Strona główna / Romans / Wyspa pojednania

Aktualności

30.05.2022

PIKNIK NA SKRAJU DROGI I INNE UTWORY z Nagrodą Nowej Fantastyki

Z przyjemnością ogłaszamy, że książka "Piknik na skraju drogi i inne utwory" Arkadija i Borisa Strugackich otrzymała Nagrodę „Nowej Fantastyki” w kategorii Wznowienie Roku.

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Ziobranoc, Europo Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Kłamstwa arabskich szejków Marcin Margielewski
  3. Osiedle Sielanka. Bomba Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Wyspa pojednania

Dorothea Benton Frank

Rozdział 1
Betts

W porannej szarości mojego mieszkania na Manhattanie czaiły się kłopoty niczym złodziej za rogiem. Niedługo zawładną całym moim życiem. Wyczuwałam ich obecność, lecz nie potrafiłam określić, skąd nadciągały. To zresztą nie miało najmniejszego znaczenia. Wiedziałam, że i tak mnie dopadną. Kłopoty zawsze mnie dosięgały i osaczały znienacka, tak doskonale zakamuflowane, że nawet nie czułam ich zimnego dotyku, gdy bezlitośnie spadało na mnie nieszczęście. Jednak tym razem wiedziałam, że coś się święci. Zanim wygramoliłam się z łóżka i spojrzałam na budzik, poczułam drganie w lewym kąciku oka. To pewny znak, budzące strach ostrzeżenie przed nieuchronnie nadciągającą katastrofą. Serce od razu zaczęło mi być szybciej. A może to tylko sen?, pomyślałam z nadzieją.
Chwilę później natrętny dzwonek telefonu zaanonsował początek kolejnego dnia. Moja sekretarka Sandi chciała mnie poinformować o porannym spotkaniu wyznaczonym przez Bena Brutona. No ładnie, zacznę dzień od wizyty w jaskini lwa. A później czeka mnie jeszcze spotkanie ze stadem trajkoczących biznesmenów z Tokio.
Cholera! Bruton wzywał do siebie kierowników jedynie w dwóch przypadkach: albo wręczał wilczy bilet, albo awans. Nie miałam podstaw, aby obawiać się o swoje stanowisko ani też spodziewać się awansu. Od czterech lat zajmowałam się wyceną i restrukturyzacją nieruchomości przejmowanych przez naszą firmę i wierzcie mi, nie nudziłam się nawet przez chwilę.
Nigdy się nie spóźniam, bo zazwyczaj już o szóstej jestem na nogach, a tu proszę, dziś rano wszystko leciało mi z rąk. Naciągając rajstopy od Wolforda, zrobiłam w nich wielką dziurę na stopie, niechcący wsadziłam sobie prosto w oko tusz do rzęs, wylałam herbatę na spódnicę i tak dalej, i tak dalej. W końcu udało mi się wyjść z domu. Stukając obcasami czółenek od Prady, pokonałam szybko drogę do biura, niosąc