Strona główna / Popularnonaukowe / Szatańskie urojenie. Ateizm i jego pretensje naukowe

Aktualności

13.09.2019

Spotkanie z Rafałem Grupińskim w Poznaniu

W czwartek 19 września o godz. 18.00 zapraszamy do Fundacji Malta (ul. Ratajczaka 44 w Poznaniu) na spotkanie z Rafałem Grupińskim, autorem książki "Polityka i kultura".

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jej drugie życie Manula Kalicka
  2. Nie mam więcej pytań Gillian McAllister
  3. Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi Julia Boyd

Fotogaleria

więcej »

Szatańskie urojenie. Ateizm i jego pretensje naukowe

David Berlinski

ROZDZIAŁ 7
DZIWNY DOWÓD NA NIEISTNIENIE BOGA

Dowody na istnienie Boga to rzecz wręcz banalna, wydarzeniem jest dopiero dowód na nieistnienie. Taki właśnie dowód to gwóźdź programu Boga urojonego Richarda Dawkinsa. Przywiązuje on do niego najwyższą wagę: w wykładach, jakie wygłaszał po publikacji, sugerował, że zajmuje on teraz istotne miejsce w niespokojnej wyobraźni ludzi religijnych. Tu akurat się mylił. Jego dowód jest jednak ważny z innego względu. Jest to lekcja poglądowa.
Dawkins streszcza swoje poglądy w formie sześciu bardzo ogólnych stwierdzeń, z których tylko trzy pierwsze mają bezpośredni związek z interesującą go – a także mnie – sprawą.
W pierwszym stwierdza, że wszechświat jest nieprawdopodobny.
W drugim przyznaje, że kuszące jest wyjaśnienie pojawienia się wszechświata poprzez odwołanie do projektanta.
W trzecim odrzuca tę pokusę ze względu na to, że „hipoteza projektanta nieuchronnie prowadzi do jeszcze większego problemu, do pytania o to, kto zaprojektował projektanta”. Inna wersja tego argumentu znana jest od bardzo dawna.
„Ośmielam się zapytać – ośmielił się zapytać chiński mędrzec Kuo Hsiang w III wieku n.e. – czy Stwórca istnieje, czy nie. Jeśli nie, jakże może coś tworzyć? A jeśli jest, zatem (będąc jedną z tych rzeczy) niezdolny jest (jeśli nie stworzył sam siebie) stworzyć mnóstwa form cielesnych”.
Jest to dowód znakomity, bo krótki.
Skoro Richard Dawkins jest przekonany, że Bóg nie istnieje, mógł zacytować Kuo Hsianga, i na tym poprzestać.
Dawkins przedstawia swój dowód na dwóch pierwszych stronach rozdziału 4 i streszcza go na dwóch ostatnich stronach tego samego rozdziału. Materiał zawarty pomiędzy – około czterdzieści stron – poświęcony jest „podnoszeniu się świadomości”, do którego przyczynia się rzekomo kontemplacja koncepcji doboru naturalnego. Przy tym wszystkim Dawkins zapomniał jedynie wyjaśnić swój sposób rozumowania, muszę więc niestety spróbować go odtworzyć, zanim go odrzucę.

Martwa strefa

Jako osoba publiczna i ważny uczestnik sporu, Richard Dawkins znajduje się w martwej strefie na przecięciu dziecięcego pytania: „Kto stworzył Boga? ”, oraz tego, co filolog klasyczny R.R. Bolgar nazwał „osobliwymi szczątkami porzuconej i niemal zapomnianej nauki”. Choć Bolgar miał na myśli retorykę, równie dobrze mógłby opisać teologię. Strefa jest martwa, ponieważ na pytania, jakie prowokuje, nie ma odpowiedzi. Nie oznacza to jednak, że są one bez znaczenia. Dziecięce pytania mają sens, a w przypadku istnienia Boga ich celem jest podważyć różne intelektualne sztuczki, za pomocą których potwierdza się jego istnienie.
Skłonność do wątpienia to w bardzo dużym stopniu kwestia temperamentu. Rzadko zachęca do niego (albo zniechęca) argumentacja. Dla niektórych ludzi istnienie wszechświata jest tajemnicą, irytująco dręczącą duszę. Dlaczego to cholerstwo istnieje? Są tacy, którzy, żeby popsuć sobie radość życia, głoszą, że istnieje bez żadnej konkretnej przyczyny. W przerwach między pisaniem, polowaniem, zarządzaniem majątkiem oraz cudzołożeniem Lew Tołstoj bardzo często wyrażał takie odczucia. Podobnie jak Lewin z Anny Kareniny, był z tego powodu powszechnie uważany za utrapienie. Z drugiej strony, wielu ludzi nie robi z tego problemu i łatwo zadowala się odpowiedzią, której niefrasobliwie udzielił fizyk (i laureat Nagrody Nobla) Frank Wilczek: „Wszechświat – napisał – wydaje się po prostu jedną z tych rzeczy”. Chęć pozostawienia tej sprawy w spokoju jest typowa dla osobników, których William James nazywał „zdrowo myślącymi” – to znaczy: niezbyt lotnymi.
Oczywiście, skoro fizycy mogą wierzyć, że wszechświat jest „jedną z tych rzeczy”, ludzie religijni mogą na podobnej zasadzie stwierdzić, że Bóg także jest jedną z tych rzeczy.
Na pytanie, dlaczego wierzący nie mieliby poprzestać na samym wszechświecie, można tylko odpowiedzieć pytaniem: a dlaczego fizycy nie mieliby zmierzać dalej w kierunku Boga.
Wspominam o tym, by podkreślić to, co powinno być oczywiste: pytania rodzące się w martwej strefie są kwestią temperamentu. Instynkt religijny jest natomiast uniwersalny: rodzi się w każdej istocie ludzkiej – stąd popularne spostrzeżenie, że w okopach nie ma ateistów. Ale kwestia, czy ten instynkt będzie mógł się rozwinąć ku szczerej afirmacji, czy też zaprzecza się mu, a potem go odrzuca – nie podlega żadnym oczywistym argumentom.
To jeden z powodów, dla których martwa strefa jest martwa.

