Strona główna / Dla dzieci i młodzieży / Mors, Pinky i zagadka Ludolfiny

Aktualności

14.11.2019

Jubileuszowe spotkanie z Barbarą Krafftówną w Warszawie!

W poniedziałek 18 listopada o godz. 19:00 zapraszamy do Kina Iluzjon w Warszawie (ul. Narbutta 50A) na spotkanie z Barbarą Krafftówną - wielką damą polskiego kina!

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pokrzyk Katarzyna Puzyńska
  2. Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  3. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Mors, Pinky i zagadka Ludolfiny

Dariusz Rekosz

Pojedynek

– Chyba żartujesz! Dobrze się czujesz?! – wypaliłem do Pinky, nie zważając na innych, którzy weszli już do klasy.
Niecałe dwie minuty temu zadzwonił dzwonek, oznajmiając koniec przerwy i przywołując nas do pracowni, w której miała się właśnie rozpocząć przyroda z Jaszczurem, zastępcą dyrektora.
– To żart, tak? – Niepewnie popatrzyłem na moją najlepszą koleżankę.
Pinky uśmiechnęła się tylko beztrosko i odmownie pokręciła głową. Swoje blond włosy zaczęła okręcać wokół palca i robiła strasznie przemądrzałą minę.
– Mmm… – wymruczała. – A co? Zły pomysł?
– Pinky – starałem się przybrać przekonujący ton – chcesz się przebrać za Einsteina? – Ściszyłem głos, aby reszta klasy nie słyszała tego pytania. – Przecież to bez sensu.
– Wprost przeciwnie! – Nie przestawała się uśmiechać. – U jednej ciotki znalazłam nikomu niepotrzebną perukę. Mówię ci, jest odlotowa! – zachwyciła się.
– Ale peruka to nie wszystko – starałem się bronić swoich racji.
– Wiadomo – odparła bez namysłu i przestała zawijać loki na palcu. – Peruka jest tak rozczochrana, że mogę wyciąć z niej kawałek, by zrobić sobie krzaczaste wąsy, dokładnie takie jakie nosił Albert.
No tak. W sumie mogłem się tego spodziewać. Że postać naukowego idola mojej koleżanki, genialnego fizyka, Alberta Einsteina, posłuży jej za kostium na dyskotece karnawałowej, która w najbliższą sobotę odbędzie się w naszej budzie. Organizowaliśmy ją razem z innymi klasami piątymi. A dziś rano dowiedzieliśmy się, że starsi od nas o rok szóstoklasiści również przyłączą się do zabawy. Sześć klas to całkiem sporo ludzi jak na karnawałowe szaleństwo. Ale z drugiej strony, co to za karnawał bez śniegu? Mieliśmy koniec stycznia, a białego puchu, oprócz tego, który spadł na Mikołaja i poleżał ledwo do Wigilii, nie widzieliśmy. Jak na tę porę roku cały miesiąc był w zasadzie ciepły i suchy. Ba! Na Trzech Króli – czyli szóstego stycznia – na moim zaokiennym termometrze wyskoczyło piętnaście stopni. Cieplej niż czasami w kwietniu. I chociaż od kilku dni rankiem trawa była pokryta białym szronem, śniegu – jak na lekarstwo.
– A reszta? – zapytałem jeszcze.
– Mam całą masę jego zdjęć…
– Nie wątpię – burknąłem pod nosem.
– …Mama obiecała, że pomoże mi w wyborze odpowiednich ciuchów. I Ala Pankiewicz jako Albert Einstein jak się patrzy! – podsumowała triumfalnie.
– Nadal uważam, że to bez sensu. – Popatrzyłem jej w oczy.
– Ale dlaczego, Mors?
