Strona główna / Literatura polska / Jasienica. Powrót / Dwie drogi

Aktualności

24.01.2022

Barbara Krafftówna nie żyje

Z wielkim smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Barbary Krafftówny, prawdziwej mistrzyni teatru, piosenki i kabaretu. Niezapomnianej aktorki legendarnego Kabaretu Starszych Panów.

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

24.01.2022

Rozmowa z Rachelą Berkowską

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Rachelą Berkowską, autorką ksiązki "Życie za szczyt. Polacy w Himalajach i Karakorum".

Bestsellery

TOP 20

  1. Chąśba Katarzyna Puzyńska
  2. TOPR 2. Nie każdy wróci Beata Sabała-Zielińska
  3. Arabska kochanka Tanya Valko

Dwie drogi

Paweł Jasienica

Rozdział: W bujnej Ukrainie

(...)
Generał Bibikow rozdarłby chyba na sztuki każdego, kto by go nazwał sprzymierzeńcem polskiego ziemiaństwa na Ukrainie. To ostatnie też poczułoby się bardzo dotknięte takim posądzeniem. Poddało wszak ostracyzmowi pewną szlachciankę, która wyszła za Rosjanina, została generałową i, będąc gorliwą katoliczką, wychowała syna na prawosławnego popa. Wzajemne niechęci były głębokie i najzupełniej szczere, ale przymierze istniało w dziedzinie faktów materialnych, które mają tę niemiłą właściwość, że się zawsze liczą.
Pomimo wszystkich antypolskich represji i ustaw wyjątkowych ziemiaństwo polskie na Ukrainie aż do roku 1917 utrzymało się na pozycji społecznie górującej. Tamtejszy chłop nie czekał nawet na rewolucję październikową, rzucił się na dwory zaraz po przewrocie marcowym.
Niejakie w tej mierze prognostyki dawały się spostrzec grubo wcześniej.
W roku 1847 od samego przedwiośnia obiegały Ukrainę pogłoski o zamierzonej na Wielkanoc rzezi szlachty. Akurat przed świętami wędrował do domu na ferie syn jednego z dzierżawców, młody Zygmunt Fortunat Miłkowski. W Ordijówce koło Humania zaprzęg zatrzymał się koło karczmy, przed której gankiem widniał gęsty tłum chłopów. Furman zlazł z kozła i poszedł na kieliszek.
– A ot, paniczu – oświadczył po powrocie – powiadają, że my was rżnąć będziemy.
Na te słowa „dusze” zaczęły się pomału zbliżać. Po chwili bryczka była już nimi szczelnie otoczona.
– Cóż wy na to? – nie tracąc animuszu, zapytał uczniak.
– A cóż? Słuchamy...
– Rżnęlibyście, ale nie ma kogo...
W chłopskiej ciżbie odezwały się znaczące śmiechy. Kiwając ze zrozumieniem głowami, gospodarze rozchodzili się do chałup.
Hasło „rizaty paniw” stało się bowiem zupełnie niewykonalne. Dziedzice, wszyscy jak jeden mąż, zawczasu porzucili dwory i przenieśli się do miast. Bogatsi nie oparli się aż w Odessie. Ubożsi poprzestać musieli na Granowie, Hajsyniu, Humaniu – metropoliach niewielkich, zawszeć jednak zaopatrzonych w „przemożenie zbrojne”.
W roku 1855 ukraińscy chłopi ulegli zbiorowej mistyfikacji. Dali posłuch puszczonej przez prowincjonalnego popa wieści, że kto tylko zapisze się do fikcyjnych pułków kozackich na wojnę z Turkami, tego car obdarzy ziemią i wolnością. Ruch był masowy, ale nacechowany spokojem. Bito najwyżej i pławiono w stawach Bogu ducha winnych popów, których pomawiano o utajenie manifestu monarchy – dla dobra panów. Wysłane wojsko zaprowadziło porządek, szafując ogniem karabinowym oraz przerażającymi ilościami rózeg. Dopiero wtedy, po usmirienji, zaczęli z powrotem ściągać do swoich dóbr ziemianie. Bo i tym razem pierwsza pogłoska o rebelii wymiotła ich do miast.
Tak oto papistowska szlachta polska skorzystała z usług prawosławnego woinstwa, które broniło obowiązującego porządku socjalnego przed współwyznawcami uniesionymi nadmiarem zapału do tego, by – jak się wyrażał carski rozkaz do opołczenija – „z żelazem w dłoni i krzyżem na sercu jak jeden mąż stanąć w szeregach przeciwko niewiernym”.
Zwróćmy tylko pilną uwagę, że Polakom – bardziej obcym wiarą, językiem i kulturą – zapamiętano grzechy jeszcze lepiej niż samemu carowi.
Polaków płci obojej i wszelkich stanów było wtedy na Ukrainie około czterystu tysięcy. Kto by pragnął używać w stosunku do nich określenia „społeczeństwo polskie”, temu nie wolno się uchylić od bliższych wyjaśnień. Panowało bowiem zhierarchizowanie najzupełniej fantastyczne.
Same szczyty zajmowali utytułowani właściciele kluczów folwarcznych, zamieszkałych przez dziesiątki tysięcy dusz. Oni nadawali ton. Wacław Lasocki pisze o możnych rodach, że

