Strona główna / Literatura polska / Późny Gomułka, wczesny Gierek

Aktualności

12.05.2022

Spotkanie z Katarzyną Puzyńską w Toruniu

W czwartek 26 maja o godz. 18:00 zapraszamy do  Książnicy Kopernikańskiej (ul. Słowackiego 8, Toruń) na spotkanie z Katarzyną Puzyńską, autorką książki "Żadanica".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

16.05.2022

Rozmowa z Moniką Białkowską

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Moniką Białkowską, autorką książki "Nawet jeśli umrę w drodze".

Bestsellery

TOP 20

  1. A koń w galopie nie śpiewa Artur Andrus, Wojciech Zimiński
  2. Zgiń, przepadnij Olga Rudnicka
  3. Viktoria. Miłość zza żelaznej kurtyny Wioletta Sawicka

Późny Gomułka, wczesny Gierek

Andrzej Dziurawiec

Ósemka czyli Rzeszutek i my

To ponoć ja nazwałem nas „ósemką”. Możliwe, nie pamiętam. Nie pamiętam również, jak się dobraliśmy. Chyba po pierwszej szkolnej imprezie, kiedy trafiliśmy do sławnej ochockiej kawiarenki, która wtedy nazywała się Halinka i dla mnie Halinką na zawsze pozostanie. Pamiętam, jak przed wejściem niecierpliwie odpruwałem czerwoną tarczę z numerem liceum, którą raptem miesiąc wcześniej mama przyszyła do rękawa mojego płaszcza i z której tak byłem dumny. Ale z tarczami nie wchodziło się do lokali, gdzie serwowano alkohol, a my przecież nie na herbatkę poszliśmy, oj nie na herbatkę! Nie znaliśmy się jeszcze, musieliśmy dowieść swojej męskości. Innego sposobu dowodzenia nie znaliśmy. No więc ósemka powstała chyba wtedy w Halince, a później hartowała się podczas niezliczonych imprez, brydżów, wyjazdów. Hartowała się w piwie, tanim winie i wódce. Piliśmy dużo. Za dużo. Dopiero po latach okazało się, że dla kilku z nas zdecydowanie za dużo. Do znudzenia powtarzam córce, że cywilizacje zbudowano na przewidywaniu, ale wtedy przewidywanie nie było naszą mocną stroną.
Ósemka jest nazwą umowną. Tak naprawdę ósemka składała się z dwóch grup. Jedną grupę tworzyło nas siedmiu, grupą drugą był Rzeszutek.
Rzeszutek, o czym mało kto wie, miał imię. Ale tak się jakoś złożyło, że nikt tego imienia nie używał. Ponoć nawet w łóżku dziewczyny mówiły do niego: „Rzeszutku”. W wersji light: „Rzeszutku kochany”. Nie jest pewne, czy Rzeszutek pamiętał swoje imię, jeśli nawet, to nigdy się z tym nie zdradzał. Nawet po alkoholu.
Choć mówiąc prawdę, Rzeszutek pił jakby mniej niż nasza grupa.
Janusz, bardziej znany jako Szwarc, był najprzystojniejszym mężczyzną w szkole. Był przystojniejszy nawet od niezapomnianego profesora S., który z takim oddaniem układał dziewczęta w pozycji strzeleckiej. I podobnie jak profesor S. znęcał się nade mną. Z sadystyczną satysfakcją łoił mnie w szachy. To cud, że nigdy nie roztrzaskałem szachownicy na tym jego pięknym, płowowłosym łbie!
Paradziak był osobnikiem zblazowanym. Nic dziwnego – w wieku szesnastu lat obalił tezę radzieckich uczonych, jakoby mężczyzna mógł mieć w życiu tylko trzydzieści osiem tysięcy orgazmów. Jako jedyny z nas miał stałą dziewczynę. Dziewczyna miała rodziców, a już szczególnie ojca, pułkownika Ludowego Wojska Polskiego. To u nich bawiliśmy się na naszym pierwszym wspólnym sylwestrze. Po północy został zaproszony do pokoju, w którym „teście” przeczekiwali imprezę. Każdy miałby tremę, ale Paradziak nawet się nie skrzywił. Poszedł. Kiedy wyszedł po godzinie, rzuciliśmy się do niego.
– I jak było?!
Paradziak wzruszył ramionami.
– Normalnie. Zrobiliśmy pół litra, pogadaliśmy jak Polak z Polakiem.
– Ale o czym?
– No tak ogólnie, o życiu, że Kościuszko był git facet i takie tam. Teściu jest w porządku. Tylko jak się napił, to się dziwił, że ja tak z jego córką, a ona taka chuda. Jak jej matka, znaczy żona teścia. A ta żona siedzi obok... „Kobieta musi mieć na czym siedzieć i mieć czym oddychać, a ta moja, no sam popatrz!”. Szturcha tę żonę i nadaje: „Co ty myślisz?! Nie takie jak ona nogami z łóżka wyrzucałem!”.
– I co ty na to?
– No normalnie, że ja też! Ja też! – odpowiedział ze zblazowaną miną szesnastoletni Paradziak.
Paradziak był moim partnerem brydżowym. Parę groszy razem zarobiliśmy, nie powiem. „Brydż chleb ciężki, ale pewny” – stwierdzał Paradziak znudzonym tonem, pobierając wygraną. Wszyscy graliśmy w tego brydża jak wściekli.
Z wyjątkiem Rzeszutka. Rzeszutek w brydża nie grał.
