose? – Panna młoda wydawała się oszołomiona.
– Tak, to on.
Pieta kontynuowała nieodzowne czynności. Wzięła miarę, zrobiła zdjęcia, wypełniła formularze, na koniec zaś wręczyła klientce wizytówkę, na której widniało: „Pieta Martinelli, konsultantka projektów”.
– O, ma pani włoskie nazwisko. – Głos Helene brzmiał tak, jakby ją to ucieszyło.
– Tak, mój ojciec pochodzi z Włoch – wyjaśniła Pieta.
– Co za zbieg okoliczności. Mój narzeczony też jest Włochem. Nazywa się Michele DeMatteo. Ładnie, prawda? Wkrótce zostanę Helene DeMatteo…
Pieta zastygła w bezruchu i pozwoliła klientce mówić, dopóki nie nabrała pewności, że całkowicie nad sobą panuje. Zajęło jej to chwilę i zastanawiała się, czy dała coś po sobie poznać.
– A pani narzeczony – odezwała się wreszcie – czy wie, że zamawia pani suknię ślubną u Nikolasa Rose?
– Ach nie, oczywiście, że nie wie. Przecież to ma być niespodzianka, prawda? Wielka niespodzianka.
Pieta kiwnęła głową.
– Tak, to będzie niespodzianka – przyznała miękko. – Mogę za to ręczyć.

Wymknęła się, nie zawiadamiając Nikolasa. Gdyby wiedział o jej wyjściu, wynalazłby niezliczone powody, żeby ją zatrzymać i najprawdopodobniej sporządziłby listę rzeczy do przyniesienia. A Pieta nie mogła czekać. Musiała natychmiast zobaczyć się z Addoloratą w „Małej Italii”. Nie potrafiłaby dłużej zachować nowiny dla siebie.
„Mała Italia” kiedyś była najciaśniejszą z restauracyjek, w której kelner z trudem przeciskał się między stolikami. Nie było jadłospisu ani wyboru dań. Klienci jedli to, co Beppi uznał za stosowne dla nich przyrządzić. Na przykład zupę z makaronem, a na drugie mięso duszone na wolnym ogniu z peperonatą, do tego zaś dostawali kieliszek cierpkiego czerwonego wina i wspólny dla jednego stolika koszyk twardego, gliniastego chleba. Na początku jadali tam tylko Włosi, stopniowo jednak wieści się rozchodziły i teraz, po latach, „Mała Italia” zajmowała trzy przyległe lokale. Chodnik od frontu osłaniała obszerna biała markiza, pod którą stały srebrzyste aluminiowe stoliki i krzesła oraz przystrzyżone krzewy w donicach, by odgrodzić klientów od zgiełku ulicznego bazaru, funkcjonującego codziennie oprócz świąt. To tutaj można było zastać w ciepłe dni Beppiego, który przed laty rzekomo przeszedł na emeryturę, grającego w karty z przyjaciółmi i popatrującego na Addoloratę, gdy rano wypisywała zestaw dań kredą na tablicy, a potem przez cały dzień obsługiwała klientów.
Wystrój nie uległ zmianie. Na białych stiukowych ścianach wisiały duże czarno-białe odbitki fotografii z dawnych czasów: Beppi jako dziecko jedzący spaghetti przy stole, cała rodzina w odświętnych strojach przed wyjściem do kościoła w niedzielny poranek, Beppi i jego siostra Isabella roześmiani na pożyczonym skuterze. Stoliki były przykryte obrusami w biało-czerwoną kratkę, a potrawy podawano w dużych, białych, głębokich talerzach. Tak wyglądała „Mała Italia” od samego początku.
Addolorata stopniowo wprowadzała drobne zmiany, nadając potrawom nowy aromat i konsystencję: a to wrzuciła garść włoskich orzechów do kremowego risotta, a to wsypała szczyptę kminku do jagnięcego ragu. Między jedną a drugą partią kart Beppi wchodził do środka, brał na spróbowanie łyżkę sosu albo chochelkę zupy i często właśnie wtedy dobiegały z kuchni najbardziej podniesione głosy.
[...]
W restauracji tego dnia było tłoczno. Na zewnątrz zajęto wszystkie stoliki, wewnątrz zaś wolny był tylko jeden. Wokół panował zgiełk, biało ubrani włoscy kelnerzy przemykali tam i z powrotem, donosząc talerze z parującymi posiłkami i zabierając te opróżnione, niemal wylizane do czysta. Wszyscy starsi kelnerzy nosili wąsy, młodsi mieli długie włosy związane w kucyki i połyskujące kolczyki w uszach.
Kierownikiem sali był Frederico, który pracował tu niemal od początku. Właśnie serwował porcje risotta z kałamarnicą, gdy dostrzegł Pietę i ruchem głowy wskazał jej wolny stolik.
– Ciao, bella. Siadaj, a ja powiem twojej siostrze, że przyszłaś.
Czekając, obserwowała gości rozkoszujących się jedzeniem. Ci, którzy zamówili risotto, należeli do stałych klientów. Jedli ze smakiem, ocierając usta czerwonymi serwetkami i pociągając chianti z kieliszków. Przy stoliku obok siedział samotny mężczyzna w garniturze, czytając podczas posiłku gazetę. Zamówił danie, które Addolorata zawsze uwzględniała w jadłospisie: sarninę duszoną na wolnym ogniu z dużą ilością cebuli i pomidorów, w jedwabistym sosie, który wsiąkał w pagórek ziemniaczanego pureé z prażonym czosnkiem. Wyraz twarzy mężczyzny świadczył, że każdy kęs smakuje wprost niebiańsko.