jednocześnie paczkę czarnej herbaty Tazo, torebkę, „Wall Street Journal” i aktówkę. Stuk, stuk, stuk, słyszałam własne kroki odbijające się od różowej, złotonakrapianej, granitowej podłogi w holu. Kątem oka spostrzegłam ruszającego do akcji Dennisa Bakera. Szedł w moją stronę pewny siebie niczym prywatny detektyw. Wiedział, że już go zauważyłam. Dlaczego on zawsze za mną łazi? Na jego widok cierpła mi skóra. Wskoczyłam do pustej windy, lecz natręt zdołał wślizgnąć się tam za mną i znalazłam się w potrzasku.
– Świetnie dziś wyglądasz. To nowa sukienka? – zapytał, emanując taką ilością testosteronu, że wystarczyłaby do zdobycia wszystkich kobiet w promieniu dziesięciu kilometrów. Prócz mnie.
– Dziękuję – odpowiedziałam niechętnie, unikając jego wzroku.
Dennis oparł się o ścianę, włożył ręce do kieszeni spodni i za wszelką cenę starał się zrobić oszałamiające wrażenie.
– Mogę cię o coś zapytać?
– Słucham.
– Dlaczego nie zwiążesz się z kimś, kto potrafiłby o ciebie zadbać? Boisz się zaangażować?
– Dennis, tu nie chodzi o pieniądze – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy bez cienia sympatii. – Tu chodzi o przetrwanie. Od kiedy to interesujesz się moim życiem?
To nie do wiary! Dennis Baker niemal obmacywał mnie swoimi obrzydliwymi oczkami, wyraźnie nie przyjmując do wiadomości, że nie bawi mnie jego towarzystwo. Sądził zapewne, że wiodę słodkie życie, bo dobrze zarabiam. Co za kretyn! Swoją drogą to ciekawe, jak to jest mieć furę pieniędzy?
– Obserwuję cię od jakiegoś czasu. Zastanawiam się, czy... – urwał, po czym dodał z przenikliwością, która zapewne miała zrobić na mnie ogromne wrażenie: – Czy nie chodzi tu o pozycję w firmie? Zastanawiam się wciąż, czemu tak ciężko pracujesz i dlaczego ciągle jesteś samotna? Może się boisz, że związek mógłby cię rozproszyć i straciłabyś siłę przebicia? Czy mam rację?
– Nieeee – burknęłam, chcąc jak najszybciej zakończyć tę irytującą rozmowę. Stałam bez ruchu w kącie windy i gapiłam się bez słowa na zmieniające się na wyświetlaczu czerwone numery pięter, od trzydziestego ósmego do siedemdziesiątego. W duchu mówiłam sobie, że nie chodzi o pozycję w firmie. Chodziło wyłącznie o przetrwanie. Kobieta w tej branży nie miała łatwego życia. Zawsze musiała się lepiej przygotować, posiadać lepsze kwalifikacje i w ogóle być dwa razy lepsza od mężczyzn pod każdym względem. Drzwi windy rozsunęły się i wysiadłam, pozostawiając Dennisa samego, by mógł zjechać na swoje piętro.
(...)

