Strona główna / Literatura światowa / Miłość i jej następstwa

Aktualności

26.10.2020

Najlepsza książka na jesień!

Z radością informujemy, że książka "Osiedle Sielanka. Nieznajoma" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk zdobyła nagrodę czytelników na najlepszą książkę na jesień 2020 w głosowaniu organizowanym przez serwis Granice.pl.

Wywiady

10.09.2020

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

26.11.2020

Czy prawdą jest, że kto usłyszy dźwięk wrzeciona kikimory, ten umrze?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Śreżoga".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska wendeta Tanya Valko
  2. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  3. Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca Lucyna Olejniczak

Fotogaleria

więcej »

Miłość i jej następstwa

Sulaiman Addonia

Tego lata, nie mając żadnego towarzystwa, czytałem książki i przeglądałem swoje pamiętniki oraz listy do matki. Często powracały przy tym też wspomnienia z okresu, kiedy byłem piętnastolatkiem schwytanym w pułapkę, jaką była restauracja W lipcu mieszkańcy Dżiddy powyjeżdżali na wakacje i miasto ogarnęła niecodzienna cisza. Ulica An-Nuzla zaczęła świecić pustkami, nawet wieczorną, chłodniejszą porą. Jeszcze przed tygodniem wszędzie uwijali się ludzie – teraz jakby ich wymiotło.
Prawie wszyscy moi znajomi wyjechali z Dżiddy. Moi przyjaciele, Fajsal i Zib al-Ard, walczyli w Afganistanie. Dżasim był w Paryżu, kupował prezenty i najprawdopodobniej poszukiwał nowych pomysłów na upiększenie swojej restauracji. Jahja włóczył się po górach i szukał miłości – tego można było być pewnym. W mieście nie został nikt, tylko ja sam. O bracie i wuju przestałem już nawet myśleć; nie ma sensu starać się o kogoś, kto nie życzy sobie utrzymywać z tobą kontaktu. Poza tym ani Ibrahim, ani mój wuj nigdy w życiu nie odezwaliby się nawet słowem do kogoś, kto pracował u Dżasima. Tym, którzy wiedzą, o co chodzi, nie trzeba nic tłumaczyć, natomiast mój wuj, kiedy się w czymś nie orientował (a takich rzeczy było sporo), zawsze miał o tym z góry jak najgorsze zdanie. Tak w jego mniemaniu postępował człowiek religijny.
W naszej okolicy istniały tylko cztery kategorie ludzi niewyjeżdżających w lecie na wakacje: tacy, którzy nie mieli pieniędzy, tacy, którzy nie mieli rodziny do odwiedzenia, tacy, dla których wakacje były zakazaną, prostacką rozrywką, oraz tacy, którzy najbardziej z całego roku lubili spokój ulicy An-Nuzla latem. Ja, chociaż miałem oszczędności odłożone jeszcze z czasów pracy u Dżasima, marzyłem tylko o jednym: odwiedzić matkę i Samirę. Ale one mieszkały w kraju ogarniętym wojną, która wydawała się nie mieć końca.

W mojej samotności czasami udawało mi się odnaleźć chwilę szczęścia wśród mglistych wspomnień, jednakowo zaprawionych goryczą jak i słodyczą – lecz pomimo to lato w Dżiddzie, wyludnione ulice, zalane żarem z nieba i przytłoczone ciężką ciszą, były dla mnie czymś nie do zniesienia.
Letnie dni wydawały się dłuższe niż zwykle, a czas płynął ospale. Nie miałem nic do roboty, więc mój pamiętnik także leżał odłogiem. Każda minuta przymusowego pobytu w tym mieście popychała mnie coraz bliżej skraju urwiska, za którym roztaczało się morze osamotnienia.

