Strona główna / Literatura światowa / Wzgórza Toskanii

Aktualności

08.10.2020

Ogłoszono finalistów National Book Awards

Powieść "LEAVE THE WORLD BEHIND" Rumaana Alama, która ukaże się nakładem naszego wydawnictwa w przyszłym roku, została właśnie finalistką prestiżowej nagrody literackiej National Book Awards.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

05.10.2020

Lara Gessler gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Larą Gessler, autorką książki "Orzechy i pestki. Przewodnik mistyczno-kulinarny".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Urodziłam dziecko szejka Marcin Margielewski
  3. To nie jest mój mąż Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »

Wzgórza Toskanii

Ferenc Máté

2
Skręć w lewo przy Madonni
e

Cały następny rok spędziliśmy zamurowani w betonowej dżungli Nowego Jorku. Candace poświęcała kolejne długie godziny, by uzyskać tytuł magistra sztuk pięknych, a ja dokończyłem książkę o jachtach żaglowych, a następnie zmagałem się z powieścią o biednym żeglarzu poszukującym zmarłej żony. Candace zdobyła swój tytuł, a mnie udało się ukończyć książkę, którą z należytą ostrożnością odłożyłem na dno drewnianego kufra, licząc, że być może, tak jak w wypadku win, czas podziała na jej korzyść i dzieło ujrzy światło dzienne kilka lat później, dojrzałe i wyszukane.
W każdym razie minął rok.
Większość normalnych ludzi po takim czasie wybiłaby sobie z głowy pomysł na idylliczne życie w Toskanii, postarałaby się o pracę i zadowoliłaby się telewizją kablową i wycieczkami do siłowni. Ale nie ja. Ja planowałem. Postanowiłem znaleźć jakieś miejsce do wynajęcia na miesiąc, skąd mógłbym rozpocząć polowanie na wymarzony toskański domek na wsi. Dzwoniłem wszędzie: do Włoskiej Izby Turystycznej, włoskich biur podróży, na amerykański uniwersytet w Toskanii, do zakonu benedyktynów niedaleko Florencji, pizzerii na rogu ulicy, której właściciel był co prawda Koreańczykiem, ale zauważyłem pocztówki ze Sieny przylepione taśmą klejącą do kasy, skontaktowałem się nawet z miejscowym włoskim klubem Golden Age, gdzie wszyscy okazali się głusi. Wszystko na próżno. Nikt nic nie wiedział. A nawet jeśli wiedzieli, to nic nie mówili. A jeśli już mówili, to po włosku, przez co nie rozumiałem ani słowa. W końcu, przypadkowo, trafiłem na kontakt – w pralni.
Planowanie z wyprzedzeniem stanowiło dla mnie zupełną nowość. Zazwyczaj oddaję się w ręce Losu, i to nie dlatego, że jestem specjalnie żądny przygód, raczej z lenistwa. Czasem to działa. Piętnaście lat wcześniej razem z Candace włóczyliśmy się po Ameryce Środkowej w samochodzie kempingowym marki Volkswagen, utrzymując się za siedem dolarów dziennie, i przypadkowo „odkryliśmy” ruiny Tikalu, miasta Majów, o którym słyszeli wszyscy, tylko nie my. Oto znaleźliśmy się głęboko w gwatemalskiej dżungli, ślizgając się po wodzie w trakcie ulewnych burz, zakopani aż po wały osiowe w błocie, uciekając przed nakrytą brezentem ciężarówką, w której mógł czaić się szwadron śmierci lub skrzynki z melonami. W końcu normalny człowiek zagubiony w dżungli w kraju ogarniętym rewolucją nie zatrzymuje się, by sprawdzić, co też ciekawego znajduje się w podejrzanych ciężarówkach.
Kiedy wreszcie ciężarówka zniknęła w strugach deszczu, ponieważ utknęła gdzieś na poboczu – Panie Boże, pobłogosław Panu Volkswagenowi, kimkolwiek jest – Candace szturchnęła mnie i powiedziała.
–-Co to za pagórki w dżungli przed nami?
Moją pierwszą myślą było „wrogowie!”, jednak pagórki okazały się bardzo duże, nieruchome, zarośnięte i spiczaste – niczym wyprostowane stopy pod kocem – różnica polegała na tym, że było ich dwanaście, do tego wielkich i stromych jak piramidy, którymi zresztą się okazały ku naszemu olbrzymiemu zdziwieniu.
Podróżowanie w samochodzie kempingowym to jedna rzecz: można przecież jechać przed siebie, dopóki się nie trafi w jakieś ciekawe miejsce. Niestety, nie da się po prostu przylecieć do Toskanii i wrzasnąć „Czy ktoś w okolicy ma mieszkanie do wynajęcia?!”.
Dlatego musiałem wszystko zaplanować. I to podziałało.

