Strona główna / Literatura polska / Niezwykłe przygody Roberta Robura

Aktualności

08.07.2020

Spotkanie z Wiktorem Krajewskim w Warszawie

We wtorek 21 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Restauracji Endorfina Foksal w Warszawie (ul. Foksal 2) na spotkanie z Wiktorem Krajewskim, autorem książki "Chciałbym nigdy cię nie poznać".

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.06.2020

Przemysław Staroń o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia

Zapraszamy do obejrzenia nagrania w którem Przemysław Staroń (Nauczyciel Roku 2018) opowiada m. in. o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia.

Bestsellery

TOP 20

  1. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston
  2. Aksamitka Grażyna Jeromin-Gałuszka
  3. Franka. W obcym domu Wioletta Sawicka

Fotogaleria

więcej »

Niezwykłe przygody Roberta Robura

Mirosław Nahacz

ROZDZIAŁ 11

W którym naczynia połączone się rozdzielają

- SuE! Połóż ją na ziemi. Pokaż swoje ręce. Pokaż ręce. Połóż ją na ziemi i pokaż ręce - powtarzał funkcjonariusz z każdym swoim krokiem. Robur nie drgnął, jakby krew skleiła go z Joanną i wydawało mu się, że im łysy facet jest bliżej, tym czas wolniej płynie. Bał się, że za chwilę może zatrzymać się zupełnie. Mirosław Kryzys w wyciągniętej przed siebie dłoni trzymał pistolet i celował w sam środek czoła Roberta.
Ten cień, Robur go widział, jak muska Joannę - „Kto mógł być tak szybki?” - myślał - rozmył się.
Kilka dni temu Robur mógłby powiedzieć: „Poza pogrzebem nigdy nie widziałem martwego człowieka” - a teraz był cały w jej krwi i widział ten moment, widział tajemnicę, jakby dwie sekundy obok siebie dzieliła cała wieczność. W jednej sekundzie źrenice Joanny były źrenicami Joanny, w drugiej nie było już Joanny, tylko martwe ciało, z którego wypływa krew.
Robur był bezsilny i wściekły i kiedy poniósł głowę i popatrzył prosto w oczy funkcjonariusza, Mirosław zobaczył w jego spojrzeniu furię trzymaną w ryzach, które pękają.
Kryzys był przekonany, że będzie musiał go zabić.
„Gdybym złapał go wtedy, w Drummondzie, ona by żyła” – myśli, a jego palec, ten na spuście, drga.

Mirosław w tej sekundzie przekonany jest, że znalazł brakującą część łamigłówki. Nie zna jeszcze odpowiedzi, lecz wierzy, że Robur odpowie na pytania.
Dlatego nie naciska spustu.
Ale coś się przecież musi wydarzyć.
Mirosław był tak skupiony na Roburze, Robur natomiast na lufie pistoletu, że wydawało im się, jakby na świecie istnieli tylko oni.
Następna sekunda rozmyła to złudzenie.
Mirosław rzucił się w lewo i owszem, pociągnął za spust, ale kula nie trafiła w Robura. Za kierownicą auta, które wjechało w przystanek i niemal przetrąciło mu kark, zauważył dziewczynę.
„Przecież komunikat podawał, że ją złapali?” - myśli.
Mirosław usiłował się podnieść, ale coś musiało się stać, coś z jego ciałem, leżał i nie potrafił się podnieść, chciał, chciał biec za samochodem, biec, zatrzymać inne auto, skonfiskować i ruszyć w pościg, chciał złapać jego i ją. Ale nie potrafił się ruszyć i na przekór wszystkiemu w powietrzu było coraz więcej czerni, coraz więcej, on mówił sobie: „Musisz wstać, nie poddawaj się staruszku, dalej”, ale czerni zrobiło się tak dużo i była tak ciężka, że po prostu zaczął spadać, jakby nagle chodnik, na którym leżał, okazał się pokrywą lodu, która nie wytrzymała, i Mirosław opadał teraz, opadał gdzieś, na samo dno…

