Strona główna / Literatura polska / Jasienica. Powrót / Ostatnia z rodu

Aktualności

26.10.2020

Najlepsza książka na jesień!

Z radością informujemy, że książka "Osiedle Sielanka. Nieznajoma" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk zdobyła nagrodę czytelników na najlepszą książkę na jesień 2020 w głosowaniu organizowanym przez serwis Granice.pl.

Wywiady

10.09.2020

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

17.11.2020

Tomasz Białkowski gościem Afera Kryminalna

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Tomaszem Białkowskim, autorem książki "Spica".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska wendeta Tanya Valko
  2. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  3. Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca Lucyna Olejniczak

Fotogaleria

więcej »

Ostatnia z rodu

Paweł Jasienica

O RĘKĘ FRANCUZA

Wieść o zgonie brata zastała Annę w miejscu jej stałego pobytu, w Warszawie. Tam też ci dworzanie, którzy nie zhańbili się rabunkiem mienia królewskiego, przysyłali ocalone kosztowności. Stanowiły one część zaledwie prywatnych dostatków jagiellońskich. Sporo rozkradziono w Knyszynie. Podczas późniejszego śledztwa wspominano o całych skrzyniach, cichcem wywożonych z zamku nocami. Ale i to nawet, liczone razem z poprzednimi podarunkami dla metres, dopiero naruszało skarbiec, do którego całkowitego opróżnienia było jeszcze daleko. Główne swe zasoby umieścił Zygmunt August w zamku tykocińskim. Stróżem ich uczynił rotmistrza Bielińskiego, kazawszy mu złożyć przysięgę wierności. Stary żołnierz dotrzymał słowa. Pilnował nader troskliwie. Nawet osobom urzędowym niełatwo było później zajrzeć do komór w Tykocinie.
Mowa ciągle o majątku ruchomym, od złota i gotowych pieniędzy poczynając, na drogocennych futrach i słynnej stadninie Zygmunta Augusta kończąc. A przecież pamiętać jeszcze trzeba o rozległych dobrach ziemskich, no i o spadku po Bonie – księstwach włoskich tudzież sumach neapolitańskich.
Prawo dziedziczenia przysługiwało trzem osobom – Zofii, Annie, Katarzynie. Tylko średnia z sióstr przebywała w kraju, co znakomicie wzmagało jej szanse. Panowie i szlachta bardzo niechętnie by patrzyli na wywożenie skarbów jagiellońskich z granic Rzeczypospolitej.
Anna została jedną z najbogatszych w Europie panien na wydaniu.
Trzeba było wspomnieć o jej majętnościach, bo odegrały one pewną rolę w rzeczywistości, a jeszcze większą w niektórych późniejszych sądach. Słyszy się czasem i czyta, że bogactwa Jagiellonki rozstrzygnęły o jej karierze. Tezy takie wyglądają na przesadnie zmaterializowane pojmowanie dziejów. Niemłodej królewnie dostał się również spadek inny, niewymierny i niewidzialny. I on znaczył najwięcej.
Według litery prawa Anna była osobą prywatną. Nie istnia-ła w Polsce godność następcy tronu, Jagiellonowie byli królami
obieralnymi. Pragnąc ułatwić zawarcie unii ostatecznej, Zygmunt August zrzekł się władzy dziedzicznej na Litwie. Niczego z prerogatyw monarszych przekazać by siostrze nie mógł, gdyby nawet chciał.
Zgon ostatniego Jagiellona obdarzył ostatnią Jagiellonkę tytułem Infantki. Niepodobna orzec, kto pierwszy powiedział lub zapisał słowa: Infans Regni Poloniae – sama Anna czy któryś ze szlachty. Nie było głosów protestu. Kraj zamiłowany w podkreślaniu swego republikańskiego charakteru, w oficjalnych aktach nazywający się Rzeczpospolitą, wrogo ustosunkowany do godności hrabiowskich i książęcych, kraj ten przywłaszcza sobie tytuł używany tylko w Hiszpanii oraz Portugalii. O nic nie pytając, zapożycza się u najbardziej ceremonialnych i zhierarchizowanych dworów Europy. Dziwna republika, co bez skrupułów sięga do samego matecznika monarchizmu.
W Madrycie i Lizbonie nazywano infantami dzieci królewskie młodsze od następcy tronu. W Polsce i na Litwie takowego wcale nie było. Nasza Infantka, ostatnia przedstawicielka dynastii, wstępowała nie w materialne, których brakowało, lecz w moralne prawa dziedzica.
