Strona główna / Literatura polska / Aby do pełni

Aktualności

22.05.2020

Premiera online nowej książki Piotra Borlika

We wtorek 2 czerwca o godz. 19.30 zapraszamy na premierę online najnowszej książki Piotra Borlika "Zapłacz dla mnie".

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.04.2020

Krzysztof Gosztyła czyta MAŁY WIELKI TYDZIEŃ

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Mały wielki tydzień" autorstwa Darka Milewskiego w znakomitej interpretacji Krzysztofa Gosztyły.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jest krew... Stephen King
  2. Zaginione arabskie księżniczki Marcin Margielewski
  3. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

Aby do pełni

Agata Harrison

Lenka obudziła się w miarę szybko. Miała dziwny sen. Śniło jej się, że biega z kamerą po okolicy, szukając bezdomnych. Gdy żadnego nie znalazła, zapłaciła jakiemuś mężczyźnie, żeby przebrał się w łachmany i udawał, że żyje na ulicy. Facet okazał się emerytowanym aktorem, więc w swoją rolę wcielił się aż za dobrze. Ślepy by zauważył, że gość udaje. Lenka natomiast skrupulatnie wszystko kręciła.
Obudziła się z dziwnym przeświadczeniem, że musi zanieść do telewizji jakieś DVD. Inne, nie to z bezdomnym.
– Do telewizji? Po co? – powiedziała sama do siebie, strasznie się dziwiąc.
Wstała z łóżka i poszła do łazienki. Nie patrząc w lustro, włożyła głowę pod kran. Umyła dokładnie twarz. Wytarła w ręcznik. Podniosła głowę. Spojrzała na swoje odbicie.
– Chryste Panie! – krzyknęła, krzywiąc się tak, jakby zobaczyła upiora.
Spojrzała jeszcze raz. Co to jest, do cholery? Co to za tapir jakiś, nie obrażając tych uroczych zwierząt? Odgarnęła włosy z twarzy. Uff. Na szczęście rosły tam, gdzie natura przewidziała. Z lustra wciąż patrzyła na nią jednak jakaś bardzo niefajna twarz. Lenka zastanowiła się. Gdzieś w apteczce miała przecież pęsetę. Po chwili, o dziwo całkiem wprawnie, usunęła sobie większość meszku znad linii ust oraz wymodelowała brwi. Spojrzała krytycznie w lustro. Trochę lepiej, ale to jeszcze nie było to, o co jej chodziło. Wróciła do sypialni i na jakiejś znalezionej tam kartce napisała:
– fryzjer
– kosmetyczka
– jakieś ćwiczenia, kretynko!
Po czym, nagle, usiadła tak, jak stała. Zamrugała oczami. Niemożliwe.
Rozejrzała się. Na stole leżały jej okulary. Wada wzroku: minus trzy i minus cztery plus astygmatyzm. Ale ona widziała te cholerne okulary z odległości kilku metrów! Szybko je założyła. Aaaargh, choleeeera! Zdjęła je jeszcze szybciej. Spojrzała przez nie tylko raz, a głowa już zaczęła ją boleć.
– Niemożliwe – wyszeptała.
A jednak. Krótkowzroczna od dziecka Lenka Lipowska od kilku minut widziała idealnie.

