Strona główna / Literatura faktu, historia / Do zobaczenia w piekle. Kresowa apokalipsa: Ukraina, Polska, Białoruś, Łotwa

Aktualności

26.10.2020

Najlepsza książka na jesień!

Z radością informujemy, że książka "Osiedle Sielanka. Nieznajoma" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk zdobyła nagrodę czytelników na najlepszą książkę na jesień 2020 w głosowaniu organizowanym przez serwis Granice.pl.

Wywiady

10.09.2020

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

26.11.2020

Czy prawdą jest, że kto usłyszy dźwięk wrzeciona kikimory, ten umrze?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Śreżoga".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska wendeta Tanya Valko
  2. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  3. Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca Lucyna Olejniczak

Fotogaleria

więcej »

Do zobaczenia w piekle. Kresowa apokalipsa: Ukraina, Polska, Białoruś, Łotwa

Wojciech Pestka

Księga piasku

PODRÓŻ PIERWSZA
– PRZESTRZEŃ MANIPULACJI


Alfred Schreyer, z którym rozmawiam o Schulzu, urodził się od niego znacznie później, 8 maja 1922 roku. Jego rodziców spis mieszkańców z 1921 roku nie obejmował, mieszkali w Niegłowicach. Ojciec, absolwent niemieckiej uczelni, doktoryzowa-
ny w Zurychu, pracował w tym czasie
w Jaśle w rafinerii. Wielki kryzys z początku XX wieku zmusił ich do powrotu we wrześniu 1932 roku do Drohobycza.

Alfred Schreyer, polski muzyk i dyrygent pochodzenia żydowskiego, urodzony 8 maja 1922 roku w Drohobyczu. Wykształcenie: wydział dyrygentury Konserwatorium Lwowskiego (1963), Wydział Muzyczno-Pedagogiczny Drohobyckiego Instytutu Pedagogicznego (1968).



Kolaż z bladym księżycem nad miastem

Pół miasta stanowili Polacy, pół miasta Ukraińcy, trzecią połowę Żydzi. Półtora miasta. Razem, według danych z 1921 roku, Drohobycz liczył 26 736 mieszkańców. Przeglądam stare pocztówki. Rynek. Rozrzucone w nieładzie chłopskie furmanki, długie chałaty chasydów, kobieta w białej sukni po kostki i równie białym kapeluszu, meloniki, dorożki, worki, nad którymi jak w modlitwie pochylają się dwaj Żydzi.
Poniedziałek, czas zamknięty w zaklętym kręgu kolejnych dni. Poniedziałek, wpisany w niespieszny kalejdoskop pór roku. Wiadomo tylko, że duży targ na rynku w Drohobyczu, że poniedziałek. Nie słychać turkotu drewnianych kół, rżenie koni nie miesza się z krzykami sprzedawców. Strzępy dających się odczytać pod lupą napisów z szyldów „...Towarzystwo”, „Teofil Jabłoński”, „Skład”, „Фризйер”. Wokół ratusza drewniane budy straganów z wystawionym przed drzwi towarem. Świat, który przeminął, szczelnie okryty płaszczem milczenia. Księga piasku.

Wieczorem ostrożnie, żeby wyminąć kałuże, idę po drewnianych krawężnikach ulicy Solny Stawek. Patrzę na stłoczone drewniane domki, postawione byle jak, zabite na krzyż deskami, zasłonięte do połowy okna, w których królują pelargonie. Na sznurach naciągniętych pomiędzy zdziczałymi jabłoniami w ogrodzie szarzeje pościel. Pusto, mieszkający tu ludzie ukryli się za zamkniętymi drzwiami koślawych chałup, jakby chcieli przeczekać, ominąć ten powracający, cudzy czas. Nad pordzewiałymi dachami cierpki, blady jak z odpustowego landszaftu księżyc obok kościelnej wieży. Tu, w Drohobyczu, urodził się, jako „dziecko nieślubne”, według wpisu do księgi metrykalnej, 12 lipca 1892 roku, Bruno Schulz, najmłodszy syn Jakuba Schulza, właściciela bławatnego sklepu, i Hendel Henrietty z domu Kuhmerker. Tekst aktu odnotowuje, że ojciec dziecka „przyznał się do ojcostwa” i zawarł „z matką tego dziecka” związek małżeński wedle wymogów ustawy cywilnej dnia 8 X 1892 r. – przytoczę za Jerzym Ficowskim ten mało znany fakt (J. Ficowski Okolice sklepów cynamonowych, Kraków–Wrocław 1986). To tylko formalna figura w urzędniczym tanecznym procederze. Jego rodzice wcześniej zawarli ślub zgodnie z zasadami wiary, ważny w obliczu Boga, ale niewystarczający w świetle obowiązującego w Galicji prawa. W tym kontekście urzędowy termin, określenie byłych właścicieli realności, użyte w akcie metrykalnym dla określenia zmarłych rodziców panny młodej, tak poetycko i filozoficznie nośne, brzmi jak modlitwa zaklinająca pozaziemską rzeczywistość.

