Strona główna / Literatura faktu, historia / Między Wschodem a Zachodem. Przez pogranicza Europy

Aktualności

21.01.2020

Spotkanie z synem Seweryny Szmaglewskiej

W niedzielę 2 lutego o godz. 16.30 zapraszamy do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie (ul.Tłomackie 3/5) na spotkanie z Jackiem Wiśniewskim, synem Seweryny Szmaglewskiej, autorki książki "Dymy nad Birkenau".

Wywiady

23.01.2020

Wszyscy mamy w sobie

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Craigem Russellem, autorem książki "Czynnik diabła"

Posłuchaj i zobacz

22.01.2020

Wstrząsająca prawda o życiu arabskich księżniczek.

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Marcina Margielewskiego "Zaginione arabskie księżniczki".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri
  2. Doktor Sen Stephen King
  3. Upadek Gondolinu. Pod redakcją Christophera Tolkiena J.R.R. Tolkien

Fotogaleria

więcej »

Między Wschodem a Zachodem. Przez pogranicza Europy

Anne Applebaum

Część pierwsza

NIEMCY

KALININGRAD – KÖNIGSBERG

Z portu do centrum Kaliningradu jechało się pół godziny rozklekotanym autobusem. Spytałam kierowcę, czy może mi coś powiedzieć o Kalininie, byłym przewodniczącym Prezydium Rady Najwyższej ZSRR (słynnym z tego, że wysłał swoją żonę do gułagu), od którego miasto wzięło nazwę.
– Kalinin? Nie wiem, chyba miał coś wspólnego ze Stalinem – odparł, wzruszając ramionami.
Wjeżdżaliśmy do miasta korytarzem niskich budynków i potrzaskanych fasad zbombardowanych domów, nieodbudowanych, mimo że od zakończenia wojny minęło ponad czterdzieści lat. Autobus podskakiwał na wybojach, dziurach w asfalcie, szynach tramwajowych i kawałkach starej kostki brukowej. Na szerokich ulicach, które wyglądały, jakby zbudowano je dla większej, liczniejszej populacji, nie było widać samochodów. Na przedmieściach, wzdłuż niektórych alei, rosły stare drzewa. Kiedy zbliżyliśmy się do centrum, drzewa znikły, szeregowe domki ustąpiły miejsca wieżowcom, szerokie aleje otwarły się na wielkie place, osobliwą eksplozję ceglanej architektury zastąpił beton, krajobraz stał się surowszy, aż w końcu autobus zatrzymał się: dojechaliśmy do średniowiecznego centrum miasta.
– Do katedry tamtędy – rzucił kierowca.
Drzwi się zamknęły i autobus odjechał. W zatęchłym powietrzu unosił się zapach spalin i dymu węglowego. Na chodnikach nie było ludzi. Gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie wznosiły się wysokie mury z betonu i stali. Nie był to jednak czysty, gładki beton i stal Nowego Jorku czy Los Angeles. Tu wieżowce były popękane, obtłuczone i przekrzywione, jakby przedwcześnie się zestarzały. Ich ściany szpecił brud i szpary. Miały powyłamywane ramy okienne i czarne od pyłu fasady. Chociaż już były w stanie zaawansowanego zniszczenia, tylko kilka z nich było dokończonych. Wielkie betonowe płyty, zardzewiałe rury, zwoje drutu i pokryte taśmą ochronną szyby poniewierały się w błocie wokół bloków. Stosy potłuczonych cegieł piętrzyły się obok drzwi o zardzewiałych zawiasach. Gruba zielona pleśń pokryła niewykończone podjazdy. Całe aleje były częściowo wybrukowane lub zagrodzone do naprawy, trawę na skwerkach przysłoniły zwały ziemi i piasku.
Od czasu do czasu ślady innego, dawniejszego porządku wyzierały spod współczesnych zniszczeń. W jednym miejscu betonowy chodnik urywał się raptownie, odsłaniając leżącą tuż pod jego powierzchnią starannie ułożoną kostkę; gdzie indziej na pustym placu stał samotnie chylący się na boki, stary budynek. Można było dojrzeć gołym okiem, jak ulice starego miasta – niegdyś kręte i wąskie, pokryte kocimi łbami, zabudowane wysokimi, wąskimi kamienicami nadbałtyckich kupców – zastąpiły radzieckie aleje z popękanego betonu; jak różnorodność – średniowieczne kamienne fundamenty, barokowe drzwi seminarium, klasycystyczne kolumny, pruski mur z czerwonej cegły i eleganckie witryny sklepowe – wyparła spektakularna monotonia; jak kościoły i cukiernie, targi warzywne, trafiki, uniwersytet, szkoły i sądy ustąpiły miejsca jednakowym, numerowanym blokom mieszkalnym.
