Strona główna / Literatura polska / Kankan na wulkanie

Aktualności

06.12.2019

Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty

W czwartek 19 grudnia o godz.18:00 zapraszamy do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie (ul. Tłomackie 3/5) na spotkanie wokół książki Grzegorza Rossolińskiego-Liebe "Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty".

Wywiady

06.12.2019

“Każdy pisarz ma szansę na bestseller”

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas"

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pokrzyk Katarzyna Puzyńska
  2. Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  3. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Kankan na wulkanie

Marek Oramus

XXVI

W Sejmie tego dnia odbywało się ważne głosowanie na temat ustaw księżycowych. Był to wymóg narzucony przez Unię w związku z planowaną wspólnie z Amerykanami budową na odwrotnej stronie Księżyca stałej bazy i obserwatorium, połączonych z częścią hotelową. Obserwatorium miało służyć astronomom do penetracji najdalszych peryferii Wszechświata, ale znaczna część czasu obserwacyjnego miała przypaść programowi Spacewatch, skoncentrowanemu na wykrywaniu i katalogowaniu ciał mogących w przyszłości znaleźć się na kursie kolizyjnym z układem Ziemia–Księżyc. Część hotelowa, przeznaczona dla bogatych ziemskich turystów, miała finansować eksploatację bazy i całego kompleksu, usytuowanego dość blisko południowego bieguna, gdzie pod warstwą regolitu odkryto złoża lodu. Woda z tego lodu po oczyszczeniu nadawała się do picia i kąpieli, a było jej w stanie zamrożonym tyle, że zaprojektowano nawet niewielki basen. Butelka wody księżycowej mimo wątpliwych walorów smakowych kosztowała na Ziemi kilka tysięcy euro.
Dyskusja na sali sejmowej koncentrowała się wokół kwestii, czy Polakom potrzebne jest przystąpienie do programu budowy bazy, co wiązałoby się z wydatkowaniem poważnych sum z budżetu. Partia mająca większość, czyli Pamięć i Tożsamość, była w całości za, natomiast zasiadająca drugą kadencję w opozycji PO – Partia Opozycyjna – tradycyjnie opowiadała się przeciw. Z pozostałych ugrupowań parlamentarnych PSL zachowywało się zgodnie z zasadą „na dwoje babka wróżyła”, zaś GiL – Geje i Lesbijki – uzależniał swoje poparcie od wydzielenia dziesięciu procent miejsc wśród naukowców ze stacji księżycowej astronomom o odmiennej orientacji seksualnej. Targi i kwieciste przemówienia trwały od rana; dopiero wezwany w trybie nagłym, przebywający nieprzypadkowo w Warszawie słynny noblista, odkrywca pierwszych planet poza Słońcem, Aleksander Wolszczan, zdołał mocą swego autorytetu przechylić szalę na korzyść bazy. Ostatecznie PiT głosował za, część posłów PO i PSL również, ponieważ tego dnia nie obowiązywała ich dyscyplina partyjna, natomiast przeciw konsekwentnie był GiL z powodu niespełnienia jego podstawowego postulatu.
– Czy pan profesor rzeczywiście uważa, że baza na Księżycu będzie dla nas aż tak zyskowna? – zapytała pani premier Jakubiak słynnego astronoma.
Aleksander Wolszczan, nieodmiennie w ciemnych okularkach, z ujmującym uśmiechem na twarzy, rozglądał się po sejmowych kuluarach. Jak zwykle na ważne głosowanie część posłów PiT zjawiła się w strojach na modłę sarmacką: w kontuszach, żupanach i pasach słuckich oraz żółtych i czerwonych butach do kolan. W konfekcji tej panowało pewne materii pomieszanie, bo jedni preferowali wzory z epoki historycznie wcześniejszej, stosując zamiast kontuszów delie z wielkimi kołnierzami, inni zaś upodobali sobie okresy późniejsze, co się przejawiało w doborze kolorystyki. Beże, zgaszone zielenie i żółcie, jakby żywcem wzięte od jesiennych liści, mieszały się z intensywną czerwienią i granatem; wszystko bogato zdobione, wzorzyste, od szerokich pasów po guzy pod szyją. Atłasy, aksamity, jedwabie, srebrne i złote galony na kołnierzach, hafty i sztuczne perły, ozdoby i zapinki – błyszczały, aż kłuło w oczy, tak że Wolszczanowi przydały się jego okulary, bo nie musiał narażać wzroku.
– Ci panowie w historycznych strojach powinni mieć szable – zauważył bez związku.
– Marszałek nie zezwolił – skwitowała krótko pani premier. Sama odziana była w jedną ze swych ulubionych garsonek w spokojnym popielatym kolorze, odsuwającą wszelką myśl o ekstrawagancji.
– Pani premier – powiedział Wolszczan – nauka nie kieruje się kryterium zysku finansowego, a przynajmniej nie powinna. Można wręcz stwierdzić, że jest studnią bez dna, w którą nieustannie wsypuje się pieniądze. Mimo to uważam, że łożenie na naukę opłaca się, i to bardzo. Dzięki niej wciąż dowiadujemy się o świecie takich rzeczy, które czynią z nas prawdziwych obywateli kosmosu.
