Strona główna / Literatura faktu, historia / Nieco z boku. Autobiografia niepolityczna

Aktualności

05.07.2022

Spotkanie z Piotrem Borlikiem w Gdańsku

W poniedziałek 18 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Nadbałtyckiego Centrum Kultury (ul. Korzenna 33/35, Gdańsk) na spotkanie z Piotrem Borlikiem, autorem książki "Labirynt".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

04.07.2022

Rozmowa z Marcinem Margielewskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Marcinem Margielewskim, autorem książki "Wyrwana z piekła talibów".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Wyrwana z piekła talibów Marcin Margielewski
  3. Arabska zdrajczyni Tanya Valko

Nieco z boku. Autobiografia niepolityczna

Marcin Król

ROZDZIAŁ III

Jak zostałem konserwatystą


Kiedy wyszedłem z aresztu, był lipiec 1968 roku i poza spotkaniami z kolejno wypuszczanymi przyjaciółmi nie bardzo potrafiłem się zmobilizować od razu do pracy. Grałem więc często w tenisa, a czasem zgadzał się ze mną zagrać mój przyjaciel – już nieżyjący – turkolog i potem ambasador Polski w Turcji, Wojciech Hensel. Była to duża łaskawość, gdyż Wojtek był przez pewien czas nawet w kadrze narodowej i kiedy ze mną grał, czasem nawet nie patrzył się na piłkę lub odbijał tyłem, a i tak nie miałem z nim najmniejszych szans, co jego musiało nudzić. W czasie jednego z takich spotkań na kortach Legii Wojtek Hensel poznał mnie z grającym obok jego nauczycielem angielskiego z młodości, a potem przyjacielem, Henrykiem Krzeczkowskim.
Nie wiem, czy potrafię dobrze opisać zarówno samego Henryka, jak i znaczenie, jakie miała dla mnie ta znajomość, a wkrótce bliska przyjaźń, która trwała aż do jego śmierci w 1985 roku. Wiem, że dla wielu osób Henryk Krzeczkowski był postacią dwuznaczną, nawet diaboliczną, człowiekiem z całkowicie niejasną przeszłością i odgrywającym niejasną rolę w Warszawie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Na początku lat siedemdziesiątych zgłosił się do mnie Andrzej Dobosz, którego znałem trochę ze studiów i który był niewątpliwym wysłannikiem Antoniego Słonimskiego, i przestrzegał mnie przed przyjaźnią z Henrykiem. Nie raz zdarzyły mi się takie sytuacje, ale jestem zupełnie pewien, że Henryk nigdy w żaden sposób mi nie zaszkodził, natomiast bardzo wiele pomógł.
Po tym spotkaniu na kortach Legii zaprosił mnie do swojego domu. Spotkanie przy whisky, jaką zawsze potrafił zdobyć, trwało do czwartej rano i potem takich spotkań, często we trzech, bo razem z Wojtkiem Karpińskim, było bardzo wiele, a nasza przyjaźń stała się bardzo silna. Henryk był homoseksualistą z wyjątkami (raz przypadkiem byłem przez sekundę świadkiem takiego wyjątku), ale interesował się wyłącznie sportowcami oraz młodymi ludźmi z „niższej sfery”. Przez długi czas był związany z miłym łobuzem spod Warszawy, którego usilnie nakłaniał do zrobienia matury. Ja pomagałem, pomagała mu też Isia Grosfeld z matematyki, ale chyba się nie udało. Potem ów młody człowiek zniknął, a Henryk (urodzony w 1921 roku) coraz częściej powtarzał, jak to dobrze jest się starzeć i tracić zapał do męczącego świata zmysłów. Ale, jak wszystkie jego opowieści, i tę trzeba było traktować z przymrużeniem oka.
Przy pierwszym spotkaniu Henryk jeszcze nie rozpoczął swojej subtelnej, a z czasem męczącej gry indoktrynacji politycznej, ale szybko odkrył, co mnie ciekawi, czyli angielska literatura, zarówno poezja, jak i powieść, i natychmiast się okazało, że jego wiedza na ten temat jest imponująca i nieporównywalna z wiedzą osób, które wówczas znałem. Warto zdać sobie sprawę, że jest jeszcze 1968 rok, a my po nocach rozmawiamy o literaturze, słuchamy wspomnień Henryka, które bardziej można było między bajki włożyć, niż traktować jako prawdziwe. Teraz wiem, dzięki wysiłkom Wojciecha Karpińskiego, jak powikłana była biografia Henryka, a i tak nie uda się wszystkiego wyjaśnić.
Zapewne stanowił on szczególny przypadek na pograniczu psychiatrii, ale w naszych stosunkach miało to bardzo niewielkie znaczenie (tylko raz zapytałem go, dlaczego coś kolejnego ze swojej biografii zmyślił, a on odpowiedział stanowczo, że przyjaźń wyklucza takie pytania, więc więcej ich nie zadawałem). Opowieści były często bardzo śmieszne, czasem bardzo snobistyczne i powoli się orientowaliśmy, że trzeba jednak traktować je dosłownie, bo na tym polega przyjemność słuchania. Do dzisiaj nie rozumiem i nie próbuję zrozumieć zasady, na jakiej Henryk skonstruował samego siebie niemal od zera. Wiem, że pochodził z żydowskiej rodziny ze Stanisławowa, że w czasie wojny został deportowany głęboko do Rosji, a potem przyjechał z I Armią. Gdzieś nauczył się angielskiego i pracował w polskim wywiadzie czy kontrwywiadzie, kilka lat spędził we Włoszech, znał biegle włoski