Strona główna / Humanistyka / Jan Paweł II / Habemus papam

Aktualności

13.09.2019

Spotkanie z Rafałem Grupińskim w Poznaniu

W czwartek 19 września o godz. 18.00 zapraszamy do Fundacji Malta (ul. Ratajczaka 44 w Poznaniu) na spotkanie z Rafałem Grupińskim, autorem książki "Polityka i kultura".

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jej drugie życie Manula Kalicka
  2. Nie mam więcej pytań Gillian McAllister
  3. Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi Julia Boyd

Fotogaleria

więcej »

Habemus papam

Paweł Zuchniewicz

Z Kuźnic do Murowańca doszli w dwie godziny. W schronisku zjedli kanapki (Danusia opiekuje się nami nawet na odległość – Jurek pochwalił pozostawioną w Krakowie żonę) i ruszyli do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Idąc wzdłuż długiego i krętego brzegu dotarli do kamiennych schodów, które zawiodły ich nad Zmarzły Staw. Droga stawała się coraz bardziej stroma i kręta. Ominęli znajdujące się po lewej stronie źródełko i zaczęli podejście piargiem. Kilkanaście minut później byli już przy piętrzących się przed nimi skałach.
Założyli rękawiczki i zaczęli wdrapywać się na górę. Towarzyszące im od rana słońce wciąż przygrzewało, ale bez rękawiczek trudno byłoby korzystać z bardzo zimnych łańcuchów i klamer. Posuwali się powoli lewą stroną przełęczy wypełnionej rumowiskiem ogromnych głazów i kamieni. Gdzieniegdzie zalegał śnieg.
Zatrzymali się na chwilę. Poczuli zimniejszy powiew wiatru. Jurek spojrzał w niebo. Słońce schowało się za chmurę. Nie przypominała ona malowniczego białego baranka. Jej kolor był raczej zbliżony do barwy skał.
- Idzie na burzę – powiedział z niepokojem.
Byli za daleko, aby się wycofać.
- Przy odrobinie szczęścia zdążymy zjechać do Pięciu Stawów – dodał Jurek.
Poprawili plecaki i przymocowane do nich narty. Ostrożnie posuwali się naprzód, kiedy uderzył wiatr, a za chwilę zamarzający deszcz. Poczuli na policzkach ukłucia lodowatych igieł. Jurek wymacał na ścianie klamrę i mocno ją chwycił. Poczuł się pewniej i zdecydowanie dał krok naprzód. Noga dosłownie poleciała w dół a on niemal zawisł na łańcuchu. Trafił na oblodzony kawałek skały. Mimo przenikliwego zimna i wiatru zrobiło mu się gorąco. Nie byłby pierwszą osobą, która runęła z Zawratowego Żlebu.
- Jurek!? – krzyknął Wojtyła. Nie widział przyjaciela, ale usłyszał jego krzyk i jakiś rumor z przodu.
- Wszystko w porządku – głos Jurka z trudem przebił się przez świst wiatru. – Niech Wujek uważa, tu jest bardzo ślisko.
Nagle niebo przecięła błyskawica. Przez ułamek sekundy zobaczyli szczyt Kościelca. Im wydawało się raczej, że to jakaś złowroga postać, ogromna zjawa, która pojawiła się i znikła.
Gdzieś w oddali zabrzmiał głuchy dźwięk. Po chwili usłyszeli następny grzmot – tym razem znacznie bliżej.
Karol wiele razy słyszał opowiadania o nagłych zmianach pogody w górach, nieraz zmoczył go deszcz, ale jeszcze nigdy nie doświadczył na własnej skórze żywiołu, który rozpętał się wokół nich. Ogłuszały go grzmoty, zwielokrotnione odbiciem od granitowych skał. Znajdowali się bardzo wysoko, w każdej chwili któryś z nich mógł zostać porażony piorunem. Znowu błysnęło. Usłyszał głośny trzask, miał wrażenie, że to parę kroków od niego. Odruchowo odsunął się od ściany. Wiedział, że prąd może przebiegać po jej powierzchni.
