Strona główna / Literatura światowa / Romans / Tajemnica starej farmy

Aktualności

15.04.2020

Mądra Książka Roku 2019

Z przyjemnością informujemy, że nasze książki nominowano w konkursie Mądra Książka Roku 2019. 

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.04.2020

Krzysztof Gosztyła czyta MAŁY WIELKI TYDZIEŃ

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Mały wielki tydzień" autorstwa Darka Milewskiego w znakomitej interpretacji Krzysztofa Gosztyły.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jest krew... Stephen King
  2. Zaginione arabskie księżniczki Marcin Margielewski
  3. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

Tajemnica starej farmy

Victoria Holt

Dom w Bloomsbury

Miałam zaledwie siedemnaście lat, kiedy dane mi było przeżyć najbardziej nieprawdopodobną przygodę, jaka mogła spotkać młodą kobietę. Przy tej okazji uchylił się przede mną rąbek świata tak diametralnie różnego niż ten, do którego przywykłam i w którym mnie wychowano, że odtąd moje życie uległo całkowitej przemianie.
Zawsze odnosiłam wrażenie, że swoje poczęcie zawdzięczam roztargnieniu rodziców. Mogłam sobie z łatwością wyobrazić ich konsternację i wręcz przerażenie, kiedy oznaki mojego nieuchronnego przybycia na ten świat stały się oczywiste. Pamiętam, jak będąc jeszcze bardzo małym dzieckiem, kiedy przypadkiem wymknęłam się spod oka piastunki, spotykałam na schodach ojca. Zwykle widywaliśmy się rzadko, więc przy takich okazjach patrzyliśmy na siebie jak na obcych. Ojciec zwykle nosił okulary odsunięte na czoło, a wtedy opuszczał je niżej, chcąc przyjrzeć się z bliska dziwnemu stworzeniu, które zabłąkało się do jego świata. Zupełnie jakby próbował sobie przypomnieć, kto to taki. Potem pojawiała się matka. Ta najwyraźniej rozpoznawała mnie od razu, bo wykrzykiwała: “O, dziecko! A gdzie opiekunka?”.
Znajome ręce chwytały mnie i szybko uprowadzały z powrotem. Już poza zasięgiem ich uszu słyszałam burczenie pod nosem: “Co za ludzie! Nie martw się, kruszynko, masz swoją starą nianię, ona cię kocha”.
I naprawdę to mi wystarczało. Zwłaszcza że poza ukochaną nianią miałam jeszcze pana Dollanda, kamerdynera, panią Harlow, kucharkę, pokojówki Dot i Meg oraz pomywaczkę Emily. A później – pannę Felicity Wills.
W naszym domu obowiązywał podział na dwie strefy i dobrze wiedziałam, do której przynależę.
Był to wysoki budynek usytuowany przy londyńskim skwerze w dzielnicy Bloomsbury. Został wybrany przez rodziców z powodu bliskości British Museum, o którym na dole mówiono niemal z nabożeństwem. Kiedy wreszcie uznano mnie za dostatecznie dużą, bym mogła przekroczyć jego progi, myślałam, że zaraz rozlegnie się głos z nieba i nakaże mi zdjąć buty, gdyż ziemia ta jest święta.
Moim ojcem był profesor Cranleigh, uznany autorytet w dziedzinie starożytnego Egiptu, a szczególnie hieroglifów. Matka bynajmniej nie pozostawała w cieniu; brała udział w pracach męża, towarzyszyła mu w licznych podróżach na wykłady, była też autorką pokaźnego tomu pod tytułem “Znaczenie kamienia z Rosetty”. Stał on na honorowym miejscu ramię w ramię z sześcioma dziełami ojca w pokoju obok jego gabinetu, zwanym przez rodziców biblioteką.