Jeśli Bóg nie stworzył świata, jaki z niego pożytek? A jeśli stworzył, jak to wyjaśnia? Dziecięce pytanie ustępuje miejsca dorosłym dylematom. Bóg zbyt niechętny, by dokonać dzieła stworzenia, skazany jest na pogrążenie się w nieistotności, choćby dlatego, że jego domaganie się kultu będzie w sposób istotny rozbieżne z jego dokonaniami. Ale jeśli Bóg rzeczywiście stworzył świat, problem, który miał rozwiązać, pojawia się na nowo jako problem samego Boga.
Ten właśnie destrukcyjny dylemat Dawkins określa jako „ostateczny boeing 747 – gambit”. Ta nazwa to odwołanie do żartobliwej uwagi przypisywanej astrofizykowi Fredowi Hoyle’owi. Spontaniczne pojawienie się życia na Ziemi, stwierdził Hoyle, jest akurat tak samo prawdopodobne jak sytuacja, w której tornado przechodzące nad złomowiskiem poskładałoby z odpadków boeinga 747. Choć był ateistą, Hoyle sceptycznie odnosił się do teorii ewolucji Darwina, której Dawkins z pasją broni. Ponieważ wizja złomowiska z wyjątkową zwięzłością przedstawia szanse na spontaniczne pojawienie się życia – wedle prawie wszelkich szacunków są one niemal żadne – irytuje ona Dawkinsa, odkąd tylko się pojawiła. Tym bardziej, że wielu ludzi, których świadomość jakoś się nie podniosła, najwyraźniej doszło do wniosku, że jeśli chodzi o pochodzenie życia, złomowisko zupełnie im wystarczy.
Ale, stwierdza Dawkins, jeśli tornado nie może dokonać dzieła stworzenia życia, Bóg nie może dokonać dzieła stworzenia wszechświata. Tornado nie wystarczy, ponieważ życie jest nieprawdopodobne, a Bóg nie wystarczy z tego samego powodu. Ten kontratak przekonuje Dawkinsa, że udał mu się intelektualny chwyt, czysty i druzgoczący niczym w judo. Ostateczny gambit, jak pisze Dawkins, „praktycznie nieodwołalnie prowadzi do wniosku, że Bóg nie istnieje” (wyróżnienie moje). To, że Fred Hoyle zmarł, zanim miał szansę docenić, jak bardzo został pognębiony, Dawkins bez wątpienia postrzega jako przejaw strachliwej nieodpowiedzialności.
Choć Dawkins ze spokojną pewnością siebie pisze o tym, co zamierza, to znaczy sprawić Istocie Boskiej łomot, a potem, gdy już ją zmieszał z błotem, znów pisze o tym, czego dokonał, jego poczynania są w istocie niezbyt jasne.
W niektórych miejscach Dawkins stwierdza, że Bóg jest bez znaczenia, ponieważ wyznaczono mu zadanie zbudowania wszechświata, który jest nieprawdopodobny. Jeśli wszechświat jest nieprawdopodobny, „nie możemy proponować rozwiązania, które jest jeszcze bardziej nieprawdopodobne” . Dlaczego nieprawdopodobny wszechświat wymaga nieprawdopodobnego Boga, tego Dawkins nie mówi, a ja nie wiem. (...)