Już nikt z żyjących w Drohobyczu nie może pamiętać Jakuba, ojca Brunona Schulza. Zmarł 22 czerwca 1915 roku, w tym samym roku spłonął dom przy Rynku 12, w którym mieścił się sklep. I pozostaje nam tylko zapisany przez Jerzego Ficowskiego strzęp relacji doktora Kaufmana: Sklep prowadzony był pod firmą „Hariette Schulz” i znajdował się na początku ulicy Mickiewicza tuż obok sklepu jubilerskiego Józefa Hamermana. Widywałem często Jakuba Schulza siedzącego przed sklepem – zwyczajnie w lecie – najczęściej w niedzielę przed południem, gdy sklep oficjalnie był zamknięty, a on witał się z klientami, którzy przyjeżdżali z Borysławia.
„Galicyjska Oklahoma” – mówiono o Borysławiu. Mała mieścina w pobliżu Drohobycza za sprawą płytko zalegającej ropy naftowej przeżyła szok. Niewyobrażalne fortuny rodziły się tu z dnia na dzień. Miasteczko puchło, przyciągając bezrobotnych, spekulantów i oszustów – „poszukiwaczy skarbów”. Każdego dnia wyrastały nowe, sklecone jeden na drugim, naprędce, prymitywne szyby naftowe. Przepych i bogactwo sąsiadowały tu z bezgraniczną nędzą. W ciągu kilku lat od rozpoczęcia eksploatacji to zapomniane przez Boga miasteczko znalazło się na trzecim miejscu na świecie pod względem wydobycia. Tysiąc trzysta szybów, dziesięć tysięcy robotników. Biura turystyczne w swoich reklamach wymieniały pożary szybów naftowych jako największą atrakcję Borysławia.
Alfred Schreyer, z którym rozmawiam o Schulzu, urodził się od niego znacznie później, 8 maja 1922 roku. Jego rodziców spis mieszkańców z 1921 roku nie obejmował, mieszkali w Niegłowicach. Ojciec – absolwent niemieckiej uczelni, doktoryzowany w Zurychu, pracował w tym czasie w Jaśle w rafinerii. Wielki kryzys z początku XX wieku zmusił ich do powrotu we wrześniu 1932 roku do Drohobycza...
Wieczór. Blady księżyc na tle szarego, jakby pokrytego kurzem nieba. Na „dzwonnej” wieży tłusto lśni w świetle brązowa pamiątkowa płaskorzeźba. Jeźdźcy na koniach, z uniesionymi szablami, widły, kosy, trudny do przeczytania napis: Jesienią 1648 roku chłopsko-kozackie zagony oraz powstali mieszkańcy miasta i okolicznych wsi rozgromili polsko-szlacheckie wojska i wyzwolili miasto.
Stąd krok do rynku. Siadam na ławce z butelką piwa. „Lwiwskie”. Tu jeszcze zakazy spożywania napojów alkoholowych w miejscach publicznych nie obowiązują. Mam w myślach obraz... tych starych i pełnych godności kupców, którzy obsługiwali klientów ze spuszczonymi oczami, w dyskretnym milczeniu, i pełni byli mądrości i wyrozumienia dla ich najtajniejszych życzeń (...). Gdzie indziej stały grupy Żydów w kolorowych chałatach, w wielkich futrzanych kołpakach przed wysokimi wodospadami jasnych materii. Byli to mężowie Wielkiego Zgromadzenia, dostojni i pełni namaszczenia panowie, gładzący długie, pielęgnowane brody i prowadzący wstrzemięźliwe i dyplomatyczne rozmowy. Ale i w tej ceremonialnej konwersacji, w spojrzeniach, które wymieniali, był błysk uśmiechniętej ironii. Wśród tych grup przewijał się pospolity lud, bezpostaciowy tłum, gawiedź bez twarzy i indywidualności. Wypełniał on niejako luki w krajobrazie, wyścielał tło dzwonkami i grzechotkami bezmyślnego gadania (Sklepy Cynamonowe [w:] B. Schulz Proza, Kraków 1973).

Ulica opada w dół, idę między opustoszałymi straganami targowiska. Wąskie korytarze zadaszonych kramów, stosy gnijących odpadów, puste kartony, folia z opakowań pod nogami. Watahy zdziczałych zwierząt – psie oczy patrzą wrogo, podejrzliwie. Na skrzyżowaniu zbierają się do odjazdu ostatnie przed nocą „marszrutki”. „Żydowski Łan”. Kiedyś poza granicami właściwego Drohobycza. Tu od 1616 na wydzielonym obszarze królewskiego łanu mieli prawo osiedlać się Żydzi. Stąd nazwa. Wielka synagoga. Największa w Galicji. Monumentalna. Wzorowana na tej z niemieckiego Kassel.
Hitlerowcy zrobili w niej stajnię, Sowieci sklep meblowy.
– Ci Żydzi (szmule), którzy tu mieszkali, na „łanie”, w tych chylących się, rozpadających domkach, żyli z żebraniny, jałmużny, ale większość mieszkańców stanowili ludzie dobrze sytuowani, adwokaci, bankierzy, lekarze, przedsiębiorcy, najwięcej inteligencji było wśród Żydów – opowiada Alfred Schreyer. – Jestem tu ostatnim urodzonym przed wojną drohobyckim Żydem. Ta gmina żydowska teraz, pożal się Boże, sto sześćdziesiąt, może dwieście osób, bo jak można inaczej powiedzieć, nas przed wojną było piętnaście tysięcy. Tutaj życie kwitło.
– Naukę zacząłem w 1932 roku od Szkoły Koedukacyjnej imienia Henryka Sienkiewicza. Robiłem tam pierwszą i drugą klasę starego typu. W tym czasie wchodziła w życie reforma szkolnictwa. Czteroletnie gimnazja i dwuletnie licea. Tam w drugiej klasie naszą opiekunką była pani Józefina Szelińska, narzeczona Brunona Schulza, osoba nadzwyczajnie dystyngowana. – Schreyer akcentuje ostatnie słowo. – Na swoje urodziny zapraszała wszystkich uczniów, całą klasę do siebie. Rozmowy, słodycze, herbata, śmiechy... to dopiero było. (...)