Jechaliśmy wśród toskańskich wzgórz. Jesienne słońce wisiało nisko na nieboskłonie. Matra, mały samochód sportowy kupiony wiele lat temu, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Paryżu, miękko wchodziła w zakręty. Mijaliśmy tarasy z powykręcanymi drzewkami oliwnymi i winorośle, których liście mieniły się żółcią i czerwienią w piekącym słońcu. Średniowieczne mury i wieżyce Monte San Savino zniknęły za nami, w miarę jak wjeżdżaliśmy coraz wyżej. W końcu winnice ustąpiły miejsca sosnom. Przejechaliśmy przez kilka osad z rozpadającymi się kamiennymi domami oraz wiekowymi drzewkami oliwnymi i trafiliśmy prosto na złożone z sześciu domów borgo Palazuolo. Candace krzyknęła:
– Skręć tutaj!
Wbiłem biedną matrę w wąską drogę obok przekrzywionego kościoła z odpadającą sztukaterią oraz długą kamienną stajnią z dużą kapliczką poświęconą Madonnie. Przemknęliśmy między rzędami cyprysów rosnących na cmentarzu, gdzie na każdym z grobów palił się wieczny ogień zasilany elektrycznością. Następnie minęliśmy zbitą na poczekaniu, drewnianą tablicę z ręcznie wykaligrafowanym napisem Podere Bastardino – niezła nazwa dla domu, prawda? Wtedy Candace wydała mi ostatnią komendę:
– Skręć w lewo przy Madonnie!
Biorąc pod uwagę, że w Toskanii spotyka się całe plejady podobizn Madonny, niemal trącających się łokciami, jej polecenie można by porównać do wydanej żeglarzowi komendy: „Skręć w lewo przy następnej fali!”. A jednak ta konkretna Madonna – niech błogosławione będzie jej poczciwe spojrzenie – stała dokładnie w miejscu, w którym droga się rozgałęziała. Na prawo prowadził błotnisty szlak wyznaczony przez furmanki i prowadzący gdzieś w mrok, tymczasem kamienista dróżka na lewo wznosiła się do góry, prosto w stronę czerwonego słońca.
Robiłem się nerwowy. Prowadziłem cały dzień z Chambéry na pogórzu francuskich Alp – należy pamiętać, że cała droga poza odcinkiem z Turynu do Pizy to zakręty i boczne drogi – i byłem wykończony. Droga poprowadziła nas do lasu pełnego wielkich dębów, gałęzie drzew sklepiły się nad nami. Na końcu tunelu, w blasku słońca, zobaczyłem – a przynajmniej tak mi się zdawało – dwie groteskowe głowy mitycznych bestii biegnących prosto na nas. Gwałtownie zahamowałem. Przód matry obniżył się i uderzył w kamieniste podłoże. Bestie przebiegły obok nas i skręciły do lasu, za nimi podążało makabryczne widmo – miało małą głowę ze zmierzwionymi wiatrem włosami, zawieszoną na tyczce od fasoli, z której wystawały kończyny.
– Osiemnastowieczna sielanka – zauważyła Candace z rozmarzeniem. – Jesienne liście, świnie biegnące w cieniu starych dębów i świniarka na tle zachodzącego słońca.
Otworzyłem szerzej znużone oczy. Faktycznie, majaki okazały się tym, o czym mówiła moja żona.
– Cholerne, głupie świnie. Co, u diabła, tutaj robiły? – jęknąłem.
– Wcinały żołędzie, przyszły gospodarzu – odparła Candace. – A co, myślałeś, że świnie rodzą się na styropianowych tackach, jako porcje wieprzowiny?
Opuściła szybę i zaczęła przyjaźnie gawędzić ze starą kobietą, tak chudą, że tylko pergaminowa skóra wydawała się trzymać ją w pionie.
– Dwieście metrów na lewo – powiedziała w końcu Candace. – Może chcesz, żebym poprowadziła?
Zostałem za kierownicą. Candace zajęła się czesaniem włosów i doprowadzaniem do porządku przed spotkaniem z wyrafinowanymi właścicielami naszej wynajętej willi, którzy, jak nam powiedziano, mieli z otwartymi ramionami czekać na nas w ogrodzie.
Naturalnie na miejscu nie zastaliśmy nikogo.
Dom był zamknięty na cztery spusty. Słońce zachodziło. Robiło się chłodno. Las dookoła stawał się coraz ciemniejszy. Niezły początek. Myślałem już, żeby zostawić grzeczną wiadomość o tym, gdzie mogą sobie wsadzić swój chylący się ku ruinie stary dom, kiedy w ostatnim blasku dnia pojawiła się stara świniarka i zapytała o coś Candace, na co ta odpowiedziała „Non c’è nessuno”. – Nikogo tutaj nie ma. Stara kobieta powiedziała coś jeszcze i wskazała na wielką ceramiczną donicę z szałwią. Candace podeszła do niej, przechyliła i wyciągnęła nasze wybawienie, klucz do drzwi wejściowych.
Kiedy weszliśmy do środka nieskazitelnego kamiennego domu, pełnego starych drewnianych mebli, z lśniącym, ale wytartym stołem kuchennym i kominkiem tak dużym, że można by w nim upiec kozę, widok płonącego słońca ponad zamglonymi wzgórzami zaparł mi dech w piersiach.
– Co prawda o tym wspominałem, ale powiem to jeszcze raz – oświadczyłem. – Jesteśmy w raju.