Miasto wydawało się jednak nieświadome swojej historii. Po godzinie szukania z planem w ręku znalazłam jedyny pomnik-ślad zniszczenia Königsbergu przez wojska radzieckie: małe, podziemne muzeum, ukryte w wojskowym bunkrze. Większość jego eksponatów to dioramy bitwy; seria wykresów ukazywała natarcie Armii Czerwonej. Były tam również obrazy przedstawiające spalenie Königsbergu i niemieckie napisy Wir kapitulieren nicht! (Nigdy się nie poddamy!). W ostatniej sali wisiały zdjęcia z cyklu „przed i po”. Domy i kościoły z cegły „przed” i identyczne betonowe bloki „po”. Średniowieczne kościoły przed, puste place po.
Wyszedłszy na zewnątrz, próbowałam przejść się po dawnym sercu miasta, ale zupełnie nie mogłam się zorientować w układzie ulic. Centrum wydawało się poszarpane i niedokończone, jakby ktoś przypadkiem naniósł niepasujące aleje i ponure budynki na dawniejsze punkty orientacyjne, a gdy spostrzegł ohydny rezultat, porzucił cały projekt.
Sprechen Sie deutsch?
Odwróciłam się. Starszy mężczyzna w kraciastym garniturze i postrzępionej skórzanej czapce wpatrywał się we mnie, dłubiąc drzazgą w zębach. Staliśmy na otoczonej brudnymi kanałami wyspie, za nami wznosiły się pozbawione dachu, podłóg i okien ruiny katedry, oczyszczone do cna niby szkielet wielkiego ptaka.
Sprechen Sie deutsch?
Pokręciłam głową.
Okazało się, że on też nie, więc rozmawialiśmy po rosyjsku. Pochodził z Pińska na Białorusi. Podczas wojny był robotnikiem przymusowym w niemieckiej fabryce więziennej pod Berlinem. Dostawał tam najlepsze jedzenie w swoim życiu. Widział najpiękniejsze kobiety. Domy były takie czyste, takie schludne! Po wojnie nie pozwolono mu zostać w Berlinie, a ponieważ nie chciał wracać w rodzinne strony, przyjechał do Kaliningradu.
– Tu jest bardziej jak na Zachodzie – wyjaśnił. – Bardziej jak w Niemczech. – Obrócił wykałaczkę w sczerniałych zębach.
Spytałam, czy zostali tu jacyś Niemcy. Wzruszył ramionami.
– Nie znam żadnego. Byłoby lepiej, gdyby ich było więcej.
Włóczył się za mną wśród ruin, wysforowawszy się tylko raz do przodu, żeby pokazać mi pokryty napisami grobowiec Immanuela Kanta. Jednego z tych nielicznych filozofów, którzy jeszcze za życia zdobyli sławę. Kant był kiedyś najsłynniejszym obywatelem Königsbergu. Mimo propozycji uznanych uniwersytetów nie przeniósł się do innego miasta, opuścił Königsberg tylko raz, w młodości, żeby objąć posadę nauczyciela w domu pewnego pruskiego szlachcica. Przyjeżdżali do niego ludzie z całego świata. Przyciągała ich wyrafinowana rozmowa i erudycja filozofa, jak również dobre jedzenie, przygotowywane przez jego kucharkę. Ze czcią powtarzali potem na swoich uniwersytetach jego udane powiedzenia i mądre słowa, czując się, według słów jednego z wielbicieli uczonego, „niczym Mojżesz powracający z góry Synaj”. Kant budził w swoich uczniach, w tym w Johannie Herderze, autorze pojęcia Volkgeist, fanatyczne oddanie. Herder powiedział o swoim mistrzu, że nie pozostawał on obojętny wobec niczego, co warto wiedzieć. W porównaniu z dochodzeniem i interpretacją prawdy żadna kabała, żadna sekta, żadna korzyść własna, żadna ambicja nie miały na niego najmniejszego wpływu. Kant zdobył też podziw pruskich oficerów i szlachciców, tworzących klasę wyższą Königsbergu. Raz, jedząc kolację w domu sławnego generała, niechcący wylał na kosztowny obrus lampkę czerwonego wina. Chcąc okazać szacunek swojemu gościowi, generał, kontynuując rozmowę, rozlał swoje wino, a następnie – jako że opowiadał o Dardanelach – umaczanym w winie palcem namalował na obrusie kontur cieśniny.