Pojawiła się zarumieniona od kuchennego żaru Addolorata, niosąc dwa białe talerze z potrawą, którą doskonaliła przez całe przedpołudnie.
– Skosztuj i powiedz, co o tym sądzisz. Wypróbowałam mnóstwo różnych wersji, ale myślę, że w końcu mi się udało.
Pieta nabrała łyżkę i skosztowała. Potrawa najbardziej przypominała lekką zupę. Brokuły zostały ugotowane na staroświecki sposób i były tak miękkie, że się rozpadały, pory usmażone na oliwie, a następnie uduszone na małym ogniu w niewielkiej ilości wody po brokułach, aż niemal się rozpływały. Była tam odrobina chili i cytryny, trochę posiekanych czarnych oliwek, kilka pinioli i grube wiórki sera pecorino wymieszane z uszkami z ciasta, by uzyskać bardziej pikantny smak.
– Nie dodałaś bekonu – zauważyła Pieta.
Addolorata uniosła łyżkę do ust, przechyliła głowę i wzruszyła ramionami.
– Wydało mi się, że właściwie bekon nie jest tu potrzebny. Smakuje ci?
Pieta zjadła drugą, a potem trzecią łyżkę.
– Mm, tak. Bardzo mi smakuje. Stanowczo powinnaś dopisać to do karty dań. I podawać z dużą kromką chrupiącego chleba, żeby można było zebrać resztę.
– Jest zbyt rzadkie. Czy dla zagęszczenia nie dodać trochę ziemniaków?
– Nie, takie jest lepsze, lekkie i zdrowe. Nie dodawaj ziemniaków.
– Mimo to… – Addolorata zamieszała łyżką w talerzu.
– Może jednak warto wkroić bekon...
Była to jedna ze spraw, które dzieliły rodzinę Piety. Siostra i ojciec żyli dla jedzenia. Potrafili pochłaniać je łakomie i rozprawiać o nim z wielką pasją przez cały dzień i pół nocy, nie nudząc się nigdy. Pieta natomiast stawiała jedzenie na drugim miejscu. Smakowała jej zupa jarzynowo-serowa, ale – jak powtarzała często matka – tak samo zadowoliłoby ją jajko na grzance.
– No więc, jak myślisz? – naciskała Addolorata. – Z bekonem czy bez?
– Mniejsza o to. – Pieta pochyliła się nad stolikiem.
– Mam dla ciebie nowinę.
– Tak? – Addolorata przerwała kontemplację zawartości swojego talerza. – Jaką?
– Dziś rano przyszła do nas na konsultację nowa klientka i zgadnij, za kogo wychodzi za mąż.
– Powiedz mi.
– Za Michelego DeMatteo.
Addolorata upuściła łyżkę.
– Niemożliwe!
– Owszem, możliwe.
– Czy ona wie, kim jesteś?
– Nie, nie wydaje mi się.
– Mój Boże, powiesz jej coś? Stary DeMatteo dostanie szału, kiedy się dowie.
Pieta kiwnęła głową.
– Wiem, ale nie wyobrażam sobie, jak miałabym cokolwiek powiedzieć. Pomijając wszystko inne, on już ją widział.
– Nikolas?
– Tak, wszedł, gdy brałam miarę. Więc nie mogę jej się teraz pozbyć. On nigdy nie zapomina klientki. Już zdecydował, jaki kolor powinna mieć wstążka do jej bukietu.
– Co w takim razie zrobisz? – Addolorata odsunęła na bok talerz i oparła łokcie o stół.
– Nie wiem. Chyba po prostu będę to dalej ciągnąć i zaprojektuję dla niej suknię. Powinna być piękna. Ona chce czegoś dyskretnie seksownego i olśniewającego.
– A jaka jest? Także seksowna i olśniewająca?
– Jest ładną blondynką, chyba o kilka lat młodszą niż Michele. Ale nie nazwałabym jej olśniewającą.
Addolorata przybrała zamyślony wyraz twarzy.
– Wiesz, zawsze mi się wydawało, że Michele DeMatteo podkochiwał się w tobie, kiedy chodziłyśmy do szkoły.
– Skądże.
– Naprawdę. Bez przerwy starał się przyciągnąć twoją uwagę.
Pieta ze śmiechem pokręciła głową.
– Chcesz powiedzieć, że mi dokuczał. A czasami podkradał mój lunch.
Zbliżył się Frederico, unosząc brew, na co Addolorata dała znak, żeby zabrał talerze. Po chwili przyniósł espresso w maleńkich filiżankach z ułożonymi na krawędzi spodeczków kawałkami tortu czekoladowego. Pieta pochłonęła swoją porcję, zanim jeszcze sięgnęła po kawę. Zawsze przepadała za słodyczami.
Upiła łyk kawy i ponownie pokręciła głową.
– Michele nigdy się mną nie interesował w ten sposób, a gdyby nawet, to co z tego? Papa i stary DeMatteo wpadliby w szał, gdybyśmy się choć trochę do siebie zbliżyli. O niczym mu nie mów, Addolorato. Nie wspominaj, że narzeczona Michelego przyszła do mnie. To by tylko sprawiło jeszcze więcej kłopotów.
– W końcu, tak czy inaczej, będą jakieś kłopoty – oznajmiła ponuro Addolorata. – Myślałam, że śluby to szczęśliwe wydarzenia, ale teraz widzę, że zawsze wiążą się z jakimś dramatem.
– Z twoim ślubem tak nie będzie – przyrzekła Pieta.
– Musi być doskonały. Już ja się tym zajmę.