Byliśmy oszołomieni. Biegaliśmy po domu jak wariaci. Potem zabraliśmy z samochodu butelkę francuskiego wina trzymaną tam w razie nagłej potrzeby, co prawda ciepłego, ale co z tego. Chwyciliśmy też ser brie i chleb przeznaczone na takie okazje i usiedliśmy okrakiem na kamiennym murku wyznaczającym granicę jednego z tarasów. Słońce opadało, niebo się rozogniło, olbrzymie snopy światła przebijały się przez chmury. Podawaliśmy sobie butelkę, świat wokół nas zaczął tryskać kolorami. Oliwki nabrały srebrzystej poświaty, pelargonie się zaczerwieniły, stare mury i wytarte ceglane chodniki nabierały barw minionych stuleci. Powietrze przesycone było zapachem lasu, szałwii, lawendy, rozmarynu, jesiennej gleby i rozgrzanego słońcem kamienia. Jedliśmy, sączyliśmy wino, zakręciło nam się w głowach, objęliśmy się, potem zapadł mrok.
– Zaraz zamykają trattorię. Lepiej chodźmy coś zjeść – powiedziałem.
– I wypić – dodała Candace.
Boże, błogosław Irlandczyków.

Wzięliśmy prysznic, wysuszyliśmy włosy przy kominku i wyszliśmy zanurzyć się w jesienną noc. Ponad nami gwiazdy tworzyły migoczącą kopułę. W ciemnym lesie tętniło życie: coś w nim szeleściło, kumkały żaby, słychać było przeraźliwy, urywany skowyt zwierzęcia przedzierającego się przez żywopłot. Wjechaliśmy pomiędzy pogrążone w mroku drzewa, światło reflektorów tworzyło wszędzie cienie, minęliśmy malutką osadę z ciepłą poświatą bijącą z okien oraz dom, obok którego płonął ogień, zapach dobiegający z kurnika mieszał się z dymem, a stary mężczyzna grzebał widłami w żarzących się węglach i wzbijał w powietrze fontanny iskier.
Niecałe dwa kilometry dalej, w odosobnionym domostwie, znajdowała się Trattoria del Cacciatore. W środku paliło się światło, a dym z komina płynął na pola. Weszliśmy pod pergolę. Stara kobieta z igłą i nitką szyła coś za malutkim barem, wokół niej leżały sterty przypraw, mydła i warzyw. Przywitała nas cichym buonasera i wskazała ruchem dłoni na większe pomieszczenie obok. Było to schludne miejsce z wybielonymi ścianami, drewnianymi belkami i terakotą na podłodze. Na stołach leżały nienagannie czyste obrusy, z tyłu, za łukowatym przejściem, na wysokości pasa stał kominek, w którym igrał ogień. Zwróciliśmy uwagę na około trzyletnią dziewczynkę trzymającą w ręku lalkę i wołającą: Mamma, Mamma, c’è gente. Z całą pewnością mogli to uznać za dobrą wiadomość, ponieważ chociaż było dobrze po ósmej, to okazaliśmy się jedynymi gente o tej porze, a może w ogóle tamtego dnia. Przyszła Mamma, nieśmiała kobieta w wieku około trzydziestu lat, powiedziała coś i wskazała na stół koło kominka, przy którym zaraz usiedliśmy. Na blacie stała butelka czerwonego wina bez etykiety. Ogień w kominku migotał. Dziewczynka położyła lalkę na krześle obok nas i zaczęła do niej łagodnie przemawiać. Spoglądała na nas, potem na lalkę, pouczając ją o czymś, czasem kiwała palcem, żeby lalka grzecznie się zachowywała. Candace zadała dziewczynce jakieś pytanie, a ta odpowiedziała na nie ze śmiertelną powagą, wyszeptała coś do lalki i poszła sobie. Wyciągnąłem korek z butelki i nalałem wina. Candace wzniosła kieliszek i powiedziała:
– Witamy w domu.