i także niemiecki. W końcu lat czterdziestych poznał Pawła Hertza, który bardzo wiele mu w życiu pomógł. Jakoś umknął i nie został, jak większość jego kolegów, aresztowany i stracony, był przez pewien czas woźnym w Polskiej Akademii Nauk, potem za namową Hertza zajął się tłumaczeniem, najczęściej z angielskiego, ale także z innych języków, a tłumaczył znakomicie. Kiedy w 1957 roku miał powstać tygodnik „Europa”, Henryk był sekretarzem redakcji i już przyjaźnił się blisko z wieloma polskimi intelektualistami, a przede wszystkim z Pawłem Hertzem, Zygmuntem Mycielskim, Zygmuntem Kubiakiem, Michałem Bristigerem czy Stefanem Kisielewskim, których przez niego poznałem. Wszyscy wiedzieli, że i jego nazwisko jest nieprawdziwe, i biografia skonstruowana od nowa, ale nikomu z tych ludzi to nie przeszkadzało. Natomiast bardzo wiele osób miało do niego stosunek co najmniej chłodny, jeżeli nie podejrzliwy. Można to było zrozumieć, a poza tym nie każdy chwytał ton Henryka, a bez tego rzeczywiście trudno było z nim wytrzymać.
Kiedy na progu lat siedemdziesiątych odwiedziłem Leszka Kołakowskiego w Chicago i opowiadałem mu o Henryku, okazało się Leszek też znał go dobrze i uważał za „najinteligentniejszego człowieka w Warszawie”. Tak też i ja sądziłem. Potem nasze stosunki uległy pewnemu ograniczeniu, chociaż w niczym nie wpłynęło to na przyjaźń, gdyż Henryk stawał się coraz bardziej konserwatywny, a nawet narodowo-endecki w swoich poglądach politycznych, co sprawiło, że przestaliśmy o polityce rozmawiać. Miał jednak stale niebywały dar i cierpliwość do rozmawiania z ludźmi o wiele młodszymi i zaprzyjaźnił się oraz częściowo wychowywał Aleksandra Halla czy Tomasza Wołka. Zawsze wspaniały Olek Hall odwzajemnił mu się wielką przyjaźnią i potem towarzyszył razem z nami w ostatnich miesiącach życia Henryka.
Teraz wiem, że życie Henryka, chociaż niezwykła witalność i naturalna radość ogromnie mu pomagały, było smutne i samotne. Żył w minimalnym, przerobionym z kawalerki, dwupokojowym mieszkaniu w wojskowym domu na Czackiego, często miał kłopoty finansowe, bo utrzymywał się tylko z tłumaczeń, a więc pieniądze wpływały nieregularnie. Z czasem pozwolono mu wyjeżdżać za granicę, ale przyjaciele, jakich zyskał w latach czterdziestych, także z kręgu muzyki poważnej, na której znał się doskonale, często o nim już zapomnieli. Dostawał jakieś bardzo skromne stypendia, a kiedy był w Oksfordzie przez kilka miesięcy, nie miał dość pieniędzy, żeby jeździć do Londynu. Często bywał w Austrii, zwłaszcza od czasu utworzenia przez również zaprzyjaźnionego z nim Krzysztofa Michalskiego Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu. W Austrii pomagała mu wielka przyjaciółka wszystkich wyżej wymienionych i wielu innych polskich intelektualistów, wspaniała, wciąż mądra i majestatyczna doktor Stefania Kolovratnik. U niej zostawił część korespondencji i papierów, ale kiedy je przeglądałem, nie znalazłem niczego szczególnie ciekawego.
Henryk został wciągnięty w orbitę „Tygodnika Powszechnego” przez Stefana Kisielewskiego. A w 1969 roku zachęcił nas. Historię moich związków z „Tygodnikiem Powszechnym” opowiem osobno, teraz natomiast pora na szerszą relację o tym, jaki ta przyjaźń wywarła na mnie wpływ. Najważniejsza była umiejętność rozmowy. Henryk rozmowy prowadził zawsze na zasadzie równego z równym, chociaż wszystkie były podszyte jego naturalną skłonnością wychowawczą. Miał wprawdzie umiarkowane własne ambicje eseistyczne, ale przede wszystkim był tym, który potrafi pobudzić innych do myślenia, do pisania. Dotyczyło to zarówno polityki (do połowy lat siedemdziesiątych, kiedy to jego polityczne gusta stały się coraz trudniejsze do zaakceptowania), jak i przede wszystkim kultury. A przy tym zawsze mówił rzeczy roztropne i zarazem niekonwencjonalne. Na tym chyba przede wszystkim polegał jego zdumiewający talent i umiejętność pośredniego pobudzania, pomagania ludziom, którzy – wydawało się – mieli o wiele większe od niego pisarskie czy artystyczne osiągnięcia.
Czule słuchał. Każdy człowiek ma w życiu bardzo niewielu rozmówców, a zwłaszcza, kiedy już skończy dwadzieścia kilka lat. Z dawnymi przyjaciółmi rzadko prowadzi się długie, i już nie młodzieńcze rozmowy po nocach, a nowi są bardzo nieliczni, zaś stosunki z nimi wyjątkowo tylko osiągają stadium rozmowy. Rozmowa zaś jest zawsze, ale zwłaszcza na początku historii duchowego rozwoju niesłychanie potrzebna. Rozmowa jest naturalnym konserwatywnym sposobem na wychowywanie, na budowanie samego siebie. Bardzo trudno jest tego dokonać bez rozmowy i chociaż oczywiście jedną z form rozmowy jest czytanie, to samo czytanie może doprowadzić do stanu, kiedy rzeczywistość fikcji, staje się jedyną rzeczywistością, co już jest formą rozstania się ze światem.
(...)