*

W Kompleksie Drummonda, niedaleko wjazdu, Małgorzata von Ungier czekała na sygnał.
Zaparkowany obok samochód grzał silnik. Kierowca w środku czekał na znak, Małgorzata czekała na znak od Matheo DeZi.
Wiedziała, że niedługo nadjadą. „Skąd Matheo to wszystko wie?” - myśli.
Kierowca pracował w branży telewizyjnej. Był wyśmienitym kaskaderem, specjalizował się w wypadkach samochodowych.
DeZi tłumaczył jej: „On nie może zginąć, nie ma takiej możliwości, coś mu się stanie, ale z pewnością nie zginie, wtedy wszystko musiałoby się skończyć. Niech wjedzie w nich w taki sposób, żeby po prostu mieli wypadek, on musi czuć, że cudem uniknął śmierci, to mu jest naprawdę potrzebne”.
Małgorzata nie rozumiała, jednak po spotkaniu z Roburem DeZi wydawał się odmieniony i mówił wiele dziwnych rzeczy.
Miała po prostu dać znać. Było jej zimno. Nudziła się.

*

- Wsiadaj - krzyczała Maja i nie miał nawet czasu pomyśleć, skąd się tu wzięła.
Funkcjonariusz walczył ze słabością obok przystanku, w każdej chwili mógł się podnieść i strzelić po raz drugi. Robur wskoczył przez okno, ona błyskawicznie wrzuciła wsteczny, wycofała, zakręciła na ręcznym, spaliła opony i wystartowała. Zawijka i ewakuacja.
Była równie mocno roztrzęsiona, jak Robur ubrudzony krwią. Jej usta drżały. W lusterku Robur zobaczył, że jadą za nimi dwa auta.
Samochody są coraz bliżej.
- Zapnij pas i złap się czegoś - powiedziała Maja. Na następnym skrzyżowaniu znowu zrobiła sztuczkę z ręcznym. Ale tamci też tak umieli.
- Skąd się tu wzięłaś? - zapytał Robur.
- Później. Chwilę temu musiałam kogoś zabić, daj mi spokój. Mów, co wiesz? Co powiedział DeZi? Z tyłu masz przenośny ekran. Zdążyła ci powiedzieć? Dostałeś to, co dla ciebie miała? - wyrzucała z siebie Maja.
Robur przypomniał sobie ostatnie słowa Joanny: „Tam, gdzie się urodziłeś”.
- Nie zdążyła nic powiedzieć. Ale coś mi dała – odpowiedział.
- Zobacz, co na niej jest. Jeśli nas złapią, zniszcz.
Załadował płytkę do odtwarzacza. Pościg był coraz bliżej, tylna szyba wybuchła, schylił więc głowę.
- Co powiedział DeZi? - zapytała Maja.
Robur czekał, aż procesor obliczy co trzeba, a ekran wyświetli treść pliku. Mówił szybko:
- Matheo wierzy, że tylko ja jestem w stanie napisać ostatni odcinek, nic nie mówił, bełkotał, po prostu muszę napisać ostatni odcinek. „Jesteś w stanie”, mówił mi, „tylko ty jesteś w stanie”; zupełnie bez sensu, wyciągnął mnie wczoraj z łóżka i wszystko musi się dziać dlatego, że jemu się wydaje… Boże…
- Ale zgodziłeś się? Dlaczego? Mogłeś odmówić.
Robur pomyślał o słowach DeZi, kiedy ten wspomniał o ojcu.
- Nie, nie mogłem. Musiałem się zgodzić - powiedział.
Na ekranie pojawił się napis: Kim jesteś?
Wewnętrzny głos odezwał się: „Wpisz Robert Robur. Króliczek” i tym razem zrobił to tak cicho i subtelnie, że Roburowi wydawało się po prostu, że tak pomyślał.
I nie zastanawiał się, tylko wystukał: „Robert Robur. Króliczek”.
Z głośniczków usłyszeli krótkie: - Hurrrra! - a na ekranie zobaczył uśmiechniętego Abla Zimmermana stojącego przed mapą.
Kiedy profesor pokazał wskaźnikiem pewien punkt poza ZONĄ, Robur po prostu nie mógł w to uwierzyć.
Końcówka wskaźnika zatrzymała się w miejscu, które doskonale znał. Urodził się tam. Spędził tam dzieciństwo.
Z głośniczków laptopa usłyszeli:
- Odpowiedź jest tam, gdzie zaczęły się pytania.
Robur poczuł się tak, jakby jego ciało nic nie ważyło.
Krótki filmik skończył się i zaczął lecieć od początku.
