Strona główna / Literatura polska / Jasienica. Powrót / Archeologia na wyrywki

Aktualności

22.05.2020

Premiera online nowej książki Piotra Borlika

We wtorek 2 czerwca o godz. 19.30 zapraszamy na premierę online najnowszej książki Piotra Borlika "Zapłacz dla mnie".

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.04.2020

Krzysztof Gosztyła czyta MAŁY WIELKI TYDZIEŃ

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Mały wielki tydzień" autorstwa Darka Milewskiego w znakomitej interpretacji Krzysztofa Gosztyły.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jest krew... Stephen King
  2. Zaginione arabskie księżniczki Marcin Margielewski
  3. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

Archeologia na wyrywki

Paweł Jasienica

Nad Huczwą i Bugiem

Część III

I oto już trzeci dzień peregrynacji.
Nareszcie! Nareszcie widać wieś i sterczący nad nią wysoki pagór. Jeszcze z kilometr i staniemy na miejscu. Czas najwyższy.
Znakomita gleba w tym zamojskim powiecie – ale za to drogi... Zwłaszcza jeśli od dłuższego czasu padały deszcze, jak na przykład właśnie we wrześniu 1952 roku.
Samochód, śmigła półciężarówka, został daleko. Dowiózł nas z Hrubieszowa przez Zamość i Szczebrzeszyn. Na ostatnich kilometrach kierowca dokazywał istnych cudów. Zaczęła się bowiem droga polna, teraz dopiero przerabiana na szosę. Wyboje, kałuże, sterty kamieni. Kiedy już myśleliśmy, że w żaden sposób nie można będzie ruszyć dalej – szofer raptownie skręcił w lewo, dodał gazu i wjechał na nasyp wąskotorowej kolejki, wiodącej do cukrowni. Zyskaliśmy jeszcze z pół mili. Przyznać jednak muszę, że chwilami – zwłaszcza na zakrętach toru – skóra cierpła. Jedno koło wozu toczyło się po podkładach, między szynami, drugie po wąziutkiej ścieżce, wydeptanej przez pieszych. Po obu stronach stoki nasypu i rowy, które owej chwili wydawały mi się przesadnie głębokie.
Ale teraz maszerujemy już piechotą i nic nie zagraża naszym kościom. Gdybyż tylko nie to błoto!
Tuż przed sobą mam zażywną postać profesora Uniwersytetu Łódzkiego. Uczony mąż zawinął spodnie do połowy łydek, kapelusz zawadiacko zsunął na tył głowy i głośno opowiada, jak to kiedyś, przed wielu laty, badał z towarzyszami pewien obiekt w Wielkopolsce. Panował wielki upał, więc wszyscy przywdziali stroje kąpielowe i w nich chodzili po wydmach. Wieczorem poszli do sołtysa pobliskiej wioski poprosić o nocleg. Chcieli mu przystępnie wyjaśnić cel swej podróży.
– My pamiątek po przodkach szukamy, z pogańskich czasów...
– Aha, wiem – wyrozumiale przerwał sołtys. – Mówiła córka, że tam jakieś głupie goło chodzą po piasku.
Jakie to szczęście, że skaczący przez kałuże profesorowie wiodą rozhowor niefrasobliwy i pozostający w dość luźnym związku z wiedzą o przeszłości ojczyzny. Inaczej miałaby się z pyszna magister Maria Anna Dembińska, która maszeruje razem z nami, a podczas każdej takiej wyprawy skrzętnie prowadzi jej naukową kronikę. Ciekaw jestem, co by poczęła, gdyby który z uczonych w tej chwili właśnie zaczął rozsnuwać nową teorię o najwłaściwszych sposobach dzielenia wczesnego średniowiecza na krótsze okresy? W wycieczce uczestniczy około dziesięciu osób, byłoby komu zgłaszać rozmaite pro i contra.
Chwila odpoczynku – już na szczycie owej wyniosłości, która sterczy nad sporą wioską, a z daleka przypomina obły, wcale wysoki pagórek.
Za sobą mamy zbocza pasma, zwanego Roztoczem. Przed nami, ku północy, równolegle do widnokręgu rozciąga się szeroka na trzy kilometry dolina rzeczki Por, lewostronnego dopływu Wieprza. Sam Por płynie tam daleko, pod przeciwległym brzegiem doliny.
Zmeliorowano ją dopiero pięć lat temu. Dawniej stanowiła trudny do przebycia moczar, który przecinała jeszcze jedna rzeczka, Siniucha, teraz już nieistniejąca, złączona z Porem.
Na wioskę, która nosi nazwę Sąsiadki, patrzymy w tej chwili niczym z lotu ptaka. Szare strzechy długim, lecz wąskim językiem wcinają się w dolinę, dochodzą niemal aż do jej przeciwległej krawędzi. Zabudowa osiedla zwarta. Nie jest tu tak, jak często bywa gdzie indziej – budowle nie wysuwają się na boki. Pasmo dachów i sadów, po obu stronach płaska, przyżółkła już zieleń łąk. Tylko tu bliżej nas, już na brzegu doliny wioska rozsiadła się szerzej.