Trzeciego dnia urlopu, we wtorek, po południu, naszła mnie chęć, żeby odpocząć sobie trochę od czytania, wyjść z domu i posiedzieć w cieniu mojego drzewa.
Za drzwiami ogarnęło mnie rozfalowane od skwaru powietrze. Na skraju chodnika rozejrzałem się w obie strony – niepotrzebnie, bo nic nie jechało. Ulica była pusta, wyludniona. Podeszwą sandała oczyściłem płytę chodnikową z kurzu i usiadłem. Miałem ochotę na długi odpoczynek. Dzień o tej porze cudownie nieruchomiał. Zapadała tak głęboka cisza, że z łatwością można było sobie wyobrazić, jak ulicą An-Nuzla toczy się kłąb spleciony z połamanych gałązek pustynnych krzaków, jak na starych kowbojskich filmach. A w zasięgu wzroku nie było żadnego szeryfa ani policjanta z policji religijnej, który mógłby zatrzymać tę lekką, kolczastą kulę.
Wyciągnąłem się na chodniku i tak sobie leżąc, nagle zauważyłem kobietę okrytą szczelnym, czarnym kwefem, która wyszła właśnie szybkim krokiem zza rogu. Zdziwiłem się, nie mogąc zrozumieć, po co tak pędzi w tym upale. Ułożyłem się wygodnie na chłodnych kamiennych płytach, z twarzą zwróconą w kierunku ulicy.
Odgłos pospiesznych kroków zbliżał się coraz bardziej. Uniosłem głowę. Kobieta szła prosto na mnie, więc usiadłem.
Zatrzymała się, spojrzała w lewo, potem w prawo. Przystanęła tuż przede mną, mierząc mnie wzrokiem zza swojej czarnej maski, załamanej w miejscu, gdzie znajdował się nos. Po chwili rzuciła mi na kolana kulkę zgniecionego papieru i oddaliła się szybko.
Błyskawicznie rozłożyłem kartkę. Był to list do mnie. Przeczytałem go, a nieliczne zapisane w nim słowa natychmiast wryły mi się w pamięć.
Potrzasnąwszy głową, rozejrzałem się, sprawdzając, czy przypadkiem nikt mnie nie obserwuje. Czy to miał być jakiś podstęp? Złożyłem kartkę na kilka części, tak że była jeszcze mniejsza niż poprzednio, i schowałem ją głęboko w kieszeni.
Ulica znów świeciła pustką, tak jak przedtem. Zapaliłem papierosa, usiłując zachować spokojny wygląd, ale w głowie aż wirowało mi od myśli i pytań. Przecież to było czyste szaleństwo. Czy ta kobieta nie wiedziała, że policja religijna śledzi każdy nasz krok? I jak to możliwe, że zaufała mi do tego stopnia? A gdybym był tradycjonalistą, konserwatystą, który nie toleruje zachowań tego typu, kompletnie sprzecznych z islamem? Mógłbym za nią pójść, śledzić aż do samego domu, a potem donieść o wszystkim głowie jej rodziny. Bałem się nawet pomyśleć, co zrobiliby takiej kobiecie mężczyźni, dla których najwyższą i jedyną wartością jest własny honor. Ja Allah, pomyślałem, to musi być wariatka. Tylko wariatka tak ryzykuje.

Mimo wszystko, na myśl, że siedzę sobie na ulicy z liścikiem od dziewczyny w kieszeni, poczułem jednak dreszcz ekscytacji. A w pewnym momencie, zanim jeszcze wstałem z chodnika, zacząłem się poważnie zastanawiać nad propozycją złożoną w tych kilku krótkich zdaniach.
– Czemu nie? Lato i tak będzie się dłużyć – namawiał mnie diabeł, którego nosiłem w sobie. Podniosłem się i ruszyłem z powrotem do domu, czytając po drodze otrzymany liścik jeszcze raz:

Mój drogi!

Piszę do Ciebie w tajemnicy. Nikt o tym nie wie, oprócz mnie samej i Allaha. Chcę tylko powiedzieć, że mi się podobasz i że chciałabym jeszcze kiedyś do Ciebie napisać. Będę Cię wyglądać pod tym drzewem jutro o tej samej porze.

