Strona główna / Literatura światowa / Dyscyplina

Aktualności

12.07.2019

Spotkanie z Manuelą Gretkowską w Łodzi

W sobotę 27 lipca o godz. 17.00 zapraszamy do Domu Literatury w Łodzi (ul. Roosevelta 17) na spotkanie z Manuelą Gretkowską, autorką książki "Trudno z miłości się podnieść".

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja" i "Materiał ludzki".

Posłuchaj i zobacz

18.06.2019

Jak kochali powstańcy?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Agnieszki Cubały "Miłość '44. 44 prawdziwe historie powstańczej miłości".

Bestsellery

TOP 20

  1. Trump pod ostrzałem Michael Wolff
  2. Niebieska sukienka Grażyna Jeromin-Gałuszka
  3. Materiał ludzki Piotr Borlik

Fotogaleria

więcej »

Dyscyplina

Paco Ahlgren

Jeszcze w Durango jako dziecko zdawałem sobie sprawę, że Jack medytuje i oddaje się innym wschodnim praktykom, lecz nigdy nie zadałem sobie trudu, by dowiedzieć się od niego czegoś więcej. I to z dwóch powodów. Po pierwsze, wiedziałem, że szanse wydobycia z Jacka poważnej odpowiedzi graniczą z zerem. A po drugie, nie interesowało mnie to. Uważałem takie praktyki za dziwactwa – zwłaszcza że parał się nimi właśnie Jack. Teraz jednak zmieniłem zdanie na temat filozofii Wschodu i coraz bardziej ciekawiło mnie, co doprowadziło do niej Jacka.
Moja ciekawość miała również inne podłoże: kokaina pozbawia biorącego apetytu; gdy ją odstawiłem, zacząłem dużo jeść, by stłumić głód narkotyków i alkoholu, a poza tym ciągle byłem głodny. Jadłem, co chciałem, kiedy tylko naszła mnie ochota, i nie uprawiałem żadnych sportów.
Więc przytyłem.
Nie byłem jeszcze grubasem, ale na pewno przestałem być chudy. Jack oczywiście uważał, że to najzabawniejsza rzecz w całej historii wszechświata, i dawał mi to do zrozumienia na każdym kroku.
Zacząłem zdawać sobie sprawę, że jeśli naprawdę mam znaleźć w życiu równowagę, muszę ćwiczyć nie tylko umysł, ale i ciało, więc postanowiłem wrócić do formy. A ponieważ Jack zdawał się tak skory do obraźliwych docinków na temat moich zbędnych kilogramów, uznałem, że pomoże mi je zrzucić.
Pewnego popołudnia spotkaliśmy się na partię szachów i lunch w tajskiej restauracji w pobliżu jego biura w centrum miasta. Kiedy ustawialiśmy bierki na szachownicy, powiedziałem:
–Chcę cię o coś zapytać. Czuję się trochę głupio, więc naprawdę chciałbym, żebyś spróbował odpowiedzieć bez błaznowania, okej?
–Mogę spróbować. – Pokiwał entuzjastycznie głową, otwierając szeroko oczy z niewinnym zaciekawieniem.
Wziąłem głęboki oddech i zacząłem ostrożnie:
–Chodzi o sztuki walki.
–Tak?
–Dobra, nie mam na myśli tych naparzanek w filmach, bo to szajs. Chodzi mi o coś więcej. Sztuki walki wywodzą się z taoizmu, racja?
–Owszem, większość z nich… przynajmniej do pewnego stopnia – odparł.
–Studiowałeś taoizm?
–Przeczytałem parę książek, jeśli o to ci chodzi.
–Parę to znaczy ile?
–A ja wiem? Sporo. Do czego zmierzasz?
–Robisz mnóstwo z tych rzeczy, nie? Medytujesz i tak dalej.
–Nie wiem, czy przypisałbym medytowanie do kategorii robienia czegoś, ale tak.
–No bo ja też chcę zacząć. Pomożesz mi?
–Dlaczego?
–Nie wiem. Chyba chcę po prostu wrócić… do formy.
Tak jak było do przewidzenia, zrobił durną minę. W końcu powiedział:
–Nie wolałbyś nauczyć się grać w badmintona albo krykieta? Jesteś dosyć gruby.
–Wiesz co, Jack, daj mi spokój. Przynajmniej próbuję coś na to poradzić.
–Jakoś tego nie widzę. Dziwię się tylko, że możesz w ogóle jeszcze ruszać salcesonami, którymi obrosły ci nogi.
–Słuchaj, do cholery, pomożesz mi czy nie?
–Nie.
Właśnie w tej chwili przez salę przeszła piękna kobieta. Jack śledził ruch jej pośladków.