Ben stał odwrócony do mnie tyłem i patrzył przez ogromne, sięgające podłogi okno gdzieś wysoko nad Rock Center. Wyglądał niczym posiadacz lustrujący swoje włości. Choć nie miał jeszcze czterdziestu lat, był jednym z najbardziej wpływowych ludzi świata finansjery. Zdawał sobie z tego sprawę, lecz nie osiadł na laurach. Każdy, najdrobniejszy nawet detal transakcji finansowych podlegał szczegółowej analizie i musiał uzyskać jego akceptację. Bruton kontrolował wszystkie sprawy w firmie i wizyta w jego gabinecie napełniała pracownika jednocześnie podnieceniem i strachem.
– Chciał mnie pan widzieć?
Odwrócił się i, co rzadko się zdarzało, uśmiechnął do mnie.
– Tak, Betts... Czy mogę tak się do ciebie zwracać?
– Oczywiście. – Zaczęto nazywać mnie Betts – zdrobnienie od Elizabeth – kiedy miałam sześć lat.
Nigdy nie cofałam się przed wyzwaniami i do tej pory zawsze wygrywałam. W tej właśnie chwili powieka zadrgała mi szczególnie mocno i moje poczucie własnej wartości zachwiało się niebezpiecznie. Coś w głębi duszy mówiło mi, że pewność siebie i nonszalancja właśnie mnie opuściły, udając się w długą podróż do innego układu planetarnego.
– Usiądź, proszę. – Bruton przeszedł za swoje biurko i wskazał mi jedno z dwóch obitych zieloną skórą krzeseł po drugiej stronie. – Napijesz się kawy czy może czegoś zimnego?
– Nie, dziękuję.
– Dobrze. A zatem... Poprosiłem cię dzisiaj, gdyż od dłuższego już czasu obserwuję, jak sobie radzisz. Muszę przyznać, że udało ci się ożywić i doprowadzić do rentowności nawet te firmy, z których moi wspólnicy dawno by zrezygnowali.
– Dziękuję, panie prezesie.
– Betts, nie nazywaj mnie tak. Jesteśmy przecież niemal w tym samym wieku.
– Dobrze – zamilkłam na chwilę – panie Bruton.
– Ben, jeśli mogę zaproponować.
– Ben.
– A zatem, do rzeczy. Firma wyposażająca wnętrza – cudowna robota. Korporacja taksówkowa – majstersztyk. Potyczki z Wydziałem Obsługi Taksówkarzy to nie robota dla mięczaków.
– To prawda. – Niemądrze pozwoliłam sobie na rozluźnienie. – Miejska biurokracja to nie bułka z masłem.
Bruton usadowił się wygodniej w fotelu i patrzył na mnie z zagadkowym wyrazem twarzy. Zapewne zastanawiał się, jak kobieta w moim wieku potrafiła dogadać się z najtrudniejszym we współpracy wydziałem miejskim. Zachichotałam cichutko i on też niemal się roześmiał. Opanował się jednak, więc zapytałam:
– Ben, zastanawiasz się pewnie, jak dziewczyna z Południa daje sobie radę z tymi ważniakami z urzędów miejskich?
– Istotnie, skoro już poruszyłaś ten temat...
– Tak też myślałam. Dobrze się uczę i zawsze odrabiam lekcje. Kobieta z Południa potrafi być czarująca, a gdy przeciwnik zostanie już rozbrojony... Rozumiesz, o co mi chodzi, prawda?
– Tak, rozumiem. I dlatego właśnie wybrałem cię spośród innych kandydatów do projektu, od którego będzie zależeć twoja dalsza kariera.
– O?!
– Pochodzisz z Charlestonu w Karolinie Południowej, prawda?
– Ach... tak. – Powieka zadrgała mi tak gwałtownie, że musiałam przytrzymać ją palcami. Skąd to wiedział? Przecież wszystkim opowiadałam, że jestem z Atlanty.
– Dobrze się czujesz?
– Tak, wszystko w porządku – zapewniłam, choć w rzeczywistości tak nie było. Właśnie ogarniało mnie przerażenie.
– To dobrze, ale czy znasz tamte okolice?
– Jak wszyscy, którzy tam się urodzili. O co chodzi?
– Chodzą słuchy, że ktoś z władz stanowych lub federalnych negocjuje z dużym miejscowym deweloperem budowę ekskluzywnego zamkniętego osiedla w miejscu zwanym Wyspą Bulla. Słyszałaś o tej wyspie?
Na te słowa omal nie spadłam z fotela.
– To niemożliwe. To rezerwat przyrody The Cape Romain National Park Wildlife Refuge.
- Już nie.
To nie może być prawda, pomyślałam.
– Już nie? Przecież to ścisły rezerwat. Nie można tam nawet biwakować. Pomijam fakt, że i tak nikt nie odważyłby się tego uczynić...