Uhonorowali mnie imieniem Rosetta. Ponieważ wiązało się z ich pracą, przypuszczałam, że w swoim czasie okażą mi nieco zainteresowania. Kiedy panna Felicity Wills zabrała mnie do British Museum, chciałam przede wszystkim zobaczyć ów starożytny kamień. Wpatrywałam się w niego, słuchając w niemym podziwie opowieści o znakach, które okazały się kluczem do rozszyfrowania pisma starożytnych Egipcjan. Długo nie mogłam oderwać oczu od tak ważnej dla moich rodziców bazaltowej płyty. Dla mnie jednak najbardziej liczył się fakt, że nosiła to samo imię, co ja.
Miałam około pięciu lat, kiedy rodzice wreszcie mnie dostrzegli. Był to wiek, w którym powinnam rozpocząć edukację, ale perspektywa pojawienia się w domu guwernantki wywołała w naszej strefie pewien popłoch.
- Śmieszne stworzenia z tych guwernantek – oznajmiła pani Harlow, kiedy zebraliśmy się przy kuchennym stole w suterenie. – Takie... ni pies, ni wydra.
- Nieprawda – wtrąciłam się. – To są damy.
- Kto je tam wie. Są zbyt wielkie jak dla nas, a nie dość dobre dla NICH – wskazała na sufit, mając na myśli górne strefy. – Szarogęsi się taka, rzuca o byle co... a na górze? Łagodna jak baranek! Taak, śmieszne stworzenia!
- Podobno ma to być bratanica jakiegoś profesora – odezwał się pan Dolland.
Pan Dolland w lot wyłapywał wszystkie nowiny. Według pani Harlow, był “cwany jak stado małp”. Dot, która podawała do stołu, miała własne źródła.
- To ten profesor Wills – oświadczyła. – Był z naszym państwem na uniwersytecie, tylko potem poszedł w inną stronę... nauki przyrodnicze czy coś. No, ale ma bratanicę i szuka dla niej miejsca. To prawie pewne, że nam ją tu wpakują.
- A czy będzie mądra? – spytałam trwożnie.
- Aż za mądra, gdyby mnie kto pytał – prychnęła pani Harlow.
- Nie będzie mi się pętała po dziecięcym piętrze – oświadczyła niania Pollock.
- O, będzie na to za wielka! Posiłki na tacy... Dot albo Meg mają latanie po schodach jak w banku.
- Nie chcę jej tutaj – oznajmiłam. – Mogę uczyć się od was.
To ich rozśmieszyło.
- Gadaj zdrowa, kochaneczko – odrzekła pani Harlow. – My nie jesteśmy, jak to się mówi... wykształtowani. No, może z wyjątkiem pana Dollanda.
Popatrzyłyśmy na niego z podziwem i czułością. Nie tylko podtrzymywał godność naszej strefy, ale też nas zabawiał, a czasem dawał się namówić na występ. Znał na pamięć wiele ról, co nikogo nie dziwiło, ponieważ kiedyś był aktorem. Widziałam, jak przygotowywał się do wyjścia na górę – w przepisowym stroju, jak przystało na szacownego kamerdynera – kiedy indziej zaś w zielonym fartuchu, okręconym wokół dość wydatnego brzucha czyścił srebra i nagle zaczynał coś śpiewać. Wtedy wszyscy cichutko podchodziliśmy bliżej, by wspólnie cieszyć się tym jednym z wielu jego talentów.
- Nawiasem mówiąc – tłumaczył skromnie – śpiew nie jest moją specjalnością. Nigdy nie nadawałem się do sal koncertowych. Zawsze wolałem zwykły teatr, po prostu mam go we krwi.
Najmilej z tamtych dni wspominam chwile, kiedy siadywaliśmy przy dużym kuchennym stole. Pamiętam owe wieczory... pewnie zimowe, gdyż było ciemno i pani Harlow stawiała pośrodku parafinową lampę. W kuchennym piecu buzował ogień i pod nieobecność rodziców, którzy wyjeżdżali często z jakimiś wykładami, ogarniało nas błogie poczucie spokoju i bezpieczeństwa.
