Strona główna / Popularnonaukowe / Kanon. Wyprawa galopem przez piękne podstawy nauki

Aktualności

30.09.2022

Spotkanie z Tanyą Valko i Igorem Kaczmarczykiem w Warszawie

W czwartek 6 października o godz. 19:00 zapraszamy do PROM-u Kultury Saska Kępa (ul. Brukselska 23, Warszawa) na spotkanie z Tanyą Valko, autorką książki "Arabskie opowieści. Historie prawdziwe" oraz Igorem Kaczmarczykiem, autorem książki "Islamskie fatum".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nieszczęście w szczęściu Olga Rudnicka
  2. Gra w ludzi Eva Minge
  3. Skradzione lato Grażyna Jeromin-Gałuszka

Kanon. Wyprawa galopem przez piękne podstawy nauki

Natalie Angier

Fragment wstępu

(...)
Być może jesteś, Drogi Czytelniku, jedną z tych osób, którym nauki przyrodnicze nie przypadły do gustu, a wszystko przez okropny rok w szkole średniej, kiedy oblałeś fizykę, bo wpadłeś na końcowy egzamin z godzinnym opóźnieniem, w piżamie i z kolekcją owadów pod pachą. Albo może spełniłeś wymagania swojej uczelni, dotyczące zaliczenia pewnej liczby przedmiotów matematyczno-przyrodniczych, chodząc na zajęcia z psychologii ewolucyjnej podrywania w Internecie, i trochę ci szkoda, że nadal nie wiesz, jaka jest różnica między protonem, fotonem, kwantem i palantem. A może przepełnia cię coraz większa ciekawość i nie wiesz tylko, od czego zacząć. Wydaje ci się, że pewnie trzeba zacząć od początku, ale jakiego początku? Nie od początku dla dzieciaków, nie od zawstydzającego pouczania i żonglerki liczbami; chodzi o początek dla dorosłych. Początek, który oznaczałby partnerski kontakt między nauką i tobą. I zanim uniesiesz ręce w obronnym geście, wołając: „Nie, przecież to niesprawiedliwe, nauka i ja nie mamy równych szans!”, pozwól mi powiedzieć: nie chodzi o zawody, tylko o to, żebyś wybrał się z nauką na spacer. Masz do tego prawo; jesteś podatnikiem, który wspiera naukę, czy zdajesz sobie z tego sprawę, czy nie; sam uprawiasz naukę częściej, niż ci się wydaje. Na przykład za każdym razem, gdy próbujesz dociekać, co też właściwie się stało z odkurzaczem – urządzenie się przegrzewa i przestaje działać; do jasnego kłębka kurzu, a kiedy ktoś ostatnio zmienił worek w tej maszynie? Albo wtedy, gdy zdajesz sobie sprawę, że jeśli nie będziesz stale mieszać sosu beszamelowego w wysokiej temperaturze, trochę poniżej punktu wrzenia, to zrobi się paskudna kluchowata breja, którą nie będzie można polać szparagów. Uprawiasz naukę, wspierasz naukę, pomagasz piec ciasto, możesz spokojnie oblizać łyżkę.
To jest początek nauki widziany oczyma naukowców, albo przynajmniej widziany tak, jak zgodzili się go widzieć, bo jakaś dziennikarka stanęła w drzwiach ich gabinetu, usadowiła się na krześle i poprosiła, żeby zastanowili się nad kilkoma prostymi pytaniami. Naukowcy od dawna skarżą się, że panuje galopujący analfabetyzm naukowy, że krytyczne myślenie jest rzadkością, że potrzebne jest nam społeczeństwo bardziej obyte z nauką. To prawda. Czego jednak trzeba, żeby wyrwać ludzi z tego ponurego stanu, żeby zastąpić tę zarazę powszechnej ignorancji zdrowym blaskiem erudycji? Co laik