– Pomyśl. Jak ja będę chciał z tobą, powiedzmy, zatańczyć… to… – zająknąłem się – to będzie prawdziwa komedia. Jakbym tańczył z innym chłopakiem… Do tego z wąsami… – wzdrygnąłem się.
– Che, che, che! – roześmiała się szczerze. – Ale i na to jest sposób – dodała od razu.
– Jaki?
– Przebierz się w coś babskiego i tyle.
– Co?! – wypaliłem na cały głos.
– Morszol, może uciszyłbyś się w końcu?
No tak. Do rzeczywistości przywołał mnie srogi głos Jaszczura. Rozejrzałem się wokół. Lekcja już trwała, a ja, zajęty gadaniem z Pinky, nawet nie zauważyłem, kiedy nasz belfer wszedł do klasy.
– Przepraszam – wybąkałem zmieszany.
– Gadasz z Pankiewiczówną od samego początku lekcji. Myślałem, że się opamiętasz, i na razie dawałem ci szansę, ale widzę, że nic z tego.
– Przepraszam, proszę pana… – Spuściłem wzrok. – Bo ja… Bo my…
– Chodź no tutaj, bratku – przerwał moje dukanie.
Stało się. Tuż przed tablicą na stojaku wisiała rozwinięta mapa Europy. Przeleciały mi w myślach wszystkie europejskie góry, morza, zatoki i cieśniny. Zapowiadał się pokazowy magiel.
– Chodź, chodź – powtórzył nauczyciel.
Podszedłem do mapy. Jaszczur podał mi wskaźnik.
– Proszę – rzekł bez mrugnięcia. – Skoro jesteś taki rozmowny, to może podyskutujemy o naszym starym kontynencie.
– Europa da ci kopa – zachichotał jakiś zgrywus spod ściany.
– Cisza! – warknął belfer. – A kto piśnie choćby słówko, ten zamieni się miejscem z Morszolem.
Wszyscy natychmiast skamienieli. Jeszcze chwila, a usłyszałbym, jak włosy stają mi dęba. Jaszczur był jak żyleta. Wymagający, choć bez przesady. Czego jak czego, ale tego, że był sprawiedliwy, nikt mu nie mógł odmówić. Ciekawe, z czego przepyta mnie teraz?
– Zawrzyjmy układ – zaczął.
O! To było coś nowego. Układ? W ustach Jaszczura takie słowo to prawie jak wybawienie.
– Zadam ci trzy pytania, a raczej chciałbym, abyś znalazł na tej mapie trzy miejsca, które za chwilkę wymienię. Raz możesz się wyłożyć, ale jeśli popełnisz drugi błąd, lądujesz na miejscu z niedostatecznym. Pasuje?
Poczułem, jak skóra drętwieje mi na karku. Cóż mogłem odpowiedzieć?
– Tak. – Mocniej ścisnąłem drewniany wskaźnik.
Reszta klasy zamarła. Spojrzałem na Pinky. Ukradkiem pokazała mi, że trzyma kciuki. Mocno, bo jej dłonie były prawie białe. Fajna z niej kumpela. Ale co mi teraz po tym, skoro nie wiem, jakie niespodzianki szykuje dla mnie nasz geograf. No dalej! Niech już mam to za sobą!
– Kattegat – wypalił, jakby słyszał moje myśli.
Zapomniałem powiedzieć, że nauczyciel cały czas siedział, a ja stałem, więc linia naszych oczu przebiegała mniej więcej na jednym poziomie. Brrr… Przeszywający i zimny wzrok dodatkowo paraliżował moje myśli. Ale zaraz, zaraz. Kattegat? Hmmm… Coś mi to mówi. Obiegłem wzrokiem mapę. Kattegat… Mógłbym przysiąc, że zetknąłem się już kiedyś z tą nazwą. Nawet chyba własnoręcznie gdzieś ją zapisywałem. Pamiętam – sprawdzałem nawet, jak się to pisze. Tylko kiedy to było? I przy jakiej okazji? Ponownie spojrzałem na mapę. Jasne! Już wiem. Chyba w październiku czy listopadzie, pisaliśmy takie jakby opowiadanie, a raczej sprawozdanie z podróży. I to właśnie u Jaszczura! To była praca domowa. Wsiadając na wymyślony statek w Gdańsku, mieliśmy – palcem po mapie – przepłynąć aż na Krym, opisując, co widzimy po drodze, a więc: morza, zatoki, wyspy, półwyspy, przylądki, cieśniny i takie tam. Właśnie! Kattegat jest cieśniną! Spojrzałem na mapę. Jest!