Wieś, jak się już rzekło, nazywa się Sąsiadka. W ludowym brzmieniu do dziś dnia zwie się ją czasem Sąciaską. Słowo to stanowiło jej urzędowe miano – czterysta lat temu, w wieku XVI. W tych odległych czasach mówiono także niekiedy i pisano: Sączieska.
Wiadomo, że w języku starosłowiańskim słowo „sąciask” oznaczało cieśninę lub przesmyk. Ot, taki właśnie język suchego lądu pomiędzy bagniskami, jak ten, który w tej chwili oglądamy.
Uczeni wyjaśnili mi, w jaki sposób ukształtował się ów przesmyk. Z głębszego podłoża wystaje tu rząd skałek, na których osiadał namuł. Działo się to tak długo, aż przez bagna utworzyło się naturalne suche przejście, szerokie od dwudziestu do trzydziestu ośmiu metrów.
Zaprawdę, niewielu ludzi w Polsce i w Europie wie dzisiaj o tej miejscowości. Całkiem inaczej było dawniej, na przykład w wieku XII. Wtedy słyszał o niej geograf arabski, Idrisi, który w tak zwanej Księdze Rogera nazwał ją nawet miastem.
Wtedy bowiem dzisiejsza skromna Sąsiadka leżała na niezmiernie ważnym szlaku handlowym, wiodącym z Kijowa przez Włodzimierz Wołyński, Zawichost i Kraków do Pragi. Przesmyk, na którym leży wieś, stanowił ongi bardzo istotny, może nawet kluczowy odcinek tej drogi.
W jaki sposób tajemnicza Sąciaska przemianowała się na wulgarną Sąsiadkę? Bardzo prozaicznie – jakiś gminny czy powiatowy skryba nie dosłyszał pewnie, a może postanowił uprościć brzmienie, którego nie rozumiał.
Zimny wiatr nie pozwala na zbyt długie rozkoszowanie się rozległym widokiem. Trzeba schodzić w dół. Tylko jeszcze przedtem rzut oka na bliższe partie terenu.
Wyniosłość, na której szczycie się znajdujemy, tylko z daleka uchodzić może za dzieło natury. W rzeczywistości jest to nasyp sztuczny, potężny i wysoki wał. Przebiega on w jakiś dziwny sposób. Jeszcze czegoś podobnego nie zdarzyło mi się dotąd widzieć.
Sierpowato wygięty wał sprawia takie wrażenie, jakby jego budowniczy zamierzał ogarnąć, odciąć od strony lądu nasadę owego przesmyku przez bagna nad Porem. Trzeba przyznać, że zamiar ten udał się w zupełności. Kto tylko chciał się tędy przedostać na drugą stronę moczarów, ten żadną miarą nie mógł ominąć tego nasypu i znajdującej się w nim ongi bramy. Istny rygiel na ważnym szlaku handlowym!
Wewnątrz sierpa, czyli po jego stronie bliższej doliny rzeki, zostało jeszcze sporo miejsca. Tak nawet sporo, że swobodnie ulokował się tam mocny, kolisty gród oraz znacznie odeń obszerniejsze, lecz słabiej obwarowane podgrodzie. Nie ulega wątpliwości, że ten, kto władał tym grodem, kontrolował cały ruch na przesmyku i musiał stąd ciągnąć niemałe korzyści. Idziemy oglądać szczątki jego siedziby.
Wały grodu przebiegają koliskiem o trzydziestometrowej średnicy. Ogarniają więc przestrzeń bardzo szczupłą. Dziedziniec wewnętrzny nie miał bruku kamiennego, lecz coś w rodzaju drewnianego. Był mianowicie gęsto wykołkowany. Dom mieszkalny – drewniany, zrębowy – wznosił się na podsypie kamiennym i posiadał wymiary: pięć metrów osiemdziesiąt centymetrów na pięć metrów. Obok znajdował się piec w półziemiance. Nieco dalej był jeszcze drugi piec, kopułkowy, pod dachem wspartym na słupach. Odkryto również ślady budynku plecionkowego, może stajni.
Szczątki tego wszystkiego znajdowały się pod niezbyt grubą warstwą ziemi. Pracowite jej usuwanie pozwoliło ujawnić jeszcze inne tajemnice.
Władcy tego grodu dbali o higienę. Kazali wykopać dół na odpadki, a także przebić odpowiedni otwór w podnóżu wałów, którędy nieczystości wypływały na zewnątrz, do fosy.
Po przeciwległej stronie dziedzińca znajdowała się studnia. Wyglądała jak olbrzymi lej, głęboki na szesnaście metrów. Otwór
górny liczył sobie dwanaście metrów średnicy, dolny zaś miał kształt kwadratu o jednometrowym boku. By dobrać się do wody, przyszło na samym dole przebić skałę. W jaki sposób ten, co to studnisko budował, ustalił, w którym miejscu należy kopać, gdzie w głębi jest źródło?
Olbrzymi otwór studni był przykryty belkami, pośrodku których musiało się znajdować wycięcie na spuszczanie wiadra.
Gigantyczny lej został z biegiem czasu doszczętnie zasypany, zawalony ziemią i gruzem. Uczeni odkopali go mozolnie, znajdując mnóstwo rozmaitego typu zabytków, a wśród nich ołowiane pieczęcie księcia ruskiego Dawida Igorowicza, który szczycił się uzyskanym w Bizancjum dworskim tytułem archonta.
(...)