Wspominało się poprzednio o tradycjonalizmie nowatorskiej Rzeczypospolitej. Wszystkie przytoczone dotychczas dowody bledną wobec najważniejszego, który pada dopiero teraz. Rola Anny Jagiellonki zaświadcza, jak bardzo cenił kraj swoją własną historię, jak pragnął ciągłości, a bał się jej zerwania. Rzeczpospolita Obojga Narodów to monarchia w każdym calu. Ród królewski był dla niej wartością natury moralnej.
Wiadomość o zgonie pana silnie widać wstrząsnęła prymasem Jakubem Uchańskim, skoro spowodowała w jego mózgu przebłysk myśli genialnej. Arcybiskup postanowił zabrać Annę z Warszawy do Knyszyna, zawezwać tam wszystkich senatorów i przy zwłokach Zygmunta Augusta, w obecności jego siostry, w obliczu majestatu śmierci i wygasłej a nadal żywej dynastii – ułożyć i ogłosić warunki, czas oraz miejsce elekcji. „Nowy stan rzeczy przeraził Polskę”, a w pomyśle Uchańskiego był patos, dostrojony do wielkości chwili. Ludzie przeżywali dramat, byli zarówno aktorami, jak autorami jego wątku. Koncepcja reżyserska mogła rozstrzygnąć o wyniku najważniejszego aktu.
Gdyby się stało zadość żądaniu Uchańskiego – napisano w kilka miesięcy później – „już bez ochyby do tego czasu i pan obran był, i pogrzeb odprawion, i koronacyja, i praktyki by się były nie roztoczyły”.
Tradycja zabraniała grzebać zmarłego króla, zanim następca nie postawił przynajmniej stopy na ziemi polskiej. Przeniesiona z Knyszyna do Tykocina trumna z ciałem Zygmunta Augusta najpierw znalazła się w lochu, schowana tam doraźnie, bo szalejąca zaraza nie pozwoliła na odprawianie uroczystości. Potem stanęła na katafalku w sali tegoż zamku. O tej samej godzinie z rozkazu Infantki huknęły na murach Warszawy wszystkie działa, uderzono po kościołach w dzwony.
Długo, bo aż do lutego 1574 roku, przyszło zwłokom Zygmunta
Augusta czekać na pogrzeb w katedrze Wawelu. Pomysłu Jakuba Uchańskiego nie urzeczywistniono, sprawa elekcji doznała fatalnej odwłoki.
Uchański był to taki prymas, któremu Rzym przypatrywał się z uzasadnioną nieufnością. Arcybiskup zgodziłby się nawet na Kościół narodowy i zerwanie z papieżem, byle zachować własne stanowisko i przywileje. W chwili wstrząsu moralnego myślał zapewne tylko o losach kraju, troski o własną rolę nie wyrzekając się wcale. Dobro polityki papieskiej mniej mu leżało na sercu. Ale zbyt silnym charakterem ksiądz arcybiskup się niestety nie odznaczał. Nie brakowało zaś w danej chwili ludzi mocniejszych, reprezentujących w dodatku potęgę, z którą osoba bądź co bądź duchowna musiała się liczyć.
Pierwsze bezkrólewie przypadło w wyjątkowo złej dobie. Kontrreformacja atakowała ostro, spory na tle religijnym wstrząsały krajem. Przywódcą wojującego i odwojującego straty katolicyzmu był biskup kujawski Stanisław Karnkowski, za kórym stał legat Commendone. Karnkowski zażądał zwołania zjazdu nie do Knyszyna, lecz do Łowicza. Tam, w siedzibie prymasa Polski, a nie przy trumnie jej monarchy, miały być ogłoszone warunki elekcji. Biskup chciał podkreślić w ten sposób rolę Kościoła w państwie.
Uchański cofnął się, przyjął żądanie Karnkowskiego. Myśl znakomitą zastąpił niedorzecznością. Zawezwał do Łowicza
samych tylko senatorów wielkopolskich. Przybyli nawet protestanci, czuli na splendor prastołecznej dzielnicy kraju. Lecz pozostałe ziemie wprost nie uznały zjazdu łowickiego, za którym nie stało zresztą żadne prawo. Marszałek Jan Firlej, protestant, zwołał urodzonych do Krakowa. Postąpił przy tym mądrze – zaprosił nie tylko samych senatorów, lecz i szlachtę.
Węzeł gordyjski naprawdę najlepiej jest przeciąć. W Polsce zaczęto go rozsupływać. Musiało to długo potrwać, bo nikt nie wiedział, czego właściwie należy się trzymać. Głoszono i taką opinię, że z chwilą śmierci króla tracą moc wszystkie urzędy koronne. To znowu świadczy o znaczeniu osoby monarchy w Polsce, ale dowodzi też zamętu pojęć – całkiem zrozumiałego wobec braku zarówno precedensów, jak i wskazówek udzielonych zawczasu przez władcę, którego właśnie nie stało.