powinien wiedzieć o nauce, żeby zasłużyć na miano osoby choć trochę obytej z nauką? Gdyby pan, Profesorze Tarantoga, miał wskazać kilka faktów ze swojej dziedziny, których znajomości najchętniej wymagałby pan od każdego; 6 ważnych, wyróżnionych, kanonicznych pojęć, których piękno wciąż, także i dziś, wywiera na panu wrażenie, to co by pan wymienił? Jeśli zaś prowadzi pan od czasu do czasu wprowadzające w pańską dziedzinę wykłady, przeznaczone dla nieszczęśników nazywanych niespecjalistami, to co miałby pan nadzieję pozostawić w głowach swoich studentów? Jakie szczególnie ważne idee powinni pana zdaniem wyłowić z całego materiału i pamiętać dłużej niż kilka femtosekund po końcowym egzaminie? A co to znaczy „myśleć naukowo”? Co musiałby zrobić napotkany na przyjęciu laik, żeby wywrzeć na panu dobre wrażenie, żeby zasłużyć na opinię: „Hmmm, to wcale nie jest bufon”?
Wielu naukowców, skonfrontowanych z kwestionariuszem „Co pana zdaniem ludzie powinni wiedzieć o nauce?” czuło się w obowiązku wspomnieć, że ich zdaniem należy ulepszyć programy nauczania przedmiotów matematyczno-przyrodniczych w szkołach podstawowych i średnich, co samo w sobie stanowi ważny i szlachetny cel i warto wykorzystywać każdą okazję, by go realizować, ale przecież nie wszyscy dorośli mają szansę na gruntowne, dwunastoletnie wykształcenie o profilu ścisłym, a nawet ogólnym. Z pełnymi dobrych intencji rewizjonistami programów szkolnych zgadzałam się więc z empatią, ale potem prosiłam, żeby ulitowali się nad tymi, którzy już nie są pod skrzydłami belfrów. Przecież chyba nawet najsłabiej wykształcony dorosły może mieć nadzieję, że coś zrozumie? Skupmy się na nich: co powinny o nauce wiedzieć osoby, które nie są ani specjalistami, ani dziećmi; skąd mają się tego dowiedzieć i co to znaczy przyjemność, zabawa, radość?
Zdając sobie sprawę, że termin „nauka” jest niezbyt precyzyjny i że w liczbie mnogiej, po dodaniu zmiękczających przymiotników „społeczne” lub „miękkie” obejmuje antropologię, socjologię, psychologię, ekonomię, nauki polityczne, geografię, a zdaniem niektórych nawet feng shui, postanowiłam skupić się na tych naukach, które zwykle określa się jako przyrodnicze. Chodzi mi o nauki fizyczne i nauki o ziemi, które – w szerokim rozumieniu – obejmują fizykę, chemię, biologię, geologię i astronomię. Właśnie te przedmioty ludzie zwykle uznają za szczególnie zniechęcające i zawiłe; to one mają najgorzej prowadzone punkty obsługi klienta. A jednocześnie w tych dziedzinach dokonano ostatnio największych postępów; to im XX wiek przyniósł najbardziej znaczące i doniosłe odkrycia, do których wyświechtany skądinąd przymiotnik „rewolucyjne” pasuje jak ulał. Naukowcy zbadali Joyce’owskie komnaty atomu, odcyfrowali wspomnienia kosmosu praktycznie aż do momentu jego poczęcia, rozplątali gmatwaninę nici DNA i poznali do końca glob inteligentnej plasteliny, który nazywamy naszym domem i naszą twierdzą. Są to bajki o nauce, ale, jak ujął to jeden z naukowców, „tak się składa, że te bajki są prawdziwe”. Są, podobnie jak diamenty i rubiny, proste, surowe, trwałe i piękne.