Puzon też. Był świetnym szachistą, utalentowanym poetą, ale do brydża nie dał się przekonać. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, miał bowiem Puzon ogromnie istotną zaletę: niebanalny image. Otóż w pierwszej klasie liceum wyglądał jak czterdziestoletni urzędnik. Rzetelnej budowy, w ortalionowym płaszczu, z teczką pod pachą. Żadnej ekspedientce w żadnym sklepie monopolowym nie przyszło do głowy, żeby prosić go o dowód tożsamości. Puzon wchodził do środka, otwierał teczkę, rozsuwał zeszyty w linie i w kratkę, blok do rysunków i podręcznik do wychowania obywatelskiego i układał w teczce butelki. Z tymi butelkami udawaliśmy się do jego mieszkania. We wtorki mieliśmy tylko cztery lekcje, więc do powrotu jego rodziców z pracy było sporo czasu. Puzon mieszkał na dziewiątym piętrze. I miał balkon. Bawiliśmy się na tym balkonie... Nieistotne, może dzieci będą to czytać. Co tu dużo mówić – nie byliśmy grzecznymi chłopcami.
Oczywiście z wyjątkiem Rzeszutka. Rzeszutek był grzecznym chłopcem.
Tadzik też był grzecznym, dobrze wychowanym chłopcem. Nieduży, śliczny, elegancki. Prymus, przewodniczący różnych szkolnych samorządów, król strzelców szkolnej ligi. Marzenie wszystkich rodziców świata. Strzeżcie się marzeń, mogą się spełnić...
Każdy z nas nosił swojego Mister Hyde’a.
Rzecz jasna, z wyjątkiem Rzeszutka. Rzeszutek nikogo nie nosił.
Staszczyk był iskrą, czystą radością istnienia. Pięknie tę radość objawiał. Mieszkał w tym samym bloku co Rzeszutek, na tej samej klatce. Zbiegał po schodach ze swojego czwartego piętra, naciskając po drodze dzwonki do wszystkich mieszkań, i radośnie komunikował:
– Nazywam się Rzeszutek i mam wszystkich w dupie! Nazywam się Rzeszutek i mam wszystkich w dupie!
Rzeszutek zapewne zgadzał się z nim co do treści komunikatu, natomiast forma przekazu raczej nie bardzo mu odpowiadała...
Był czas, kiedy biegałem za młodego poetę, Puzon pisał świetne satyry, fajne kawałki miewali i Szwarc, i Tadzik, i Chlaptus, ale to frazę Staszczyka wszyscy zachowaliśmy żywo w pamięci... Kupowaliśmy kwiaty na Dzień Matki i jak to my – bawiliśmy się nimi. W wyniku tej zabawy moja róża straciła pąk. Został sam badyl. Staszczyk objął mnie czule, pocieszył serdecznie:
– Nie przejmuj się, dasz mamusi badylek, ukłonisz się ładnie i powiesz wierszyk:
Wprawdzie ta róża nie ma pąka
Ale ci za to puszczę bąka.
Próbowałem się odgryźć:
Gdybym był bogaty, kupiłbym ci płaszczyk
Ale że nie jestem – niech ci kupi Staszczyk!
Sami widzicie, że to tylko krzyk rozpaczy. Nie ta klasa, popłuczyny.
Prawdziwa poezja jest silniejsza niż czas. Niestety, zamiast rozwijać swój czysty jak diament talent, Staszczyk zaczął gadać z Maharishim i Teilhardem de Chardin. Rozumiem flirt, ale żeby od razu się żenić?! A Staszczyk wziął ślub. Jak się okazało, na całe życie. Od tego gadania z podejrzanymi typami coś mu się porobiło i zaczął trenować kung-fu. Era Wodnika nadciągała z wolna również i do naszej socjalistycznej ojczyzny, ale o wschodnich sztukach walki jeszcze mało kto słyszał. Moda na nie nastanie dopiero za kilkanaście lat. Piszę, bom sam nie bez winy – przyczyniłem się odrobinę do nastania tej mody. Niestety. Ale wtedy, w epoce wczesnego Gierka opowieści o niewiarygodnych wyczynach mistrzów kung-fu słuchaliśmy z pobłażaniem. Nie bardzo na przykład wierzyliśmy, że taki mistrz, odpowiednio napinając mięśnie brzucha, potrafi powstrzymać pocisk... Może tylko z pistoletu, ale zawsze... Co tu dużo mówić – dworowaliśmy sobie z tej staszczykowej fascynacji. Boguś znosił nasze docinki z pogodą, a w jakiś czas później został wicemistrzem świata...
Napisałem „dworowaliśmy”, ale muszę uczciwie przyznać, że nie wszyscy dworowaliśmy. Taki Rzeszutek na przykład, on nie dworował.
No i Chlaptus wreszcie. Ale Chlaptus – jak sama nazwa wskazuje – to temat na osobny poemat.
Kiedy wspominam te piękne dni, nie jestem w stanie pojąć, jak znajdowaliśmy na to wszystko czas?! Kochaliśmy się, imprezowaliśmy jak durni, całe noce graliśmy w brydża, czytaliśmy wszystko, co nam wpadło w ręce, każdy z nas uprawiał jakiś sport... Kiedy, do cholery, mieliśmy czas na naukę? Chyba głównie nie mieliśmy... Ale na studia dostaliśmy się wszyscy. Podczas egzaminów wstępnych uzyskaliśmy same dobre i bardzo dobre oceny. Ośmiu zdających, ponad trzydzieści ocen i tylko jedna jedyna trójka... Nieważne który z nas popsuł średnią, ale doprawdy, czy ten Rzeszutek to zawsze...