–O mój Boże… – Rozdziawił usta, odwracając za nią głowę.
Pstryknąłem mu palcami przed nosem.
–Hej! Jack!
–Co? – powiedział, nie odrywając wzroku od pupy kobiety.
–Odpowiedz na pytanie.
–Już to zrobiłem.
–No to przynajmniej wyjaśnij, dlaczego mi nie pomożesz.
Odwrócił wzrok, wyraźnie rozdrażniony.
–Dobra, powiem ci. Bierzesz lekcje pierdzenia?
–Nie wydurniaj się, proszę. Błagam!
–Odpowiedz.
Zaplotłem ręce na piersi.
–O czym ty gadasz, do cholery?
–Czy uczysz się, jak należy odpowiednio popuszczać gazy? – Był zupełnie poważny.
–Nie, Jack, nie chodzę na kurs pierdzenia.
–Dlaczego?
Westchnąłem.
–Jezu. Dobra, nieważne. Nie było tematu.
–Chcesz, żebym ci to wyjaśnił, czy nie?
Popatrzyłem na niego w milczeniu.
–Dobra, spróbujmy jeszcze raz. Dlaczego nie chodzisz na zajęcia z puszczania bąków?
–Cały czas musisz być taki ordynarny? I skąd u ciebie ta fascynacja gazami?
Zignorował moje pytania, rozkładając ręce niczym trener wyjaśniający taktykę przed kluczowym meczem.
–Okej, oto odpowiedź: nie chodzisz do szkoły pierdzenia, ponieważ umiesz to robić instynktownie. Kiedy musisz odpierdnąć, po prostu unosisz półdupek i wypuszczasz z siebie gazy. To naturalne. – Podrapał się po głowie. – Z taoizmem jest tak samo.
–Nie mogę uwierzyć, że właśnie porównałeś taoizm do puszczania bąków.
–Czemu?
–Nieważne, Jack, zapomnij o tym. Chciałem tylko wiedzieć, czy mi pomożesz.
Pochylił się do przodu, błyskając oczami. Jego głos zrobił się jakby inny, bardziej poważny i bezpośredni.
–Pomagam ci, ale ty nie chcesz tego dostrzec.
–Jak? Porównując taoizm do pierdzenia?
Pokręcił głową.
–Tao jest w tobie. Nie potrzebujesz lekcji.
–Czemu nie?
–Nie mogę ci teraz pomóc. Uwierz mi na słowo. Nie nauczysz się niczego z książek ani na kursach. To musi wynikać z twoich związków ze światem. Wszystkie te inne dyrdymały, tai-chi i joga, to tylko puste słowa. Rzeczywiste Tao musi pochodzić z doświadczenia, z bezpośredniego przeżycia.
Zamyśliłem się i coś mnie tknęło.
–Dziwne, że nigdy wcześniej na ten temat nie rozmawialiśmy.
–Wiesz, jakoś nigdy się nad tym nie zastanawiałem! Nigdy też nie rozmawialiśmy o cienkiej warstewce tłuszczu między jądrami a odbytem u kaczki. Jakież to dziwne.
–Kaczki nie mają jąder, Jack.
–Owszem, mają.
Zgromiłem go wzrokiem.
–O czym tu niby gadać, do cholery? – powiedział wreszcie. – Każdy, kto usiłuje ci wmówić, że to rozumie, plecie głupoty.
–I nie dziwi cię, że czytam ostatnio dużo o filozofiach Wschodu, o których mnóstwo wiesz, ale nigdy o tym nie rozmawialiśmy?
–Myślę, że robisz z igły widły. – Po chwili dodał: – À propos książek, masz jakieś wieści od tego swojego kumpla, Jeffersona?
–Nie.
–Ale wciąż opłaca twoje wszystkie rachunki i tak dalej?
–Owszem.
–Co za dziwak. Próbowałeś go odszukać?
–Owszem, lecz nie natrafiłem na żaden ślad. Zupełnie jakby w ogóle nie istniał.
–Kurczę, podoba mi się jego styl! – roześmiał się. – Gość po prostu oddał ci swój cholerny dom! Chętnie bym poznał tego szurniętego skurczybyka!
–Pewnie przyjmiesz to z bólem, ale myślę, że przypadlibyście sobie do gustu.
–Wątpię – prychnął.
Otworzyłem usta, żeby dobitnie dać wyraz temu, jak bardzo irytuje mnie samo jego istnienie na tym świecie, gdy coś mnie powstrzymało. Wyprężyłem grzbiet, wciągając powietrze w płuca. Ogarnęło mnie złe przeczucie i bacznie potoczyłem wzrokiem po sali. Coś było nie tak…
Jack pochylił się nad stołem, oczy mu rozbłysły, jakby to on był odpowiedzialny za to, co się dzieje. Ściszonym głosem powiedział:
–To przychodzi swobodnie, bez wysiłku. Nie mogę cię tego nauczyć.
Uspokoiłem się, mój oddech i bicie serca stały się powolniejsze. Ktoś specjalnie to robi, uznałem. Nie miałem żadnych wątpliwości.