Zbierając materiały, odwiedziłam wiele czołowych uniwersytetów i instytucji naukowych Stanów Zjednoczonych; gromadziłam natchnienie podczas wywiadów, które przeprowadziłam z setkami naukowców, najczęściej osobiście, czasem telefonicznie lub e-mailowo. Rozmawiałam z laureatami Nagrody Nobla, członkami Narodowej Akademii Nauk, rektorami uniwersytetów, dyrektorami instytutów, genialnymi stypendystami fundacji MacArthura. Szukałam też badaczy, którzy zdobyli przyznawaną na ich uniwersytecie odmianę nagrody dla najbardziej uwielbianego wykładowcy albo byli wymieniani na studenckich forach dyskusyjnych w Internecie jako osoby mówiące wyjątkowo jasno i z natchnieniem, ludzie zabawni lub (stary, godny zaufania przymiotnik) fantastyczni. Nawet z najtrudniejszych, najbardziej chaotycznych rozmów, podczas których czułam się jak dziewiętnastowieczna dentystka – kleszcze i żadnego znieczulenia – prawie zawsze wynosiłam jakiś klejnocik czy dwa. Naukowcy mówili, że trzeba próbować ogarnąć taki świat, jaki nas naprawdę otacza, a nie taki, jakiego moglibyśmy sobie życzyć. Opisywali swoje ulubione cząsteczki. Opowiadali dowcipy, na przykład o Wernerze Heisenbergu, którego słynna zasada nieoznaczoności orzeka, że można znać albo położenie elektronu na jego orbicie wokół atomu, albo jego prędkość, ale niestety nie można znać obu tych wielkości jednocześnie. Otóż Heisenberg miał wygłosić wykład w MIT, ale coś go zatrzymało w podróży, więc w ostatniej chwili pędził przez Cambridge wynajętym samochodem. Złapał go policjant i zapytał:
– Czy pan w ogóle wie, z jaką prędkością pan jechał?
– Nie – odpowiedział promieniejący Heisenberg – ale wiem, gdzie jestem!
„Jeśli pani spróbuje opowiedzieć ten dowcip na przyjęciu, to wszyscy odwrócą się i odpłyną od pani” – uprzedził mnie Michael Rubner, który pracuje w MIT i zajmuje się inżynierią materiałową. „Jeśli opowie go pani pięciu setkom osiemnastolatków siedzących w auli wykładowej MIT, to gruchnie salwa śmiechu”.
Próbowałam również przymuszać naukowców, żeby nie ograniczali się do automatycznych, podręcznikowych odpowiedzi, tylko starali się jak najlepiej wyjaśnić, co dokładnie mają na myśli, gdy używają rozmaitych terminów, które tak często stosuje się w charakterze definicji, albo wręcz zakłada się, że wszyscy je znają. Prawdopodobnie wszyscy słyszeli nadający się rzekomo do przedszkola opis budowy atomu – atom składa się z 3 rodzajów cząstek elementarnych: protonów i neutronów, które tkwią, jak Słońce, nieruchomo w samym środku, a wokół nich wirują elektrony. Wiadomo też pewnie, że protony mają ładunek dodatni, elektrony ładunek ujemny, a neutrony nie mają ładunku. To nawet wygląda na proste: tu plus, tam minus, reszta za darmo. Ale właściwie o czym, do licha, mowa? Co to znaczy, że cząstka ma ładunek, i czy ta subatomowa porcja emocji, prochu, a może towaru do przewiezienia ma coś wspólnego ze znanymi z życia codziennego przejawami obecności lub braku ładunku elektrycznego, na przykład takimi, że psuje się nam na pustkowiu samochód, my zaś, sięgając po telefon komórkowy, by wezwać pomoc, przypominamy sobie niestety, że zapomnieliśmy naładować baterię, a piękny dzień na łonie przyrody nagle się kończy?
Starałam się też, jak potrafiłam najlepiej, żeby niewidoczne stało się widoczne, odległe – bliskie, a trudne do wyrażenia – przyjazne. Gdyby komórkę ludzkiego ciała można było powiększyć do rozmiarów czegoś, co mogłoby stać na stoliku do kawy, czy na pewno byśmy tego chcieli? I co byśmy zobaczyli? Mówi pan, że przeciętna komórka jest bardzo ruchliwym miejscem; czy jest ruchliwa jak Manhattan, czy raczej jak Toronto?
I nie chciałam wcale wynosić głupkowatych opisów na niespotykane wyżyny. Bombardując rozmówców najbardziej podstawowymi pytaniami, pukając w pancerną szybę z napisem wszyscy wiedzą tak uparcie, że w końcu byłam równie mile widziana jak osa na plaży nudystów, miałam przed sobą szczytne cele. Po pierwsze, chciałam sama zrozumieć materiał, nabrać tego typu intuicji, która pozwala czuć się swobodnie, gdy coś komuś tłumaczymy. Po drugie, uważam, że zakładanie, iż wszyscy pojmują od razu, oraz udzielanie wyjaśnień, które niczego nie wyjaśniają, są najważniejszymi powodami odsuwania się ludzi od nauki. Jeśli nawet Przewodnik po atomie dla opornych zaczyna się od prędkiej wyliczanki pojęć, które zostają uznane za elementarne i oczywiste same przez się, choć wcale nie kryje się za nimi nic oczywistego, to jakie są szanse, że czytelnik opanuje tekst w dymku numer 2?
Ponadto, decydując się na zadawanie wielu drobnych pytań dotyczących kilku ważnych pojęć, postępowałam zgodnie z filozofią, która ostatnio zdobyła sobie wielu zwolenników wśród dydaktyków – najlepszy sposób wykładania przedmiotów matematyczno-przyrodniczych niespecjalistom polega na tym, żeby zrezygnować z szerokości na rzecz głębokości.
Po niezliczonych wywiadach i wielu miesiącach ciężkiej pracy zaczęłam doznawać cudownego, ale okropnego uczucia déjà-wiem: naukowcy mówili mi to, co wcześniej słyszałam od innych. Uczucie było cudowne, bo przekonywałam się, że dysponuję pewnym zasobem podstawowej wiedzy, która nie jest całkowicie dowolna ani idiosynkratyczna. I było okropne, bo oznaczało, że kończy się czas pracy reporterskiej, a przychodzi czas pisania, które jest bolesnym procesem – jak celnie wskazuje neurolog Susan Hockfield – przekształcania trójwymiarowych, równolegle doznawanych doświadczeń w dwuwymiarową, szeregową narrację. „To gorsze niż kwadratura koła; to kwadratura kuli”.
A pomyśleć, że lekcje rysunków doprowadzały mnie do łez, bo nie potrafiłam narysować od ręki prostej linii.