Kant był również znaną postacią na ulicach miasta. Skrupulatnie przestrzegał swoich przyzwyczajeń, a jego codzienne spacery stanowiły dla mieszkańców Königsbergu stały punkt odniesienia. Kiedy umarł, na jego pogrzeb przybyli ludzie wszystkich klas i profesji.
Mężczyzna z Pińska niewiele wiedział o Kancie.
– Zdaje się, że pisał książki – powiedział.
Odwróciłam się i przeszłam po moście, który wciąż miał przedwojenną żelazną balustradę. Rzeka zdawała się bardzo daleko w dole: może z powodu zanieczyszczenia, a może dlatego, że zbliżał się koniec lata, wody Pregoły opadły. W XVIII wieku mosty Königsbergu stały się inspiracją wielkiej matematycznej zagadki. Było ich siedem, nad Pregołą oraz kanałami, i wiodły z lądu na małą wysepkę. Pytanie brzmiało: czy można przejść drogą, która prowadzi przez wszystkie mosty, przechodząc przez każdy tylko raz? Kilka największych umysłów Europy głowiło się nad tym zagadnieniem, rzucając się w nocy po łóżku, aż wreszcie Leonhard Euler, szwajcarski myśliciel, który w wieku lat dwudziestu ośmiu objął katedrę matematyki w Sankt Petersburgu, udowodnił ostatecznie, że „jeśli są więcej niż dwa obszary, do których prowadzi nieparzysta liczba mostów, wówczas takie przejście jest niemożliwe”. Euler został później nadwornym matematykiem Fryderyka Wielkiego, lecz jego rosyjskie doświadczenia zapadły weń głęboko. Pewnego razu, gdy królowa Prus zganiła go za milczenie, odparł: „Madame, przybywam z kraju, gdzie jeśli się mówi, zawisa się na szubienicy”.
Kiedy spacerowałam, próbując powtórzyć trasę mostów Eulera, mężczyzna z Pińska wciąż szedł za mną. Wyglądało, że na coś czeka. Za katedrą znowu wysforował się do przodu.
– Niech pani patrzy. Niech pani patrzy! – zawołał bez ironii. – To siedziba partii.
Tego gmachu trudno było nie dostrzec: jego elewacja, ta część, którą ukończono, wykonana była z różowego marmuru. Przechylony, ze szczytem o połowę szerszym niż podstawa, wisiał nad centrum miasta jak czarownica na miotle. Dwie niesymetryczne wieże połączone były czymś, co przypominało kawałki metalowych rur. Środek przedzielały okrągłe okna. Bezsensownie ogromne tafle granitu opasywały podstawę. Różowy gmach był jednak niedokończony. Nadal opasywały go rusztowania, a w szybach wind gwizdał wiatr. Rozebranie budynku byłoby zbyt kosztowne, ukończenie zaś budowy drogie, pełnił więc tylko funkcję pierwotną: zacierał pamięć zamku krzyżackiego, który stał niegdyś w tym samym miejscu.
Odwróciłam się, żeby odejść. Mężczyzna chwycił mnie za ramię.
– Może mnie pani zabrać do Niemiec?
– Co? – Wyrwałam rękę.
Złożył dłonie jak do modlitwy.
– Może mnie pani zabrać do Niemiec? Chcę z panią wrócić do Niemiec.
Powiedziałam, że nie mogę go zabrać i że nie jestem Niemką. Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Nie wierzył. Znowu wpił palce w moje ramię.
– Jakieś marki? – zapytał.
Dałam mu dolara i odczepił się ode mnie.
Kaliningrad jest jednym z niewielu miejsc, gdzie Stalinowi udało się w pełni przeprowadzić to, co zamierzał. Wymordował ludność Prus Wschodnich tak dokładnie, jak niegdyś Krzyżacy wymordowali Prusów, przy czym zajęło mu to parę lat, a nie całe stulecie. Zaludnił miasto obcymi. Zburzył kościoły i domy, wyciął drzewa. W ich miejsce postawił bloki z betonu. Wymazał przeszłość. „Gdyby zrzucono mnie w tym mieście ze spadochronu i zapytano, gdzie jestem, odparłabym: »chyba w Irkucku«” – napisała hrabina Marion Dönhoff, wydawca „Die Zeit”, która spędziła dzieciństwo w pałacu niedaleko Königsbergu i odwiedziła miasto wiele lat po wojnie.