– Tutaj. – Uniosłem wskaźnik na górę mapy i zatrzymałem nad Półwyspem Jutlandzkim. – Kattegat i Skagerrak. Dwie duńskie cieśniny łączące Bałtyk z Morzem Północnym.
– Świetnie – pochwalił mnie Jaszczur.
Oj, chyba za szybko udzieliłem tej odpowiedzi. Teraz zapewne nie pozostawi na mnie suchej nitki. Ktoś w trzeciej ławce westchnął. Nawet nie próbowałem patrzeć kto.
– Ciężko, co? – Belfer zwrócił się do klasy. – Ano ciężko – odpowiedział sam sobie i spojrzał na mnie. – Kanał Angielski – rzucił, mrużąc oczy. Wydawało mi się, że uśmiechnął się pod nosem.
Kanał Angielski? Przyznam, że nigdy o takim nie słyszałem. Ale to nie powinno być trudne. Skoro angielski, to pewnie leży gdzieś na terenie Wielkiej Brytanii albo w jej najbliższym sąsiedztwie, chociaż… Mogło być różnie. Przesunąłem się w lewo i zadarłem głowę, wpatrując się w największą wyspę naszego kontynentu. Bez trudu znalazłem Londyn. Ech… piękne miasto. Miałem przyjemność zwiedzić je w zeszłym roku. I nie tylko zwiedzić. No i nie sam. Otrząsnąłem się z miłych wspomnień, zwłaszcza że Jaszczur chrząknął dosyć głośno, przerywając na chwilę ciszę, która cały czas panowała w klasie. Kanał Angielski? Do licha! W którym miejscu go szukać? Zacząłem od zachodu. Może między Wielką Brytanią a Irlandią? Nie, nic z tego. Był tam kanał, ale nazywał się Północny. Mój wzrok powędrował wyżej, aż do kolejnych wysp. A potem jeszcze dalej na północ. Orkady i Szetlandy. Kanału Angielskiego nigdzie nie widać. Teraz w dół, po wschodniej stronie. Ale tutaj nie było żadnej wyspy. „Gładkie” Morze Północne, aż do wybrzeży Holandii i Francji. Więc może ten kanał leży gdzieś na terenie Anglii? Przysunąłem się do mapy i wpatrzyłem w terytorium Zjednoczonego Królestwa. Kątem oka zauważyłem, że nauczyciel zaczął się niecierpliwić.
– No, Morszol? Jak będzie z tym kanałem? – usłyszałem potwierdzenie swoich przypuszczeń.
Nic się nie odezwałem, tylko jeszcze bardziej wytężyłem wzrok. Czyżby to miał być jakiś niewielki kanał, gdzieś na peryferiach Londynu? Albo gdzieś całkiem w głębi lądu? Jaszczur chyba nie byłby aż tak złośliwy. Wszystkiego można było się po nim spodziewać, ale nie tego, że będzie mi kazał znaleźć na mapie coś, czego normalnie nie widać. To do niego niepodobne. Ale jak na złość nigdzie nie mogłem znaleźć tego przeklętego kanału.
– Więc? – zapytał z naciskiem.
– Nie wiem, proszę pana. – Spuściłem głowę.
– Poddajesz się?
– Tak.
– Dobra. Więc spójrz tutaj. – Wstał i przejechał palcem po morzu między Anglią i Francją.
– Przecież to kanał La Manche!
– Zgadza się. Tak go nazywamy i cała reszta świata też. Z wyjątkiem Anglików. Przeczytaj dokładnie. – Jaszczur postukał palcem pod ciemnoniebieską nazwą kanału.