Spojrzałem na Jacka, a on pokiwał powoli głową.
Parę osób płaciło rachunek przy kasie. To nie oni. Inna grupa wychodziła z restauracji, lecz jakimś sposobem zorientowałem się, że oni też nie mają z tym nic wspólnego. Co to takiego…?
Na salę jakby w zwolnionym tempie wszedł mężczyzna i nie wiedzieć czemu uzmysłowiłem sobie, że to właśnie on. Był zadbany i elegancki, jedną rękę trzymał pod połą beżowego prochowca włożonego na dobrze skrojony garnitur. Potoczył dzikim wzrokiem po restauracji.
–Witam wszystkich! – zawołał. – Jak się dzisiaj macie?
Kobieta przy stoliku obok nas zerwała się z krzesła zaskoczona. Inni ludzie wymienili zdumione spojrzenia.
–Szukam Uzdrowiciela! Czy ktoś go widział?
Słowa spadły na mnie niczym blok lodu. Włosy zjeżyły mi się na głowie. Mężczyzna buchnął salwą wariackiego śmiechu.
Oczy Jacka były bardzo ożywione, a moje zmysły tętniły w stanie podwyższonej czujności. Obaj wstaliśmy bez słowa i ruszyliśmy w kierunku baru.
Nie widziałem, co robił w tym czasie mężczyzna w prochowcu, ale jakimś sposobem byłem świadomy jego każdego ruchu. Wyczułem, że popełniłbym błąd, gdybym się odwrócił, więc po prostu szedłem razem z Jackiem dalej.
–Czy ktoś widział Uzdrowiciela? – Znów zarechotał, a potem z upojnym entuzjazmem gospodarza teleturnieju zawołał: – O, tutaj jest!
Ludzie zaczęli krzyczeć, a ja odwróciłem głowę, obserwując mężczyznę kątem oka. Wyciągnął spod płaszcza obrzyn i wycelował prosto w nas. Jack i ja jak na komendę daliśmy nura za bar, lądując na twardej podłodze, tuż zanim huknęły dwa strzały.
Grad śrutu porozbijał butelki i lustro za barem. Barmanka przycupnęła w kącie, trzęsąc się i wytrzeszczając oczy ze strachu. Uśmiechnąłem się łagodnie, próbując ją pokrzepić. I wtedy coś mnie tknęło: Skąd we mnie tyle siły? W ogóle się nie bałem.
Zdawało się, że wszystko znowu zwolniło, i zobaczyłem, jak Jack czołga się na koniec baru. Wciąż siedziałem w kucki, w odbiciu kawałka rozbitego lustra obserwowałem mężczyznę z obrzynem.
Zewsząd dobiegały jęki i stłumione okrzyki, które ucichły nagle, gdy szaleniec odezwał się słodkim głosem, rytmicznie wymawiając każde ze słów:
–Jesteś… już… martwy, Uzdrowicielu!
Przeszedł wolnym krokiem przez salę, przystanął i popatrzył na kobietę, która kuliła się na podłodze. Otworzył zamek, wysunął puste łuski, sięgnął do kieszeni i załadował do komór dwa nowe naboje. Zatrzasnął zamek.
Kobieta pisnęła ze strachu.
–Jak się pani dziś miewa? – zapytał. – Zna pani Uzdrowiciela? – Uśmiechnął się do niej obłąkańczo, przekrzywiając głowę. – Myśli pani, że byłoby mu pani żal, gdybym zrobił coś złego? – Na jego twarzy pojawił się grymas udawanego współczucia.
–Nie! – krzyknąłem.
Mężczyzna wycelował obrzyn w twarz kobiety i nacisnął spust. Jej głowa eksplodowała, zasnuwając się czerwoną mgiełką. Kawały krwawego mięsa i tkanki mózgowej plasnęły na pobliski stół, a bezgłowe zwłoki runęły na podłogę. Z urwanej szyi siknęła krew.
Szaleniec zawył z zadowolenia.
–O tak! Będziesz następny, Uzdrowicielu!
Spokój ducha powrócił, zalewając mnie niczym wodospad, zastępując wściekłość i strach obojętnym odrętwieniem. Mój umysł chciał rozpamiętywać horror zbrodni, lecz coś potężniejszego na to nie pozwoliło. Usiłowałem zrozumieć swoją apatię. Chciałem coś poczuć, cokolwiek.
Konflikt zszedł na dalszy plan, zastąpiony nową myślą: Zrobił to, żeby mnie sprowokować… chce, żebym mu się ukazał. Odepchnąłem myśl o śmierci kobiety i czekałem.
Wyczucie czasu jest teraz najważniejsze, przyszło mi do głowy nie wiadomo skąd, jakbym usłyszał czyjś głos. Wiedziałem, że kilka następnych sekund rozstrzygnie, czy przeżyję, czy zginę.