– No i jak by to wyglądało, gdyby polscy astronomowie nie mieli wstępu do bazy księżycowej? – podpowiedziała premier Jakubiak.
– Polscy astronomowie dadzą sobie radę – uspokoił ją Wolszczan. – Ich renoma powoduje, że mają otwarty dostęp do najnowszej aparatury badawczej na całym świecie. Jednakże obserwacje z Księżyca to poniekąd nowa jakość. Odwrotna strona Księżyca jest jedynym miejscem w Układzie Słonecznym, gdzie nie docierają fale radiowe z Ziemi, zakłócające radionasłuch Wszechświata. Warunki do obserwacji wizualnych są tam idealne, ponieważ nie przeszkadza atmosfera ziemska. Mówiłem o tym w moim wystąpieniu.
– Ale wszystko to można przecież osiągnąć dzięki satelitom – wtrącił jakiś poseł z sumiastymi wąsiskami i podgoloną czupryną.
– Oczywiście, chociaż najlepsze nawet sondy i obserwatoria orbitalne nie zastąpią człowieka. Satelitów nikt przy zdrowych zmysłach nie wyśle do lamusa. Pytanie brzmi: czy w obecnym momencie historycznym stać nas na wydatkowanie olbrzymich sum, podczas gdy tak wielu ludzi na Ziemi cierpi niedostatek.
– Właśnie o to chciałam pana zapytać – ucieszyła się pani premier.
– Gdybyśmy powiedzieli sobie, że wyprawę na Marsa czy bazę na Księżycu sfinansujemy dopiero wtedy, gdy znikną głodni i bezdomni, nie doczekalibyśmy się tego nigdy. To samo dotyczy programu Spacewatch: jeśli każdy obywatel Ziemi odda do jego dyspozycji jednego dolara, astronomowie śledzący zagrażające nam potencjalnie komety i asteroidy zostaną zalani pieniędzmi, których dziś im brakuje.
– Za dolara w Bangladeszu albo w Czadzie rodzina może przeżyć dzień – zauważył inny poseł z kręgu otaczającego Wolszczana i panią premier. Ten dla odmiany miał na sobie zwyczajny garnitur i krawat. – Biedacy mogą sobie zadać pytanie, dlaczego mają odejmować od ust sobie i swoim dzieciom w imię ratowania świata ludzi bogatych.
– Jest to z ich strony słuszna obiekcja – zgodził się Wolszczan. Nie przestawał się uśmiechać, nie wiadomo, z uprzejmości czy z pobłażliwości dla sejmowych przebierańców. – Trzeba więc robić tak, aby i oni chcieli uznawać ten świat za swój. Ale to już domena nie astronomów, tylko polityków.
Ukłonił się pani premier i skierował ku wyjściu.
– Przemiły człowiek – podsumowała pani premier, gdy wieczorem tradycyjnie konsumowała kieliszek wytrawnego martini w towarzystwie szefa kancelarii. – Taki… światowy. Jak to dobrze, że są również i tacy Polacy. – Przeciągnęła się po pełnym trudów i kłopotów dniu. – No, co my tam mamy na jutro?
– Wyłoniła się pilna kwestia zjazdu przywódców unijnych w Warszawie – przypomniał szef kancelarii. – Po eksplozji w Berlinie Niemcy wymogli na Komisji Europejskiej, żeby ów zjazd przyspieszyć. A u nas wszystkie przygotowania w proszku.
– Rzekłabym wręcz, że nie ma żadnych przygotowań. Trzeba z tym ruszyć z kopyta. Nurtuje mnie jedno: dlaczego ci Niemcy tak nalegają, żeby nie wpuszczać ekip telewizyjnych? Ma być tylko jedna kamera, i to nie należąca do telewizji publicznej, tylko do jakiegoś ichniego konsorcjum. Przywódcy unijni mają być izolowani: żadnych kontaktów, wywiadów ani wypowiedzi. Na to nie możemy się zgodzić.
– Tak, to może wydać się dziwne. Media będą rozdzierać szaty nad skandalicznym ograniczeniem dostępu do informacji. To stworzy dla szczytu bardzo niekorzystną atmosferę.
– Jeszcze ten nieszczęsny zamach…
– A czy zwróciła pani premier uwagę, jaki obiekt wybrano na cel zamachu? Nie kościół, nie gmach użyteczności publicznej, nie miejsce publicznych zgromadzeń… Gdyby zamachowcy chcieli osiągnąć jak największą liczbę zabitych, uderzyliby gdzie indziej. Tymczasem zrujnowali przybytek grzechu i rozpusty, że tak się wyrażę staroświecko. Moim zdaniem to wyraźny sygnał i symbol: taka Europa nam się nie podoba, taką będziemy zwalczać. Myślę, że mnóstwo Europejczyków, zwłaszcza religijnych, po cichu sympatyzuje z zamachowcami. Patrząc z tego punktu widzenia, cel został wybrany bezbłędnie.
– Tak, podzielili w ten sposób Europejczyków i wprowadzili zamęt w ich czarno-białym obrazie świata. To niewątpliwie sukces. Ale nam to niewiele pomaga – westchnęła premier. – Wie pan, tak się zastanawiam czasem, na co nam to wszystko? Gdyby nie Unia, żylibyśmy sobie jak u Pana Boga za piecem, od czasu do czasu złożyli albo przyjęli jakąś wizytę – i spokój. W polityce wewnętrznej dbalibyśmy o pomyślność i dobro obywateli, no i rzecz jasna o gospodarkę, która jest kluczem do wszystkiego. A tak wraz z Unią spadły na nas wszystkie problemy, które na niej ciążą.
– Pani premier – powiedział uroczyście szef kancelarii – nie wolno ulegać nastrojom defetystycznym. Lepiej porozmawiajmy o względach bezpieczeństwa. Służby sugerują, że nastąpiło znaczne ożywienie rosyjskiej aktywności wywiadowczej. Zbierają co tylko mogą.