Pan Dolland opowiadał wówczas o swej młodości, kiedy był na drodze do kariery. Nie poszło mu tak, jak sobie zaplanował, bo inaczej nie siedziałby z nami. Powinniśmy być za to wdzięczni losowi, chociaż z drugiej strony żałowaliśmy pana Dollanda. Występował kilka razy jako statysta, a kiedyś nawet grał ducha w “Hamlecie”; należał zresztą do tej samej kompanii co Henry Irving. Śledził potem karierę tego wielkiego aktora, a kilka lat temu widział go w gorąco oklaskiwanej roli Mathiasa w “Dzwonach”*.
* “The Bells”, sztuka George’a MacFarrena.
Czasem czarował nas scenami z tej sztuki. Siedząc w głębokiej ciszy przy niani Pollock, trzymałam ją kurczowo za rękę, by mieć pewność, że jest blisko. Na największy efekt można było liczyć, kiedy za oknami wył wicher i deszcz bębnił o szyby.
“W taką to właśnie noc jak ta zamordowano polskiego Żyda...” – deklamował głucho pan Dolland, przypominając, jak Mathias doprowadził do śmierci Żyda i jak odtąd prześladował go dźwięk dzwonów. Słuchaliśmy z biciem serca, a potem, kiedy już leżałam w łóżku, przyglądałam się ze strachem cieniom w pokoju, zastanawiając się, czy czasem nie uformują się w postać mordercy.
Pan Dolland bezsprzecznie cieszył się wielkim szacunkiem domowników, a talent do rozbawiania towarzystwa zyskał mu także naszą miłość. Może w świecie teatru go nie doceniono, nie można jednak było tego powiedzieć o naszym domu w Bloomsbury.
Tak, miło powspominać lata, kiedy moja rodzina i ja czuliśmy się bezpieczni i szczęśliwi...
W tamtych czasach bywałam w jadalni wyłącznie pod opiekuńczymi skrzydłami Dot, kiedy ta nakrywała do stołu. Zwykle podawałam jej sztućce, które układała równiutko, i patrzyłam z podziwem, jak jednym zręcznym ruchem nadaje wymyślne kształty serwetkom.
- Śliczne, co? – mawiała, przyglądając się efektom swej pracy. – Ale oni i tak nie zauważą. Gadają tylko bez końca, a ty, człowieku, nie masz zielonego pojęcia o czym. Niektórzy tak się nadymają... myślałby kto, że zaraz pofruną w górę w kłębach dymu. I nic tylko o jakiejś zamierzchłej przeszłości, miejscach i ludziach, o których nigdy nie słyszałaś... A jak się nieraz wściekają!
Potem udawałam się w obchód z Meg. Ścieliłyśmy razem łóżka. Ona zdejmowała pościel, a ja skakałam po piernatach i materacach; uwielbiałam, kiedy nogi zapadały mi się w puch.
Lubiłam jej pomagać.
- “Najpierw nogi, potem głowę i już łóżko jest gotowe” – wyśpiewywałyśmy.
- Zobacz – mówiła Meg. – Trzeba tu bardziej naciągnąć, nie chcesz chyba, żeby im nogi wystawały? Będą takie zimne, jak ten kamień, od którego cię nazwali.
Tak, dobrze mi się żyło; absolutnie nie czułam się pokrzywdzona z powodu braku rodzicielskiego zainteresowania. Mogłam być tylko wdzięczna tym wszystkim egipskim królom i królowym, którzy tak bardzo pochłaniali ich uwagę, że dla mnie już jej nie starczało. Szczęśliwe dni, spędzane na ścieleniu łóżek, nakrywaniu do stołu, asystowaniu pani Harlow przy siekaniu mięsa, ucieraniu puddingów (czasem skapnął mi przy tym jakiś kąsek), wysłuchiwaniu dramatycznych scen z życia niedocenionego pana Dollanda... A kiedy potrzebowałam pociechy, zawsze mogłam ją znaleźć w kochających ramionach niani Pollock.
Słowem – miałam szczęśliwe dzieciństwo i doskonale obywałam się bez rodziców.