Jedzenie nie należało do wyszukanych, tak jak miejsce, w którym zostało przygotowane. Jako przystawkę dostaliśmy crostini – grzanki pieczone nad ogniem, niektóre posmarowane wątróbką z kurczaka, a inne z podsmażonymi grzybami. Potem naturalnie pojawił się makaron. Oboje dostaliśmy pici – domowej roboty, ręcznie zawijane, różnej grubości spaghetti – Candace z sosem z pieczeni z dzika, a ja z grzybowym. Jedliśmy powoli, delektując się każdym kęsem, podnosząc głowę tylko wtedy, kiedy pojawiła się Mamma małej dziewczynki z pytaniem, czy aby sosy nam smakują. Candace pochwaliła ją za jedzenie i przeprosiła, że jemy tak wolno. Na jej twarzy pojawił się uśmiech. „Piano, piano, con calma” – powiedziała. Powoli, powoli, ze spokojem. Potem zaserwowano nam mięso: przed Candace postawiono pieczonego bażanta z przyrumienioną, przypominającą pergamin skórką, dla mnie przyniesiono boską w smaku pieczeń z dzika duszonego w czerwonym winie z jagodami jałowca. Podano nam także talerz toskańskiej fasoli zanurzonej w oliwie i rozdrobnionym czosnku oraz sałatkę. Wypijaliśmy kieliszek za kieliszkiem, za zdrowie małej dziewczynki, jej mamy, Toskanii, dzika, fasoli i grzanek.
Jedliśmy z calma i piliśmy z zapałem, mała dziewczynka z lalką już dawno powiedziała nam „dobranoc”, odprowadzona na górę przez Nonna, babcię, zza baru. Mamma także poszła na górę położyć córkę, my tymczasem omdlewaliśmy z gorąca bijącego od otwartego ognia i wina, dzięki Bogu Nonna wróciła i przyniosła dwie filiżanki espresso, żeby postawić nas na nogi, potem, po krótkiej chwili zastanowienia przyniosła po kieliszku grappy, by pogrążyć nas jeszcze bardziej.
Kiedy zbieraliśmy się do wyjścia, obie kobiety zeszły na dół się pożegnać – wymieniliśmy uściski dłoni i uśmiechy, jakbyśmy się znali od lat. Wyszliśmy na zewnątrz, prosto w srebrną księżycową toń.
Zadowoleni, pełną piersią wdychaliśmy nocne powietrze. Nie chodziło tylko o jedzenie i wino, ale także o rodzinę. Było coś podnoszącego na duchu w trzech pokoleniach żyjących pod jednym dachem. Czuliśmy się tak, jakbyśmy zjedli kolację w czyimś domu. Odwiedzone przez nas miejsce promieniowało szczerością, bezpretensjonalnością, tak jakby dla mieszkańców nie liczyły się mury i podłogi, ale to, że przynieśli pociechę swoim gościom. Czuliśmy się lepiej, wiedząc, że warzywa pochodzą z ich ogrodu, wino z małej winnicy z naprzeciwka, a bażant i dzik zostały upolowane przez dziadka. Rozprawialiśmy o tym, spacerując w świetle księżyca, w końcu Candace powiedziała:
– Czy wypiliśmy całe to wino tylko po to, żeby rozmawiać o naukach społecznych?
Jak najszybciej ruszyliśmy do domu.
Pościel była biała i chłodna, przez okno wpadały promienie księżyca, gałęzie drzew rzucały cienie na ściany.