Maja powiedziała:
- Muszę ci coś powiedzieć…
Jedno z goniących ich aut niemal dotykało już tylnego zderzaka. Tamci nie strzelali, chcieli ich żywcem. Robur poznał po ich mordach, że to funkcjonariusze. Ścigało ich SuE, więc gdzie mogli uciec? Maja gwałtownie skręciła we wjazd do Drummonda. Wjechała pod prąd w jednokierunkową, wprost w rozszalałe klaksony nadjeżdżających z przeciwka aut. Jeden z radiowozów czołowo zderzył się z żółtym samochodem. Robur poczuł się tak, jakby to on zabił tych ludzi, którzy siedzieli w środku.
- Nie wiesz o sobie wszystkiego… - cedziła przez zaciśnięte zęby Maja. - Kurwa, musimy go zgubić!
Zjechali z jednokierunkowej w szeroką dwupasmówkę. Byli już w Drummondzie. Radiowóz znalazł się teraz tuż obok nich. Maja gwałtownie zwolniła, samochód funkcjonariuszy wystrzelił do przodu, był przed nimi. Przyśpieszyła, skręciła kierownicę i wyglądało tak, jakby bardzo delikatnie dotknęła swoim zderzakiem miejsca tuż nad prawym kołem radiowozu.
To wystarczyło, radiowóz wpadł w poślizg, obrócił się, ktoś inny nie zdążył zahamować i wpadł centralnie w auto funkcjonariuszy. Usłyszeli huk. Maja przyspieszyła, zjechała z dwupasmówki i wpadli w gąszcz uliczek słabo oświetlonego Kompleksu Drummonda.
„Udało się” - pomyślała Maja. Ona była roztrzęsiona, Robur wyczerpany.
- Nie wiesz wszystkiego o sobie - powiedziała.
Robur nie odzywał się, ale brak jego słów zabrzmiał, jakby powiedział: „No dalej, powiedz to”.
- Matheo DeZi zaproponował ci napisanie scenariusza ostatniego odcinka, bo wie, że tylko ty potrafisz. I nie myli się. Tylko ty potrafisz, bo ty napisałeś też wszystkie inne…
Robur poczuł, że twarz wykrzywia mu uśmiech. Bał się, że w jakiś niewytłumaczalny szalony sposób może okazać się to prawdą.
- Mówiłam ci, że Zimmerman wynalazł narzędzie. Ty jesteś tym narzędziem. To ty jesteś wzorem, jego nową metodą na napisanie „Wściekłości i wrzasku”. Ty napisałeś pierwszy odcinek z Klemensem Arcyzłym. Ty napisałeś też ostatni.
Robert Robur poczuł się tak, jakby większa część jego życia właśnie okazała się kłamstwem.
- Co ty mówisz… co ty… - mamrotał.
- Widziałam cię przy tym kilkanaście razy. Przychodziłam do kafejki i patrzyłam przez szybę. Za każdym razem byłeś w transie. Nic nie pamiętasz… Abel wszystko zorganizował… Nic nie pamiętasz, byłeś w transie i…
- Kurwa mać, w jakim tran… - nie kończy i nie wie, czy najpierw to słyszy, widzi czy czuje wstrząs? Wszystko naraz? Przecież coś musi być pierwsze. Inny samochód o nich zawadził? Czy oni zawadzili o coś innego? Robur tego nie wie.
Przypadek?
Ale czy aby na pewno?
Maja odbija w prawą, stara się opanować ślizg, kręci kierownicą, ale ich auto wzbija się właśnie w powietrze, koziołkuje, czesząc snop iskier, Roburowi wydaje się, że na kilkanaście sekund znaleźli się w stanie nieważkości.
Uderzają w jakiś mur i wszystko zostaje zatrzymane. Cisza, która na nich opada, jest tak sugestywna, że Roburowi wydaje się, że zasypia. Widzi przerażone oczy Mai, ona mówi:
- Trzymaj się, zabiorę cię na południe, uda się - i chciałby jej odpowiedzieć: „Nie przejmuj się, to nic, tylko chwilę się zdrzemnę i możemy dalej jechać”, ale nie mówi nic, bo nie ma już siły na ani jedno słowo. I zupełnie nie wie, czego ma się trzymać.
Zamyka oczy i to jest takie proste, że aż się uśmiecha.
Robi się bardzo, bardzo cicho.
Wszędzie.
„Trafiony - zatopiony” - myśli Małgorzata von Ungier, zadowolona, że wreszcie może sobie gdzieś pójść.
(...)