Strona główna / Biografie, wspomnienia / Od palanta do belcanta

Aktualności

19.06.2020

Spotkania z Tanyą Valko

Zapraszamy na spotkania autorskie z Tanyą Valko w dniach 8-9 lipca 2010 r.

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.06.2020

Przemysław Staroń o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia

Zapraszamy do obejrzenia nagrania w którem Przemysław Staroń (Nauczyciel Roku 2018) opowiada m. in. o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia.

Bestsellery

TOP 20

  1. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston
  2. Aksamitka Grażyna Jeromin-Gałuszka
  3. Franka. W obcym domu Wioletta Sawicka

Fotogaleria

więcej »

Od palanta do belcanta

Mieczysław Fogg

Śpiewakiem czy kasjerem kolejowym ...

Czy zapowiadałem się na cudowne dziecko? Nie sądzę. Chociaż w spojrzeniach moich rodziców pewno można było wyczytać zachwyt, gdy już jako pięcioletni brzdąc potrafiłem – podobno nie bardzo fałszując – odśpiewać popisowo przed gośćmi sławne “Góralu, czy ci nie żal”. To był mój pierwszy wielki szlagier.

Śpiewałem “Góralu” często na dwa głosy z siostrą Polcią, starszą o cztery lata. A trzeba wiedzieć, że to nasze familijne audytorium było wcale liczne. Ojciec miał ośmiu braci i jedną siostrę. Razem ze swoimi dziećmi stanowili trzon potencjalnych słuchaczy, zawsze wtedy, gdy w większe święta cały ten rodzinny „pluton” zwalał się w nasze gościnne progi.

Zdarzyło się, że któregoś roku w święta wielkanocne ojciec nie pozwolił mi wystąpić w familijnym koncercie. Nie dlatego, żebym nie był „przy głosie” i by obawiał się rodzinnej kompromitacji. O, nie!

Była to kara za mój podobno karygodny postępek. Przyznam się od razu: któregoś dnia wpadłem na pomysł sprzedawania gazet. Bynajmniej nie chodziło o zarobek, ale o przyjemność. Polegała ona na tym, że gazeciarz buszujący po tramwaju z plikiem gazet nie płacił za bilet. A był to właśnie początek tramwajów elektrycznych. Jazda elektrycznym wozem – cóż to była za przyjemność!

Dotychczas jeździłem tylko tramwajem konnym – na Pragę do ciotki. Korba hamulcowa była połączona z dzwonkiem. Stangret posługiwał się tym dziwnym urządzeniem bardzo sprawnie. Pamiętam jak dziś: gdy dojeżdżało się do końcowego przystanku po drugiej stronie Wisły, nie odwracano wozu, a tylko przeprzęgano konie w kierunku jazdy, wewnątrz zaś przestawiano oparcia.

Nauczyłem się wskakiwać w biegu do tramwaju elektrycznego bezbłędnie – tyłem i przodem; podobnie opanowałem wyskakiwanie. Tę ryzykowną ekwilibrystykę uprawiałem na trasie „trójki”, która rozpoczynała swój kurs na placu Krasińskich, jechała ulicą Miodową do Krakowskiego Przedmieścia, a następnie dalej.

Wchodząc między pasażerów z plikiem gazet wykrzykiwałem: – Kuuurier poora... Dzienniki otrzymywałem od kolegi z podwórka, syna gazeciarki z rogu Długiej i Freta. Oddawałem mu całą należność, uważając, że darmowa przejażdżka „elektrycznym” stanowiła wystarczającą rekompensatę za moją fatygę. Oczywiście w godzinach, kiedy uprawiałem gazeciarski proceder, zmieniałem się nie do poznania! Zrzucałem mundurek szkolny, wkładając podniszczone ubranie syna gazeciarki i cyklistówkę na głowę.

Pewnego dnia wsiadł do „trójki” kontroler z sumiastym wąsem. Zdrętwiałem: był to dobry znajomy ojca, częsty gość w naszym domu. Mimo kamuflażu i próby ukrycia się za pasażerami, kontroler dostrzegł mnie. Podszedłszy, podniósł daszek cyklistówki i zapytał w najwyższym stopniu zdumiony: – Cóż to, Mieciu, ty gazety sprzedajesz? Oblałem się rumieńcem wstydu i korzystając z tego, że tramwaj zbliżał się do przystanku, umknąłem bez słowa gdzie pieprz rośnie... Przez najbliższe dni pewny, że kontroler naskarżył na mnie, oczekiwałem reakcji ze strony ojca. Rodzic był bardzo surowy i w takim przypadku mogłem się spodziewać zasłużonych batów. Mijały jednak dni i tygodnie, a tu nic...