Anna w ogóle do Knyszyna ani do Tykocina nie pojechała. Nie odwiedziła trumny brata. Warszawski dwór królewny przybrał żałobę, którą nosić miał półtora roku przeszło, aż do dnia pogrzebu. Dwadzieścia kilka panien przywdziało czarne suknie oraz narzucane na wierzch kapy uszyte z grubego, najbardziej ordynarnego płótna. Cudzoziemcy nadziwić się nie mogli temu strojowi.
Ponieważ pierwotny projekt Jakuba Uchańskiego spełzł na
niczym, los Infantki doznał ujemnej odmiany. Zamiast wystąpić od razu w blasku majestatu, musiała przez czas pewien odcierpieć za brata, ponosić koszta tych gorszych wspomnień o nim.
Z obawy przed epidemią snuła się Anna wraz ze swym dworem po Mazowszu. W Błoniu zapukali do jej drzwi wysłannicy agenta francuskiego, który jako osoba niby prywatna zwiedził Polskę i wybierał się już z powrotem do Paryża. Zapukali, lecz wbrew słowom Pisma nie zostało im otworzone.
Pomysł starania się o rękę Anny podsunął Francuzom przed trzema laty Tawil Sokollu Mehmed pasza, wielki wezyr*. Kandydatem na oblubieńca był młodszy brat króla Karola IX, Henryk książę d’Anjou, czyli po naszemu Walezy lub Andegaweński (a w terminologii szlachty mazowieckiej po prostu pan Gawiński). Licząc sobie lat dwadzieścia jeden, nadawał się on raczej na syna niż na męża Infantki, ale pan Claude du Bourg, któremu wezyr myśl wspomnianą podsunął, napisał celnie swemu władcy, że „potęga tak wielkiego królestwa, które wystawia do boju osiemdziesiąt tysięcy dobrych koni, zrobi zawsze siostrę królewską bardzo młodą i pożądaną”.
Dla Francji, od dawna wojującej z domem Austrii, była Polska cennym sprzymierzeńcem. Mogła wszak stworzyć Habsburgom drugi front, miała niezłe stosunki z Turcją, przyjaciółką Paryża. Istniały ponadto względy doraźne, rodzinno-dworskie. Karol IX nienawidził brata, będącego pupilem matki ich obu, Katarzyny Medycejskiej. Pragnął się go pozbyć, a królowa-wdowa na gwałt chciała awansu i jakiejkolwiek korony dla ukochanego syna. Zabiegi o rękę Elżbiety angielskiej zawiodły, jakoby to z powodu skandalicznego zachowania się Henryka i jego dworzan w Londynie. Nie udały się również swaty w Algierze.
Henryka istotnie warto było z Francji usunąć. Razu pewnego brat, król Karol, znany furiat i okrutnik, porwał się nań z puginałem.
Pierwszy wywiad francuski w Polsce nosił pono charakter dość osobliwy. Po dłuższej nieobecności powrócił do kraju niejaki Jan Krassowski, szlachcic. Był on karłem. Za młodu trafił do Francji, gdzie dzięki dowcipowi i obrotności umysłu stał się ulubieńcem dworu i bogatym człowiekiem. Na starość zapragnął odwiedzić ojczyznę. Podobno to Krassowski właśnie najwcześniej badał grunt, a powróciwszy nad Sekwanę, zdał relację.
W lutym 1572 roku, bawiąc w słynnym zamku Blois, otrzymał Karol IX doniesienie o fatalnym stanie zdrowia Zygmunta Augusta. Katarzyna Medycejska postanowiła działać. Nie mogło być mowy o oficjalnym poselstwie, należało wyszukać odpowiednio zręcznego agenta, który potrafiłby odegrać rolę prywatnego turysty. Upatrzono go w osobie Jana Montluc de Balagny, nieprawego syna biskupa Walencji, Jana de Montluc, dyplomaty wybitnego. W nielicznym orszaku pana de Balagny znalazł się, jako sekretarz, Jan Choisnin, autor sporej książki o tej francuskiej peregrynacji nad Wisłę. Utwór jego przetłumaczono na język polski i wydano w Roku Pańskim 1818. Od tej pory żadna prasa drukarska nic z nim nie miała wspólnego.
Relacja Jana Choisnin tchnie entuzjazmem. W Polsce, według niego, jest „miast wiele, dobrych i pięknych”. Szlachta „wszelką inną w ludzkości i grzeczności przewyższa”. Po wizycie u pewnego ziemianina orzekł imć sekretarz, że „ledwie by można znaleźć we Francji, Włoszech i Hiszpanii równie we wszystko opatrzonego obywatela”. Niektórzy Polacy mówią przy tym po francusku „jak rodowici paryżanie”. Wszędzie panuje sympatia do Francji. (Choisnin upiera się przy twierdzeniu, że każde najmniejsze sioło w Polsce miało szkołę. Nie należy mu wierzyć. Szkoły istniały we wszystkich wioskach kościelnych). (...)