– To ciekawe. Ponieważ planujemy zainwestować tam mnóstwo pieniędzy, trzykrotnie więcej niż kiedykolwiek wyłożyliśmy na jakikolwiek projekt, chciałbym wiedzieć, dlaczego nikt nie chciałby tam nocować?
– Na przykład z uwagi na żyjącego tam olbrzymiego aligatora.
– Aligator gigant. – Bruton chrząknął. – Jest aż tak nieprzyjemny?
– To największy zarejestrowany aligator w kraju. Ma już ponad pięć metrów długości i ciągle rośnie.
– Powinniśmy założyć, że ma rodzinę i przyjaciół, prawda? – Bruton uśmiechnął się pod nosem zupełnie jakby chciał stanąć oko w oko z potworem. To nawet byłoby ciekawe, pomyślałam złośliwie.
– Całe stada, a do tego dochodzą insekty. – Czułam, jak pot spływa mi po plecach.
– Jest ich tam pewnie mnóstwo, ale można temu zaradzić.
– To prawda. Chemia zniszczy wszystko.
– No cóż. Interes został już ubity i trzeba go przypilnować. Nie możemy wysłać tam Jankesa. Potrzebujemy, jak to się mówi, piękności z Południa. Będziesz współpracować z Langley Development i ...
A niech to! Po usłyszeniu nazwy firmy nic już do mnie nie docierało. Jeszcze chwila, a zemdleję. A jeśli nie, to z pewnością zwymiotuję. Cholera! Tego też nie mogę zrobić u szefa! To może po wyjściu stąd, później! „Langley”, huczało mi w głowie. Nie, nie mogłam przyjąć tej pracy w Charlestonie. To niemożliwe. To się nie dzieje naprawdę! Jeżeli tam pojadę, to będę musiała stawić czoło całej swojej rodzinie, a także – o zgrozo – J.D. Langleyowi i jego matce, Louisie. Całej tej bandzie, która mną pogardzała. A J.D. najbardziej ze wszystkich. Nie! Pod żadnym pozorem nie przyjmę tej propozycji! Nie wrócę tam! Nie mogłabym ponownie żyć wśród nich. Całe moje jestestwo przeciwstawiało się temu pomysłowi.
Z drugiej strony to przecież okazja, o której marzyłam, od chwili gdy podjęłam pracę w ARC Partners, moja wielka szansa. Jeżeli mi się powiedzie, dostanę wielką prowizję, lepszy gabinet i zapewne jakiś fajny tytuł, na przykład wiceprezesa, a może wspólnika? A to zmieniłoby całe moje życie.
Zauważyłam, że Bruton przestał mówić. Czekał, aż się otrząsnę. Niezadowolony zmarszczył brwi, zapewne zdziwiony moją reakcją. Nie mógł przecież wiedzieć, że ta propozycja rozbudziła dawne emocje i wywołała we mnie strach.
– Przepraszam – powiedziałam.
– Czy słyszałaś, o czym mówiłem? Zdawało mi się, że się wyłączyłaś.
– Tak, słyszałam... ale nie wszystko. Widzisz, Charleston to nie jest najlepsze miejsce dla mnie i nie chodzi jedynie o miasto. Nie byłam tam prawie dwadzieścia lat...
– Czy to znaczy, że nie jesteś zainteresowana?
– Nie! – zaprzeczyłam gwałtownie. – Oczywiście, że jestem zainteresowana... Tylko... muszę sobie to wszystko poukładać. Nigdy nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek tam wrócę. Muszę się zastanowić, jak zorganizować sobie pracę. To nieco skomplikowane.
– Betts, nie mamy czasu na rozmyślania. Jeżeli będę musiał wybrać kogoś innego, chcę wiedzieć to teraz.
– Zgoda! Naprawdę cieszę się z tej propozycji, panie Bruton, to jest Ben. Naprawdę. Zgadzam się i już mi się to podoba!
Mój szef znów zastygł w bezruchu i patrzył na mnie przez przeraźliwie długą chwilę. Widziałam, że zastanawia się nad tym, jak w ogóle można się wahać przed przyjęciem tak wspaniałej propozycji.
– Dobrze – odezwał się w końcu tonem człowieka słabo przekonanego do tego, co mówi.
Pewnie uznał, że nie jestem idealną kandydatką, a w firmie nie było tajemnicą, że zarówno Bruton, jak i cały zarząd ARC Partners pogardzali słabeuszami. A teraz wyglądało na to, że Ben zastanawiał się, czy nie popełnił błędu, wybierając właśnie mnie. To mogło zmienić jego stosunek do mnie, zakwestionować moje kwalifikacje, oddanie firmie i całą moją karierę. Co ja najlepszego zrobiłam?!