W duchu dziękowałem kontrolerowi za jego dyskrecję. Jakże się jednak zawiodłem! Tramwajarz wszystko wypaplał ojcu, a ten czekał tylko na stosowną okazję, by mnie ukarać. I właśnie nadeszła taka okazja – owe święta wielkanocne. Ojciec zabronił mi produkować się, wiedząc, że będzie to dla mnie gorsza kara niż tradycyjne wymierzenie batów surową rodzicielską ręką.

Moja dziecięca słabość, mój pęd do śpiewania, wynikała niewątpliwie z faktu, że zdradzałem sporą muzykalność, miałem dobry słuch (bez większych trudności potrafiłem zanucić usłyszaną melodię), byłem wrażliwy na dźwięki.

Reagowałem na trąbkę pogotowia czy straży pożarnej nie tylko dlatego, że była to zapowiedź czegoś dramatycznego. Frapował mnie sam dźwięk.

Pamiętam, jak bardzo fascynowały mnie jako nastolatka dzwonki, kotły i śpiewy pielgrzymów wyruszających świtem sprzed kościoła Paulinów na Długiej do Częstochowy. Prosiłem wówczas rodziców, żeby pozwolili mi spać w sionce domu przy ulicy Długiej 2 (połączonego w jeden obiekt z posesją przy ulicy Freta 1) na sienniku, bym mógł się zbudzić wraz z pierwszymi pątnikami, nocującymi w tejże sionce bądź na ulicy przed kościołem, i później towarzyszyć przez kilkaset metrów owej rozśpiewanej, rozdzwonionej kolumnie.

Pociągał mnie wszelki rodzaj „sztuki podwórzowej”, już gdy miałem siedem-osiem lat. Należałem do najwdzięczniejszych widzów na występach piosenkarzy akompaniujących sobie na gitarze. Nosili kapelusze z dużym rondem i długą pelerynę. Zawsze miałem przy sobie kopiejkę, dwie, aby wesprzeć przedstawiciela śpiewającej bohemy podwórzowej. Melodie łatwo wpadały w ucho, więc próbowałem naśladować śpiewaków. Gorzej było z przyswojeniem sobie sztuki akrobatów, którzy z całą powagą rozbierali się do sportowych kostiumów w kącie podwórka, koło klozetu, rozkładali dywanik i z namaszczeniem przystępowali do fikania koziołków. Były to przeważnie rodziny: ojciec, matka i dzieci.

Minął okres chłopięcego pośpiewywania, a ja nie tylko nie straciłem moich zainteresowań, ale coraz mocniej pragnąłem zostać prawdziwym śpiewakiem. Niestety, w oczach mojego ojca, maszynisty kolejowego pierwszej klasy (prowadził nawet ekspresy do Petersburga!), próżno było teraz szukać dawnego aprobującego spojrzenia. W miarę jak dorastałem, potężniała w nim wola uczynienia ze mnie inżyniera, i to oczywiście dróg i komunikacji.

– Mietek będzie budował nowe szlaki kolejowe – lubił mawiać – a ja tamtędy poprowadzę pociąg.

Niemile brzmiały dla mnie te ojcowskie rojenia, skoro moim właściwym pociągiem był... pociąg do śpiewania. Zresztą byłem pod tym względem prawdziwie wyrodnym dzieckiem. Nikt bowiem z rodzeństwa – ani siostry, Stefcia i Połcia, ani młodszy brat Wacek – dorastając nie objawiał najmniejszego zainteresowania profesją śpiewaczą, która dawała wówczas tak niepewny chleb. Nie mieli zresztą w tym kierunku uzdolnień. A ja w te uzdolnienia u siebie święcie wierzyłem.

W domu panowała zresztą aura przychylna dla śpiewającej muzy. Mieszkając na Freta przy Długiej, byliśmy bliskimi sąsiadami operetki, a takie sąsiedztwo zobowiązywało. Rodzice chętnie chodzili do operetki, a nierzadko zabierali także mnie – najczęściej na popołudniówki. Nic dziwnego, że już jako nastolatek znałem sporo arii operetkowych i potrafiłem je na swój sposób zaśpiewać.

Któregoś dnia ojciec kupił mi doga koloru mysiego z białym krawatem, który ze szczeniaka wyrósł na psa wielkości cielaka. Z czasem i jemu udzieliła się moja słabość do operetek. Otóż tak go wytresowałem, że usłyszawszy gwizdaną przeze mnie melodię “Lat dwadzieścia miał mój dziad”, czworonożny pupil, prowadzony przez gosposię przez ulicę, wyrywał się i wskakiwał mi na ramiona, merdając na dowód muzykalności ogonem.

Mając jakieś piętnaście lat, nim jeszcze sypnął mi się wąs, uświadomiłem sobie po raz pierwszy w pełni, że chcę i będę śpiewał, że w śpiewie widzę moją przyszłość. Oczywiście nie zdawałem sobie wówczas sprawy, jakie milowe kroki dzieliły młodzieńczą zapalczywość od wstąpienia na drogę prawdziwej kariery śpiewaczej. A jednak nie było takiej ofiary, której nie byłbym zdolny ponieść dla zrealizowania swojego zamysłu.