zamki ich, pałace, uczty, bale i cugi budziły mimowolnie w szlachcie okolicznej każdej pańskiej rezydencji chęć naśladownictwa, niczym nieusprawiedliwionego, następstwem zaś tego było życie nad stan, zakończone zwykle ruiną i sprzedażą ojcowizny. Domy szlacheckie, w których hasłem była praca, życie zastosowane do środków, rozumna oględność i oszczędność, zaliczały się do niesympatycznych wyjątków dla ówczesnej większości. Kończenie wyższych zakładów naukowych przez synów szlacheckich uważało się również za zbyteczne. Do wykwalifikowanych agronomów zaś żywiono uprzedzenia, które wypowiadano bez żadnych ogródek. Przyszli posiadacze znacznych dóbr przygotowywali się do swych ważnych obowiązków, próżnując, zbijając bąki i pędząc życie koczowników, przelatujących olbrzymie przestrzenie kraju, by się przenosić z balu na bal, z polowania na polowanie. Wśród tych szalonych zabaw szukano zwykle bogatego ożenku, by posagiem panny popłacić kawalerskie długi i zaciągać nowe na rachunek spadku po rodzicach swoich i żony. Podróże za granicę bez wyraźnego celu, dla rozrywki i zabawy, przeważnie do domów gry, takież wycieczki do Petersburga, Warszawy, Kijowa i połączone z tymi podróżami zadłużanie się bez miary i granic – wszystko to razem pochłaniało codziennie piękne fortuny szlacheckie, a często i pańskie. (W. Lasocki, Wspomnienia mojego życia, t. I, Kraków 1933, s. 54)