Ada tym razem w ogóle się nie zastanawiała, kto tak wali. Gdy otworzyła drzwi, do mieszkania wpadła Lenka.
– Zrobiliście rytuał, bardzo się cieszę, tylko następnym razem nie wal tak, bo, widzisz, klientów mi straszysz – powiedziała Ada ściszonym głosem.
Lenka zamrugała oczami i wyciągnęła szyję w stronę pokoju wróżb. Był pusty.
– Nie, nie wróżę – odpowiedziała Ada Lence na jej niezadane pytanie i ciągnęła ściszonym głosem: – Wysłałam mejla klientom, że zmieniam branżę i jedna właśnie przyszła po doradztwo w sprawie polisy na życie. A dokładnie mąż ją przysłał, żeby nie polazła znów do centrum handlowego. No co, nie patrz tak – obruszyła się, widząc bardzo zdziwione spojrzenie Lenki. – Przecież pokazywałam ci dyplom.
Lenka wzruszyła ramionami.
– No i bardzo dobrze. Zarabiaj. Ja sobie poczekam w kuchni.
Ada skinęła głową i wróciła do klientki. Usiadła przed komputerem, kończąc zestawianie najlepszych ofert. Klientka nie zwróciła na nią uwagi, uważnie lustrując swoje długie paznokcie, pokryte gwiazdkami i inną tandetą.
– Najniższa składka mogłaby wynieść trzysta pięć złotych miesięcznie – oznajmiła Ada, drukując przygotowany dokument.
– Aha – odpowiedziała klientka, wciąż wpatrzona w swoje paznokcie.
– To bardzo dobra oferta, moim zdaniem.
– Aha.
– Proszę spokojnie przedyskutować z mężem.
– Aha.
Ada spojrzała ponuro na wyfiokowaną klientkę, która zachowywała się tak, jakby to jej kolorowe pazury informowały ją o szczegółach prezentowanych polis.
– Jestem pingwinem – zaryzykowała Ada, oczekując kolejnego „aha”.
– Aha – poinformowała ją klientka. Synapsy w jej mózgu podjęły się jednak wyzwania.
– Znaczy, to byłoby tajne hasło do polisy?
Ada poczuła, że zaraz na własnej skórze pozna sens powiedzenia „umrzeć ze śmiechu”.
– Ta polisa nie ma hasła, proszę pani. Polisy nie mają haseł.
– Aha.
Klientka wyjęła pieniądze, zapłaciła za doradztwo i wyszła razem ze swoimi paznokciami i synapsami, które znów układały się do długiego snu, kompletnie nieprzejęte informacją o pingwinie.
Rozbawiona Ada wstała od komputera i poszła do kuchni, gdzie Lenka częstowała się właśnie sałatką z rukoli. Zajadała z takim apetytem, jakby od tygodnia niczego nie miała w ustach.
– Bardzo dobra ta sałatka – powiedziała Lenka. – Czemu jej nigdy u ciebie nie jadłam?
Ada szybkim ruchem zabrała Lence salaterkę.
– Bo jesteś uczulona na orzeszki piniowe. Lepiej wypluj, jeśli jeszcze nie połknęłaś.
Lenka zdumiona spojrzała na sałatkę.
– Tu nie ma orzeszków. Gdyby były, podniebienie by mnie drapało, zawsze tak mam.
Ada pogrzebała w salaterce, wyjmując zeń całkiem sporego orzeszka piniowego. Lenka zastanowiła się chwilę, po czym wzruszyła ramionami.
– No to najwyraźniej się odczuliłam.
Napiła się wody. Ada popatrzyła na nią czujnie. Coś było nie tak. Uczulenia nie kończą się z dnia na dzień, a poza tym Lenka... wyglądała inaczej. Ada nie umiała jednak zdecydować, co się zmieniło.
– Robiłaś coś z twarzą? – zapytała ostrożnie.
Lenka kiwnęła głową.
– Trochę brwi i usunęłam wąsik – wyjaśniła spokojnym tonem, co Ada uznała za powód do niepokoju.
– Coś się wydarzyło między tobą a tym Brzóskim?
– Oskarem – dobitnie powiedziała Lenka. – On ma imię, wiesz.
Ada nalała sobie kawy i usiadła przy stole, bacznie wpatrzona w Lenkę. Nie potrafiła tego określić wprost, ale instynkt czarownicy mówił jej, że coś tu nie gra, że coś jest nie tak. Poczuła mrowienie w lewej stopie, które zawsze występowało wtedy, gdy znienacka przenosiła się do jednego ze światów alternatywnych.
– Asyriel chyba zadziałał – powiedziała Lenka. – Oskar mnie, wiesz, pocałował. To znaczy, tylko pocałował, nic więcej – dodała, nieco zawstydzona.
Adę zamurowało. Jak to, pocałował?
– I co dalej?
– Ma zadzwonić – szczebiotała Lenka. – Może gdzieś razem wyjdziemy, nie wiem jeszcze.
Ada zamyśliła się. Miłość? To ona ją jakimś cudem tak... odmieniła? Niewykluczone, że w takim razie myliła się jednak co do tego Brzóskiego.
– Masz się w co ubrać? – zapytała retorycznie.
Lenka wstała od stołu.
– Miałam nadzieję, że o to zapytasz.

Jakiś czas później rozpoczęły przemarsz przez centrum, zaglądając do co ciekawszych sklepów. Ada z zadowoleniem zanotowała, że Lenka, pewnie również pod wpływem zakochania, przestała interesować się szaroburymi ciuchami i zwracała uwagę na rzeczy modne i podkreślające sylwetkę. W pewnym momencie zapytała nawet:
– Nie znasz jakiegoś dobrego fryzjera?
Ada wykonała jeden telefon i godzinę później Lenka siedziała na fotelu fryzjerskim u byłego klienta Ady, Hugo Nowackiego, mistrza nożyczek, posiadającego wadę wymowy i narzeczonego w Niemczech.
– Heleny Chhistensen to ja z ciebie nie zhobię – bezlitośnie poinformował Lenkę. – Ale Ghace Kelly mogę sphóbować.
Sphóbował. Nie wyszło.
– A kto powiedział, że Ghace Kelly jest thendy? – bronił się, gdy Ada zagroziła, że jeśli szybko nie poprawi tego, co spartolił, to ona rzuci na niego taki czar, że... – Dobha, thochę ciehpliwości. Wiem. Kate Moss, ta anohektyczka. Hyzykujesz?
Zahyzykowała, nie mając najmniejszego pojęcia, kim jest rzeczona Moss. Tym razem na swoje szczęście. Gdy zadowolony Hugo zawołał Adę, która w tym czasie na stanowisku obok robiła sobie manicure, wszystko było jasne. Lenka znalazła najlepszą dla siebie fryzurę.
– Skarbie, pięknie! – zawołała Ada, ze wzruszeniem ściskając swoją małą dziewczynkę.
– Hównież tak myślę – pochwalił się Hugo, nawet zadowolony, że jego nikt nie ściska. – Tylko że w jej wypadku to dopieho początek. Schodek numeh jeden.
Lenka spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Może i pierwszy schodek, ale jej już zaczynało się podobać.

Tymczasem Oskar, mimo niedzieli, jechał do redakcji. Wychodząc, przyciągnął do siebie Julię stanowczym, męskim ruchem i namiętnie pocałował na pożegnanie. W efekcie Rembiewska poczuła nagle olbrzymią chęć powiedzenia Oskarowi czegoś, co jak dotąd znała tylko z filmów i kanału Discovery.
– Ja cię chyba kocham – wyjawiła, smakując z zainteresowaniem nowe dla niej słowo. Obracała je językiem, badając skomplikowaną strukturę. – Kocham! – powtórzyła, już z większym zdecydowaniem.
Brzóski co prawda zrezygnował z werbalnej reakcji na jej słowa, ale za to pocałował ją jeszcze raz, jak najbardziej rasowy z rasowych kochanków. Gdy odjeżdżał spod jej ultranowoczesnego apartamentowca, Julia wiedziała już, że znalazła mężczyznę swojego życia.