Znowu huknęło. Poczuł jak strach ściska mu gardło. „Jezu, zmiłuj się nad nami” – szepnął. „Biedny Eliasz, ależ on musiał trząść się z przerażenia, w dodatku był sam” – przemknęło mu przez głowę. Nigdy dotąd nie myślał, że znajdujący się w Pierwszej Księdze Królewskiej opis jest tak realistyczny. Czytając o poprzedzającej przyjście Boga „gwałtownej wichurze rozwalającej góry i druzgocącej skały” nie zwracał specjalnie uwagi na te określenia. Nie zastanawiał się też nad stanem proroka Eliasza, który dotarł na górę Horeb i tam się ukrył przed prześladowcami. W opisie rozszalałych żywiołów najbardziej przemawiało do niego potrójne powtórzenie: Pan nie był w wichurze, Pan nie był w trzęsieniu ziemi, Pan nie był w ogniu. Potem przyszedł „szmer łagodnego powiewu” i dopiero wtedy Eliasz wyszedł z groty, aby rozmawiać z Bogiem.
Jak długo mogła trwać tamta burza? Ile czasu Eliasz ukrywał się w jaskini? Nie wiedział. Ale zdawał sobie sprawę, że tatrzańska burza – choć może bez ognia i trzęsienia ziemi – nie zamieni się zbyt szybko w łagodny wietrzyk. Nie mieli się też gdzie schować. Musieli dojść do przełęczy, a potem zejść na drugą stronę, modląc się, aby nie trafić w pobliże stawu w chwili, gdy zaczną walić pioruny. Każdy, kto miał elementarną wiedzę o górach wiedział, że w takich sytuacjach należy się wystrzegać zbiorników wodnych i strumieni. Nic tak dobrze nie przewodzi prądu jak woda.
Posuwając się wolno naprzód poczuł, że skalne podłoże ustępuje żwirowi. Wchodzili na kilkudziesięciometrowej długości ścieżkę, która kończyła się na szczycie przełęczy. Potknął się i zachwiał, ale szczęśliwie zaraz odzyskał równowagę. Ten odcinek drogi był usiany mniejszymi i większymi kamieniami. Nawet latem, za dnia trzeba było na nie uważać – teraz szli pogrążeni w zupełnych ciemnościach.
Domyślili się, że są na górze, gdy skończyły się pomoce w postaci łańcuchów i klamer. I gdy pod stopami poczuli, że grunt się obniża. O zjeździe nie było mowy. Poruszali się po omacku.
Śnieg, po którym mieli gładko zjechać do doliny stał się nieoczekiwaną przeszkodą a narty niebezpiecznym balastem. Odgłosy burzy powoli cichły, ale pojawiło się inne zagrożenie. Ta strona Zawratu słynęła z lawin schodzących do Pięciu Stawów. Jurek spojrzał na fosforyzujące wskazówki zegarka. Od ich wyjścia z Murowańca minęły cztery godziny. W normalnych warunkach powinni dochodzić już do schroniska w Pięciu Stawach. Ale teraz, w tych ciemnościach?
Powoli tracili czucie w dłoniach. Ich rękawiczki wystarczały jako osłona przed zimnymi i śliskimi łańcuchami, lecz były za cienkie i za mokre, aby osłaniać ciało przed działaniem niskiej temperatury. Szybki marsz rozgrzałby ich, ryzykowaliby jednak uruchomienie lawiny. Posuwali się krok po kroku – jak po polu minowym. Jurek zrezygnował ze sprawdzania czasu. Nie raz i nie dwa wydawało mu się, że minęło już co najmniej pół godziny, kiedy spoglądał na zegarek, okazywało się, że upłynęło najwyżej kilka minut.
W pewnym momencie z kąta nachylenia stóp zorientował się, że teren robi się bardziej płaski. Zrobił kolejny krok. Usłyszał trzask i poczuł jak nogę zalewa lodowata woda. Syknął i wyjął nogę z przerębli. Najprawdopodobniej wszedł na Przedni Staw. Jeśli tak , to idąc wzdłuż brzegu powinni wkrótce dotrzeć do schroniska.
- Już niedaleko – krzyknął do Wujka.
Po kilkunastu minutach zobaczyli majaczący w ciemnościach budynek.