Zbliżyłem się jeszcze bardziej i osłupiałem. Pod rozciągniętym napisem „Kanał La Manche” drobniuśkim druczkiem, w nawiasie, napisane było „English Channel”. Kanał Angielski, jasna sprawa.
– Ale... jak to? – nie mogłem wyjść ze zdziwienia.
– Normalnie. – Nauczyciel odwrócił się do klasy. – Mówiłem wam o tym jeszcze przed świętami, kiedy omawialiśmy europejskie morza, ale kto by tam zwrócił na to uwagę, co?
Klasa zaszemrała.
– Jeden do jednego – rzekł do mnie.
Chociaż byłem prawie o trzy głowy niższy, poczułem się jak westernowy kowboj stający do pojedynku. Pytanie tylko, który z nas był szeryfem? Bo zazwyczaj stróż prawa wychodzi z takich sytuacji zwycięsko. Popatrzeliśmy sobie w oczy.
– Ostatnie pytanko – zakomunikował Jaszczur. Klasa ponownie ucichła. – Inverness.
Popatrzyłem na niego z niedowierzaniem. Inverness? Kurczę, co to takiego? A nawet nieważne co, tylko gdzie? Nazwa jakby hiszpańska? Francuska? Sam nie wiem. Czy to wyspa, zatoka, jezioro? A może jakiś szczyt? Osłupiałem. Nauczyciel usiadł i otworzył dziennik. Przewracał kartki, pewnie w poszukiwaniu rubryk ze swoim przedmiotem. No pięknie. Więc chyba nie ja miałem być szeryfem. Spojrzałem na klasę. Wszyscy siedzieli jak zamurowani. Tylko Pinky jakoś dziwnie przekręciła się na swoim krzesełku i skierowała kolana w stronę okna. Mrugnęła do mnie porozumiewawczo i… chwyciła się za swoją kraciastą spódniczkę. Kratka była czerwono-czarna (aż dziwne, że nie różowa). Do tego włożyła dziś białe rajstopy i szarą bluzkę. Na chwilę zapomniałem o Inverness. Nie miała na sobie nic różowego?! Chyba muszę to odnotować w kalendarzu. Nie! Jednak kalendarz zostanie bez zapisków. Buty. Różowiaste adidasy jak się patrzy! Ale dlaczego ciągle szarpie tę swoją kraciastą kieckę? Co ona sobie myśli? Przypomniałem sobie naszą niedawną rozmowę. No nie! Znalazła sobie odpowiedni moment, żeby przekonywać mnie do ubrania się w coś babskiego na sobotnią imprezę. Ręce mi opadły. Już miałem się postukać w głowę, kiedy Pinky mocniej zatrzepotała kiecką. Do licha, o co jej chodzi? Kraciasta spódniczka. No i co z tego? Miałem się przebrać za jakiegoś szalonego Szkota? Pinky! Na miłość boską, nade mną wisi Inverness i nie chciałbym złapać pały u Jaszczura tuż przed końcem półrocza! A ona dalej wymachuje tym swoim kraciastym ubrankiem. Zaraz! Szkot? Szkocja? Inverness? Pinky, jesteś genialna! Prawie podskoczyłem w miejscu. Inverness to przecież szkockie miasto, prawie na samym krańcu Wielkiej Brytanii! No jasne! Gdzie zatrzymują się wszyscy śmiałkowie, chcący zobaczyć i sfotografować słynnego potwora z jeziora Loch Ness? Oczywiście w Inverness! Mrugnąłem do koleżanki. Schowała nogi pod ławkę. Odwróciłem się czym prędzej do mapy.
– Więc, kolego Morszol…
– Tutaj! – Nie dałem dokończyć belfrowi, który już pewnie szykował się do postawienia mi lufy z nieznajomości mapy Europy. – Tutaj, proszę pana! – wyciągnąłem rękę i bezbłędnie dotknąłem czarnego kółeczka, przy którym widniał niewielki napis „Inverness”. – Tuż obok jest słynne jezioro z potworem Nessie.