Rodzice często wysyłali mnie po bilety do operetki. Tam właśnie, w pobliżu kasy i przed budynkiem, widywałem osobliwą postać. Był to średniego wzrostu szczupły mężczyzna o ryżej czuprynie. Nosił zawsze lśniącą białą koszulę i starannie zawiązany krawat. Gdy zabrakło biletów, a zdarzało się to dosyć często, on właśnie stanowił ostatnią deskę ratunku dla zawiedzionych miłośników operetki. Zawsze miał parę biletów, które odsprzedawał po nieco wyższej cenie.

Nie był to jednak jakiś pospolity „konik” w dzisiejszym znaczeniu, spekulujący na biletach. Ów osobnik, a nazywano go „Rudym Bronkiem”, miał ceny stałe, pobierał tylko niewielki procent z tytułu „pośrednictwa”.

Rudy Bronek był prawdziwym koneserem: sprzedając bilet, lubił poinformować, jaka jest obsada, w jakiej formie znajdują się ulubieńcy publiczności, rzucał nawet kilka niedyskrecji zza kulis. Kupowanie biletów u Rudego Bronka było dodatkową atrakcją.

Sam kilka razy brałem u niego bilety dla rodziców, nie przeczuwając wtedy, że los zetknie mnie z nim w zgoła innych okolicznościach...

Rudy Bronek trudnił się bowiem głównie klakierstwem. Był przedstawicielem profesji dzisiaj już u nas nieznanej1. Na czym ona polegała? Na usługach świadczonych artystom, oczywiście za wynagrodzeniem. Klakier rezydował na widowni i pobudzał publiczność do bicia braw, wznoszenia okrzyków zachwytu pod adresem aktora, dla którego pracował, wreszcie rzucał na scenę do jego nóg bukiety kwiatów z wyjątkową celnością. Bywał też niekiedy wynajmowany do wygwizdania konkurenta. Przedstawiciele tego zawodu potrafili pracować bardzo precyzyjnie. Inicjując na przykład aplauz po kończącej się arii, klakier umiał „wśliznąć się” z brawami w ostatnią nutę utworu i zaraźliwie pobudzał widownię do oklasków.

Rudy Bronek, król warszawskich klakierów, był przez wiele lat klakierem tak słynnych artystów operetki i opery, jak Messalka, Kawecka, Redo, Szczawiński, Dygas i Gruszczyński.

Lubiłem chodzić pod operetkę, przystawać przed wejściem dla artystów, których znałem doskonale z nazwiska, by pogapić się na odświętnie ubraną publiczność (cylindry, turniury, zwiewne szale), wkraczającą dostojnym krokiem do operetkowej świątyni.

Wolałem godzinami sterczeć przed operetką niż dotrzymywać towarzystwa rówieśnikom, którzy parę razy w tygodniu ciągnęli mnie do gry w palanta; odbywała się ona wzdłuż bocznej ściany kościoła Paulinów od ulicy Długiej, gdzie ruch był niewielki. Koledzy uważali swoje zainteresowanie dla palanta za coś wyższego niż moja słabość dla operetki. W ich bowiem pojęciu gra ta kreowała ich na prawdziwych mężczyzn. Dla podtrzymania mojego prestiżu uczestniczyłem zatem od czasu do czasu w palantowych rozgrywkach i wielokrotnie udawało mi się wykazać niezłą klasę.

Moje życie zamykało się jednak właściwie w trójkącie: dom – gimnazjum realne (na pobliskiej ulicy Jezuickiej) – operetka. Uczyłem się średnio, za to byłem prymusem w śpiewie. Śpiewałem przy każdej okazji: w domu, w szkole, na wieczorku u znajomych.

Nie zrezygnowałem z pośpiewywania nawet w koszarach, gdy jako osiemnastoletni młodzieniec znalazłem się w wojsku. Raczyłem wówczas wieczornymi „koncertami” utrudzonych żołnierzy (zanim zasnęli w piętrowych pryczach), którzy nie zawsze byli melomanami i czasem rzucali we mnie czym popadło.

Gdy wróciłem do cywila, zgodnie z wolą ojca zacząłem się sposobić, acz bez najmniejszego entuzjazmu, do studiów na politechnice. Równocześnie przyjąłem pracę – tak, tak! – w kasie miejskiej PKP, gdzie prowadziło się przedsprzedaż biletów, sporządzało frachty przesyłek kolejowych itd. (mieściła się ona na rogu Miodowej i Koziej – dzisiaj jest tu kawiarnia „Ali Baba”). Przydzielono mnie do wypisywania listów przewozowych. Jakże prozaiczne zajęcie w porównaniu z urokami pracy śpiewaka operetkowego czy operowego!