***

Przejście z kurii na Plac Wiosny Ludów zajęło mu kilka minut. Jeszcze dziesięć lat temu plac nosił nazwę Wszystkich Świętych, ale nowa władza postanowiła upamiętnić zrywy rewolucyjne z pierwszej połowy XIX wieku i w 1950 roku przemianowała to miejsce. Przy placu, w dawnym Pałacu Wielopolskich znajdował się urząd Rady Narodowej Krakowa.
Kilkadziesiąt minut temu zadzwonił do niego jej przewodniczący, Zbigniew Skolicki prosząc pilnie o spotkanie. Wojtyła spodziewał się tego wezwania. Z wyrywkowych informacji, które dopływały wczoraj do Kurii wiedział, co się stało w Nowej Hucie. Ludzie opowiadali o dantejskich scenach, które rozgrywały się przy placu z krzyżem oraz przy Dzielnicowej Radzie Narodowej. Krążyły pogłoski o zabitych i rannych, setki osób aresztowano. Milicja całą noc chodziła po mieszkaniach i hotelach robotniczych wyciągając ludzi z łóżek.
Skolicki czekał w gabinecie.
- Ksiądz biskup domyśla się zapewne, dlaczego prosiłem o spotkanie – powiedział na powitanie.
- W Krakowie aż huczy po wczorajszych zajściach.
- Raczej po chuligańskich wybrykach, w których obrażenia poniosło kilkudziesięciu funkcjonariuszy – sprostował Skolicki. – I pomyśleć, że głoszący miłość bliźniego Kościół zainspirował te zamieszki.
- Panie przewodniczący, wie pan równie dobrze jak ja, że wina nie leży po stronie Kościoła. Kto jak kto, ale pan doskonale zna to miejsce i jego problemy.
Skolicki przez dwa lata był odpowiedzialny za rozwój Nowej Huty jako zastępca przewodniczącego Wojewódzkiej Rady Narodowej.
- Księże biskupie, w czasie rozruchów zniszczono nie tylko sprzęt milicji, ale także budynek Dzielnicowej Rady Narodowej, szereg sklepów, dokonano podpaleń. Podpalono nawet jednego z milicjantów…
- Żyje?
Skolicki skinął głową.
- Bogu dzięki – powiedział Wojtyła.
- Dziękować to można funkcjonariuszom, którzy z narażeniem życia przywracali porządek. Za to Kościół z satysfakcją patrzy na niszczenie mienia publicznego. Mało tego, gdyby nie nieodpowiedzialne zachowanie proboszcza, najprawdopodobniej nic by się nie wydarzyło.
- Co pan przewodniczący ma na myśli?
- Ksiądz Satory w ostatnią niedzielę odczytał z ambony pismo, w którym Dyrekcja Budowy Osiedli Robotniczych domagała się usunięcia krzyża. Co za nieodpowiedzialne postępowanie! Jątrzenie ludzi!
- A jak pan przewodniczący oceniłby łamanie złożonych obietnic?
- Sugeruje ksiądz, że wina leży po stronie państwa? – głos Skolickiego zabrzmiał twardo i nieprzyjemnie.
- Na pewno winowajcą nie jest tu ksiądz Satory. Władze złożyły przyrzeczenie, przyrzeczenia nie zrealizowano, a ludzie wystąpili w obronie tej budowy i w obronie krzyża. De facto – w obronie swoich praw jako ludzi wierzących. Obawiam się, że gdyby wiedzieli to wszystko co wie pan i co wiem ja, to ich rozgoryczenie byłoby jeszcze większe, a reakcja tragiczniejsza w skutkach.
- Ksiądz biskup powinien się tłumaczyć, a tymczasem grozi!
Wojtyła westchnął.
- Panie przewodniczący, ostatnie dwa lata to pasmo przeszkód ze strony władz. I to niestety wbrew deklaracjom najwyższych przedstawicieli państwa, w tym pierwszego sekretarza, który obiecał mieszkańcom Nowej Huty, że będą mieli kościół.
- Od tamtego czasu sytuacja się zmieniła…
- Owszem, władze rozwiązały Komitet Budowy Kościoła, zarekwirowały zebrane przez ludzi pieniądze ignorując jednocześnie nasze pisma, monity i prośby. I w końcu decyzja o usunięciu krzyża. Przecież to musiało doprowadzić do wybuchu!
- Myślę, że ksiądz biskup nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji tych wydarzeń. Doszło do naruszenia porządku publicznego, pojawiły się elementy wichrzycielskie, chuligańskie. Jeśli nie uda się szybko uspokoić sytuacji, może ona się wymknąć spod kontroli, a wówczas nie ręczę, ilu będzie zabitych i rannych. Kościół ponosi przynajmniej współodpowiedzialność za to, co się stało, czy Kościół podejmie odpowiedzialność za rozładowanie tego napięcia?