Pamiętnikarz może łatwo poprzekręcać konkretne fakty czy daty, ale bez jego pomocy nie odtworzymy atmosfery dawnych dni. Dlatego warto było wysłuchać głosu człowieka urodzonego w roku 1837.
Ze wspomnianych wojaży zagranicznych przywożono najczęściej rozgłos niebywałych afer i skandali. Zdarzyło się, że wcześnie owdowiała Potocka wróciła z Paryża w towarzystwie morganatycznego małżonka, lokaja Francuza, który w dniach galowych przyjęć w domu połowicy nie siadał do stołu, lecz marszałkował służbie. Plebejusz ten dowiódł, że jego pojęcia o uczciwości i honorze o całe niebo przewyższają zasady osób krwi błękitnej. Nie dybał na majątek żony, wspomagał ją nawet, kiedy zubożała, własny uciułany kapitalik rzetelnie podzielił pomiędzy siebie i dwoje dzieci.
Urodzeni rang rozmaitych walczyli zazwyczaj o spadki i dobra tak, jak – zdaniem Londona – głodne rekiny walczą o zardzewiałą puszkę od konserw. Chudopachołek, który by się poważył w najmniejszej nawet mierze sprzeciwiać planom wielmożnego, mógł od jednego zamachu utracić wszystko. Tak się zdarzyło ojcu Teodora Tomasza Jeża, niezamożnemu dzierżawcy. Mikołaj Potocki kazał całą jego „krescencję” powyrzucać ze stodół na śnieg i zrujnował go doszczętnie.
Cóż tu zresztą mówić o Potockich i im podobnych? Administrator włości Branickich w Białej Cerkwi – i ten był potęgą, z której protekcją bardzo się liczyli rosyjscy urzędnicy.
Zasadniczo człowieka klasyfikowano wtedy tak: należy do „towarzystwa” czy nie? Towarzystwo było pojęciem określonym dość ściśle. Zaliczali się doń wszyscy ziemianie oraz dzierżawcy. Ci ostatni zajmowali uprzywilejowaną pozycję, ponieważ „mieli do czynienia z pańszczyzną i chłopstwem, co już im pewną dozę pańskości dawało” – tak przynajmniej interpretował kwestię Tadeusz Bobrowski. Dzierżawca mógł też nabyć wioskę i zostać pełnym obywatelem. Oprócz tego do towarzystwa należeli szlacheccy urzędnicy obieralni, a z państwowych: gubernatorzy, wicegubernatorzy, czasami prokuratorzy i prezesi sądów kryminalnych. Z wojska – generałowie i pułkownicy. Innych oficerów niekiedy dopuszczano na bale i tym podobne imprezy. Ograniczenia nie mogły się oczywiście odnosić do oficerów gwardii.
Cała reszta inteligencji, z wyjątkiem niektórych adwokatów, była z towarzystwa stanowczo wykluczona. Degradowało ją to, że „bezpośredniej remuneracji z rąk dobrodziejów swoich, tj. «obywateli», doznaje”, czyli zarabia na życie pracą. „Er ist kein Gentleman, er arbeitet” – mawiało się w c.k. Austrii. Trzeba zresztą wspomnieć, że lekarza nie zapraszało się podówczas i nawet nie wzywało do dworu. Jego się tam „używało”.
Pogardliwy stosunek do inteligencji nie był żadną polską specjalnością. Podczas przyjęć u kijowskich generał-gubernatorów profesorowie uniwersytetu zasiadali do kart w przedpokoju.
Jakże odmienne opinie mogły się utrzymywać o jednym i tym samym człowieku! Wszystko zależało od tego, czy postępki jego podlegały ocenie od strony towarzystwa, czy też plebsu.
Ziemianin miał w stosunku do swoich „dusz” uprawnienia bardzo rozległe. Spełniał niektóre funkcje państwowe, na przykład oddawanie w rekruty... na lat dwadzieścia pięć. (Lasocki: „Pamiętam w dzieciństwie moim wstrząsające sceny, które spełnienie tej powinności przez gospodarzy na rozkaz dworu wywoływało. Porywanie, więzienie, kucie w kajdany lub drewniane klamry zwane dybami były na porządku dziennym. Płacz i błagania kandydatów, ich żon i dzieci rzadko uwzględnić się mogące, blada i smutna twarz ojca mego, który spełnienie tego nakazu władz zawsze przebolał i odchorował...”).
Dziedzic szafował karą chłosty. Wymiar jej zależał od niego. Prawo stawiało w tym względzie tylko jedno ograniczenie, i to traktowane nader „liberalnie”: wolno bić, byle nie zabić. Oprócz przywileju korzystania z darmowej pracy szlachcic cieszył się też wcale znaczną swobodą w stosunku do kobiet ze stanu poddańczego. Nikogo specjalnie nie dziwiło, jeżeli w razie wyjazdu pani jedna z pokojówek bez rozkazu stawiała się na służbę w sypialni pana. To już szło poniekąd automatycznie.
Korzystanie ze wszystkich tych tradycją i kodeksem uświęconych uprawnień bynajmniej w oczach towarzystwa nie poniżało.
W domu Józefostwa Bobrowskich częstym gościem bywał jeden z sąsiadów, niejaki Teodor Kumanowski. Zwano go „poczciwym człowiekiem”. Żył ze szlachtą zgodnie, długi karciane płacił – czegóż chcieć więcej? W 1853 roku tego „poczciwego człowieka” uśmiercili jego właśni chłopi, ukręcając mu genitalia. Miała to być kara za nazbyt już swobodne postępki wobec włościańskich żon i córek. Wyrok wykonano w sypialni skazanego. Pani domu słyszała odgłosy, ale nie zwróciła uwagi, „mniemając, że to zwyczajne zajścia...”.
Historykowi wprost wypada zapytać o obyczaje, które były chlebem powszednim w domu „poczciwego człowieka”, skoro odgłosy wywołane tak wyrafinowanym morderstwem mogły uchodzić za echa zajść normalnych.
„Takie były zabawy, spory w one lata...”.
Zdarzały się jednak i poglądy polityczne. Nie wszyscy je mieli. Większości szlachty wystarczał istniejący porządek, okraszony bałagulskim chamstwem, kontraktami kijowskimi oraz rozmaitymi rozkoszami wsi spokojnej. Byli wszakże wśród ziemian i tacy, co stawali na szafocie ze stryczkiem na szyi.
W 1835 roku grono szlachty zawiązało na Wołyniu Towarzystwo Patriotyczne*, które później pozostawało w styczności ze sławnym Szymonem Konarskim, rozstrzelanym w Wilnie w roku 1839. Organizatorzy Towarzystwa dostali się do więzienia, byli sądzeni, otrzymali wyroki śmierci. Z typowym dla epoki Mikołaja I sadyzmem postanowienie o zmianie wymiaru kary przeczytano im wtedy, gdy kat już pozakładał powrozy. Poszli do ciężkich robót na Syberię. (...)