Zacisnąłem powieki, usiłując sobie przypomnieć, jak wyglądała. W obszernej czarnej burce, czarnych rękawiczkach i czarnych butach była podobna do wszystkich innych kobiet na ulicy. Ale pod spodem… Pod spodem wszystko było możliwe.
Mogła pochodzić z królewskiego rodu albo z bogatej saudyjskiej rodziny mieszkającej w An-Nuzli asz-Szarkijji. Lecz jeśli była bogaczką albo wręcz księżniczką – to czemu nie wyjechała na wakacje, tak jak wszyscy? Może ten list napisała zwykła służąca albo córka jakiegoś religijnego człowieka? Albo – czy to możliwe? – żona, którą mąż zostawił w domu z dziećmi, a sam wyjechał na wakacje? Czy to była dziewczyna, kobieta, czy wdowa? Czy mieszkała w sąsiedztwie? Czy mogła być siostrą któregoś z moich znajomych? Ale przecież moi znajomi nigdy nie mówili ani słowa o kobietach ze swoich domów.
Przypomniałem sobie ten poranek w restauracji Dżasima, kiedy Omar opowiadał o dziewczynach rzucających chłopakom liściki pod nogi. Może ta, która napisała do mnie, miała już na koncie podobną korespondencję z innymi dorastającymi mężczyznami? Może zdążyła już złamać niejedno serce i rozglądała się za kolejną ofiarą?
A nawet gdybym zdecydował się zaangażować, to przecież wystarczyła chwila nieuwagi, żeby wpaść w ręce policji religijnej i z aresztu powędrować prosto na plac Kar, gdzie kochanków czeka chłosta – a czasami nawet śmierć. Jak ona śmiała mnie narażać? Życie w Dżiddzie jest i tak wystarczająco ciężkie, po co jeszcze stroić sobie żarty z ludzi, nawet gdy nie ma się nic lepszego do roboty? Kto by chciał dostać taki makabryczny prezent, opakowany w pogniecioną kartkę?
Cisnąłem liścik do śmietnika i wróciłem do domu.

***
Przez kilka kolejnych dni nie zaprzątałem sobie głowy liścikiem, który podrzuciła mi nieznajoma dziewczyna; celowo starałem się o nim nie myśleć, bo nie miało to większego sensu. Co mogło mi dać roztrząsanie tej sprawy?
W piątek wieczorem, trzy dni po całym zdarzeniu, pojechałem na Corniche, chcąc uporządkować myśli. Postanowiłem spędzić całą noc w swoim sekretnym miejscu.

Obudziłem się w sobotę rano. Plecy bolały od leżenia na twardej skale. Zamknąłem oczy, goniąc smaczny sen, ale jasne słońce przebiło promieniami moje powieki. Usiadłem, ziewając przeciągle.
Potem zszedłem nad morze, żeby się umyć. Pochylając się nad wodą, złowiłem okiem swoje rozedrgane odbicie, które sprawiało wrażenie, że chce uciekać, skryć się w głębinie. Zimna woda wstrząsnęła moimi myślami.
Dlaczego pozwoliłem, żeby miasto Dżidda narzuciło mi swoje reguły, swoje przesądy, odebrało mi wolę, poraziło strachem? Dlaczego jeszcze mnie nie ma na tamtej ulicy, dlaczego nie szukam dziewczyny, która do mnie napisała? Zamiast się ukrywać, powinienem się za nią uganiać, zdobywać ją. Całkiem możliwe, że jej czarna abaja nie kryła niczego specjalnego; owszem, mogło się okazać, że ta dziewczyna to tylko urojenie, że jest obłąkana albo po prostu postrzelona, nie ma co robić i wariuje z nudów. Ale czy mimo to nie było warto zaryzykować, skoro mieszkało się w kraju, gdzie mężczyźni i kobiety żyją oddzieleni od siebie niebotyczną ścianą?
Pobiegłem wzrokiem po falach Morza Czerwonego, błagając w modlitwie, żeby ta dziewczyna istniała naprawdę, i karmiąc się nadzieją, że będzie mnie jeszcze szukać.