– Złapali kogoś? To znaczy mam na myśli, czy jacyś Rosjanie zostali przez nasze służby ujęci?
– Na razie nie, ale trwa intensywne penetrowanie tego środowiska. Stosunki z Rosją i tak są zaognione. Jeżeli zdecydujemy się na odłowienie rosyjskich szpiegów, musimy mieć niezbite dowody. Inaczej znowu w odwecie zablokują nasze mięso, cebulę czy co tam innego.
– Tak się zastanawiam – powiedziała pani premier – czy to nie Rosjanie będą próbowali zorganizować zamach na szczyt w Warszawie. Wiem, wiem – machnęła ręką – nic na razie o tym nie świadczy. Ale ktoś ostatnio wspominał, że to teraz modne: zlecać brudną robotę stronie pozornie niezaangażowanej w konflikt. Płaci się pod stołem pieniądze i ma się cudne bum, na widok którego można się malowniczo złapać za głowę i zaraz potem wydać notę potępiającą bezprzykładny akt barbarzyństwa.
– Wszystko jedno, kto zorganizuje zamach. – Szef kancelarii podjął marsz po gabinecie, żeby rozruszać zastane kości. – Nam jest to doskonale obojętne. Ci Niemcy… dlaczego są tacy pewni, że ktoś go przygotowuje? Może coś wiedzą, a nam nie mówią? – Przysiadł na brzegu biurka w pozie, którą tak lubią przyjmować rozluźnieni politycy. – Pozostaje jeszcze kwestia naszych własnych nielegalnych imigrantów. Korzystając z przyzwolenia w Europie, można by odłowić i deportować trochę tego do krajów pochodzenia.
– Kraje arabskie już zapowiedziały, że nie będą przyjmować żadnych osób, które Unia Europejska uzna za persona non grata. Chcąc wydalić jakiegoś islamskiego radykała, trzeba najpierw znaleźć dla niego locum poza granicami kraju. Bez tego ani rusz. A jak zachowują się nasze krajowe środowiska islamskie?
– Dobre pytanie – skwitował z uśmiechem uznania szef kancelarii. – Przypuszczam, że pod wpływem wrzenia na Zachodzie radykalizują swe postawy, ale czy tak jest, naprawdę nie wiemy. Mam zamówić raport w ABW?
– Tak, koniecznie. No, na dziś wystarczy. Wyśpijmy się dobrze, czeka nas masa roboty.
– Jutro znowu dzień. Zrób, co możesz.
– Lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach – wyrecytowali uroczyście pani premier i szef kancelarii.
(...)