Wojtyła zorientował się, że Skolicki prowadził w ten sposób rozmowę, aby wzbudzić u niego poczucie winy i wykorzystać go dla pacyfikacji nastrojów w Nowej Hucie. Przyjrzał się uważnie rozmówcy. Przewodniczący wyglądał na zmęczonego, miał podkrążone oczy i był dość blady. Pewnie nie spał zbyt wiele tej nocy. Przypuszczalnie na bieżąco śledził doniesienia z Nowej Huty i zastanawiał się, czy rozruchy mogą rozszerzyć się na Kraków. To najprawdopodobniej oznaczałoby koniec jego urzędowania.
- Kościół chce służyć pojednaniu. I prawdzie. Jedno bez drugiego nie jest możliwe – powiedział biskup. – A prawda jest taka, że powodem rozruchów było rozgoryczenie mieszkańców Nowej Huty. Oni stwierdzili, że złożone im obietnice są bez pokrycia.
- Nie ja składałem te obietnice, a teraz ja muszę radzić sobie z tą sytuacją.
Mówił prawdę. Narastające wokół budowy trudności Kuria próbowała przez dłuższy czas rozwiązywać na poziomie lokalnych władz krakowskich. Wreszcie zwrócono się do Warszawy. Na początku roku przyszła odpowiedź z Urzędu Rady Ministrów, w której informowano, że sprawa nie będzie rozpatrywana na szczeblu centralnym.
- Panie przewodniczący, obaj zdajemy sobie sprawę, że budowa kościoła w Nowej Hucie już dawno przestała być jedynie sprawą tego osiedla czy nawet Krakowa. To jest sprawa ogólnopolska.
- Tym większa spoczywa na nas odpowiedzialność.
- Jeśli interwencja Kościoła miałaby przynieść jakieś realne uspokojenie, to i władze muszą wykazać się dobrą wolą.
- Czy ksiądz biskup zwróci się do wiernych? – pytanie przewodniczącego mimo wszystko trochę go zdziwiło. W głosie nie było już groźby – raczej prośba.
- Musiałbym ich zapewnić, że krzyż pozostanie na miejscu.
- W obecnej sytuacji na pewno nikt go nie będzie usuwał.
- Jeszcze dziś napiszę odezwę do parafian.
- Oczywiście to nie znaczy, że odstąpimy od planu budowy szkoły.
- Nie wydaje mi się, byśmy mieli toczyć spór o miejsce. Władze same wyznaczyły tę lokalizację, ale przecież można ją zmienić. Byleby tylko kościół stanął…
„Sugeruje kompromis” – pomyślał Skolicki. – „To pozwoliłoby nam wyjść z twarzą z całego zamieszania”.
- Czy pan przewodniczący nie pochodzi przypadkiem z Dębnik? – pytanie Wojtyły zaskoczyło go.
- Ksiądz biskup poznał mój akcent? Zna ksiądz tę dzielnicę?
- W czasie okupacji mieszkałem na Tynieckiej.
- A ja na Różanej.
- O, tam mieszkał mój dobry znajomy. Niestety już nie żyje.
- Zginął w czasie wojny?
- Nie, zmarł w 47mym. Był krawcem.
- Ksiądz biskup utrzymywał znajomości z przedstawicielem niższych klas społecznych?
- Nazwałbym go raczej arystokratą. Oczywiście nie w potocznym znaczeniu tego słowa. Był arystokratą ducha. A rodzina pana przewodniczącego?
- Mój ojciec był zdunem. Całkiem znanym w tej okolicy. To były inne czasy. Wojna wszystko zniszczyła.
- Wojna zawsze niszczy. Dlatego napiszę tę odezwę.
Wojtyła wstał. Wyciągnął rękę do rozmówcy.
- Życzę panu powodzenia na tym stanowisku.
- Dziękuję.
Biskup opuścił dawny Pałac Wielopolskich, przeszedł przez plac i doszedł do kościoła franciszkanów. Wstąpił do środka. Skręcił do kaplicy Męki Pańskiej i przyklęknął przy dużej figurze Chrystusa dźwigającego krzyż.
Janie – pomóż nam! – szepnął. Stanęła mu przed oczami fotografia Tyranowskiego w szpitalnym łóżku. Widział to zdjęcie po powrocie ze studiów w Rzymie. Przedstawiało pogodnie uśmiechniętego Jana przykrytego białą pierzyną. Trudno byłoby się domyśleć, że pod pościelą ukryte było tak zmaltretowane ciało. Tyranowskiemu amputowano rękę. Operacja jednak wcale nie zmniejszyła jego cierpień.
Janie, poznałeś krzyż. Pomóż nam go bronić!
Przeżegnał się i podniósł się z kolan. Kilka minut później siedział już przy biurku w kurii i redagował odezwę do parafian Nowej Huty.